Raport z Antyświata (I) – Rafał Skonieczny

Księżyc na pięciolinii

Przyjacielu, jawisz mi się.
Shadow

…wkrótce potem odkryłem (bowiem był to wiek odkryć), że poezja lepiej sobie radzi poza podręcznikami i wyborami wierszy Grochowiaka i Gałczyńskiego. Przy kolejnej łomży (siedzieliśmy jak zwykle za lasem u Marka w baraku) najsilniejszy poeta warszawski i przypadkowy mentor – Pinczer, opowiedział mi o wierszu napisanym przez jego warszawskiego kolegę (zapewne podał namiary na autora, których niestety dzisiaj już nie pamiętam). Tytuł: Nowa płyta The Cure. To było w czasach, kiedy po Bloodflowers wszyscy myśleli, że Robertowi pozostało już tylko ostatni raz umalować usta, pocałować pieska na dobranoc i dać nogę w rozkoszne zaświaty. „Friday I’m In Love – mówił Pinczer na cały regulator – to muzyka dla pedałów. Posłuchaj lepiej gitary w Kiss Me Kiss Me Kiss Me”. I już na drugi dzień wszyscy w barze słuchali tego niemożliwie rozciągniętego intro, bo przyniósł kasetę. Żeby zwrócić uwagę na to, co ważne w tej muzyce, jakby nie ufał, że sam to odkryję. „Musisz posłuchać tego na słuchawkach, stary”. Cały barak aż się trząsł od histerycznego wokalu Smitha, lecz nikt nie protestował, nikt nie śmiał. Pinczer miał tę praktyczną właściwość narzucania swojej woli innym. Może nie tyle „narzucał”, co wkraczał do pomieszczenia i ją po prostu rozsiewał na wszystkie strony. Jak ziarno albo wirus. Klientela oglądała jego twarz oraz posturę i po chwili wszystko było w normie. Zwyczajnie nie potrafili wyczytać z tej postaci ani grama strachu. Budził respekt od niechcenia, mimowolnie. Zresztą, powinieneś pamiętać. Byłeś wtedy, gdy wszedł do rzeki, żeby się wykąpać, a potem, paradując po łęgu w samych gaciach, patrzył po ludziach i mówił „Nie ma tu dla mnie sumity”. To było dla zgrywy, ale jednoczesnie wiedziało się, że ma rację. Znałem go słabo, lecz zapamiętałem ton jego mowy: dźwięczny, łagodny i absolutny. Jakby wiatr był na tyle silny, żeby poruszać dzwonem. Bo to była mowa dzwonu wprawionego w ruch. Nie znałem wówczas ani jednej zapisanej przez niego linijki, ale nie miałem wątpliwości, że jest poetą. I dopiero, gdy dowiedziałem się o istnieniu wiersza Nowa płyta The Cure uwierzyłem, że poeta rzeczywiście ma coś na myśli.

Chodziliśmy wtedy do liceum, mieliśmy zespół. Jedyny „nowofalowy” zespół w mieście, które wolało sunshine reggae. Lata dziewięćdziesiąte umierały przy dźwiękach Nine Inch Nails i Lennego Kravitza, a my podążaliśmy zepsutym torem. Torem wytyczonym przez czarną kasetę Unknown Pleasures przegraną z winyla chłopaka, który się powiesił. To był ktoś od ciebie, twoja historia. Taśma dotarła do nas w samą porę, chociaż mi się przez chwilę wydawało, że za późno. Pamiętam pierwsze takty Disorder. Popołudnie. Matka poprosiła, żebym wyniósł śmieci. Wcisnąłem play i zaczałem wiązać buty. Potem stałem w pokoju z workiem w ręku dopóki piosenka się nie skończyła. Piosenka, która mi zakomunikowała, że dotychczasowe życie było snem. W trzy minuty i trzydzieści dwie sekundy pojąłem, że prawda leży gdzie indziej i tego samego wieczoru wypisałem się z harcerstwa. Dość spektakularne odejście. Zawiodłem wielu tym odejściem. Jeszcze nie wiedziałem, że zapoczątkuję wielką trasę koncertową zawodów, które gram wytrwale do dzisiaj. Po roku dopiero wypiłem wódkę z instruktorem. Był obrażony, ale tego wieczoru podszedł do mojego stolika, postawił butelkę, powiedział: „I co tam?”. Przybiłem piątkę. Myślę jednak, że on wtedy pojął coś, czego nigdy do końca nie można pojąć: upływ czasu jest jak lektura z dzieciństwa – nigdy nie wiadomo, z której strony ci przypierdoli. Tak czy inaczej, katatoniczny bas Hooky’ego poważnie namieszał w moim małym uniwersum harmonii przeraźliwie nudnego polskiego Golden Rocka. Wychowałem się w cieniu dwóch dymiącyh kominów. Za garażami. Za „Stodołą”. Za torami. Zawsze oddzielony od reszty jakimś pasmem, które trzeba było przekroczyć. Dopóki ono było, dopóty była perspektywa. Nocne spacery po ulicach, ruiny piekarni, kaltki schodowe, bramy kamienic. Badaliśmy to miasto jakby było co najmniej Manchesterem. Obudziłem się zziębnięty na piwnicznych schodach, odprowadziłem cię do domu (Pani Teresa od ósmej rano była juz pewnie w robocie) a potem szedłem na autobus do siebie. Byłem cieniem, wielkim i niezniszczalnym. Przechodziłem ulicę na czerwonym.

Ian Curtis potwierdzał nasze mętne teorie o literaturze (nie mówię, że życiu, bo wówczas nie było życia). Żona jest zła, dziecko to szatan. Miasto płonie. Fabryka pracuje. Suche drzewo wygina się w oku kamery. Sepia. Kolor przyprawiał o mdłości. “And all God’s angels beware/ And all you judges beware”. Pamiętam jak siedzieliśmy na murku pod “To tu”. Była jakaś impreza. Opowiedziałeś mi wtedy całą tę historię, którą lata później powórzył Anton Corbjin. Siedzieliśmy tam chyba kilka godzin, podczas gdy dziewczyny tańczyły w środku. Ludzie wchodzili i wychodzili, samochody krążyły po parkingu. Wszytko w przyspieszeniu. Oprócz nas. Dwa ogniki tlące się w ciemności. Jeszcze jeden obraz w głowie: znowu noc, stoimy w ciemnej klatce schodowej. Obserwujemy ulicę. Jest dym, są neony. I Remember Nothing. Sfilmowaliśmy, podłożyliśmy muzykę. Niby młodzieńcza mistyka, ale dzisiaj oglądam to jako przejaw jakiegoś nieposkromionego fatalizmu, z którego nawet wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy. To wpatrywanie się w nieruchomy obraz, czekanie. I wreszcie po latach zdanie z wiersza Sławka Elsnera: „Spójrz, jakie mam absurdalne pięści”. Zapamiętałem je, bo takie pięści musieliśmy mieć wówczas. Absurdalne. Wciśnięte głęboko w kieszenie. I Remember Nothing. Pierwsza płyta Joyów. Pamiętam imprezę, kiedy przy Closer dziewczyny płakały. Ale to Unknown Pleasures otworzyły drzwi. Być może na to nie wygladało, ale ta muzyka ratowała nam życie.

Były również polskie zespoły. Najważniejsze, według nas, działo się w zwrotkach i refrenach Homo Twist, Pudelsów, Pidżamy i Świetlików. Pojawiły się płyty CD dodawane do Bruma, XL-a i Machiny, a wraz z nimi Ewa Braun, Starzy Singers, Ścianka. Byliśmy odcięci od świata i nigdy wcześniej nie słyszeliśmy czegoś podobnego. Maglowaliśmy Nową Aleksandrię Siekiery z czasem orientując się, że to zżyna z pierwszej płyty Killing Joke. Ale to nie miało znaczenia. Rozchodziło się o precyzję. Dźwięków i słów. Wstęp do symbolizmu i egzystencjalizmu zawarty w czterdziestu minutach płyty. „Idziemy przez las /Pijani od słów /A niebo jest tuż”

Z lasu wychodziło się na tory. Na torach się siedziało. Od ostatniej lekcji do ostatniego autobusu. „Chmurko, jesteś różowa” wylatywało z ust znajomych dresiarzy wraz z wesołym dymkiem i oto staliśmy się kolesiowymi korepetytorami z języka polskiego – tak bardzo przypadły im do gustu nasze cytaty. W pociągu osobowym relacji Wołomin-Małkinia pierwszy raz usłyszałem Pere Lachaise Variete. Walkman, oczywiście czarna przegrywana kaseta. „To cię powinno zainteresować” powiedział Tomasz, człowiek od którego dostałem taśmę i którego nigdy więcej nie spotkałem. Dwa kilometry z dworca do domu szedłem, jakbym się dopiero obudził, obracając w ustach słowa „Pamięć o nas skłamie”. Następny obraz: idziemy na wieczorny autobus. Wracamy z próby. Filmuję jak czytasz na głos Źródło Paza z „LnŚ”: „MÓW upuść słowo /Dzień dobry przespałem całą zimę i teraz się budzę”. Oko kamery przenosi się na linie wysokiego napięcia. Za nimi księżyc. W plecaku niosę Auto da Fe, wydanie „Czytelnika” z 1979 roku. Nasz zespół nazywa się Kino. Dopiero za kilka lat dowiemy się o rosyjskim Kinie. Zmienimy nazwę na Kien. W maju 2006 roku Pinczer zginie w wypadku samochodowym. W październiku 2008 roku ukaże się nowa płyta The Cure. Będzie piękna.

Rafał Skonieczny
16.11.2006-17.11.2008-27-11-2009

/tekst sponsorują literki: f,a,d,o/

Zaduszki jazzowe – Daria Lisiecka

Siedzę na najwyższym drzewie. Mam zmęczone oczy. Prawie już
nie widzę, ale w dni takie jak ten, z lekka przefiltrowane słońcem,
opada bielmo z moich powiek. Tylko szary nalot ze skrzydeł nie
chce zejść i oblepia mnie jak senność, która trwa tu już dłużej niż
karnawał. Jestem starym, wyłysiałym gawronem, mieszkam w ko-
ronach drzew, tuż przy dworcu. Jak długo żyję, nie pamiętam.
Kiedy stąd ostatecznie odlecę, nie wiem. Kto inny bowiem pisze
nasze losy. Dzisiaj widzę wyraźnie peron i fragment budynku
dworca, a jeśli bardziej wychylę się z gniazda mogę też ujrzeć
wiadukt rozpięty nad peronami.
Podróżny wysiadł z pociągu, zawahał się chwilę, zapala papie-
rosa, pewnie nie wie, że dym mi szkodzi… Nietutejszy, to widać.
Ma długi czarny płaszcz i dziwny, haftowany w orientalne wzo-
ry, berecik. Przez pomyłkę, to widać. Dźwiga czarny futerał,
w którym, licho wie, co jest… Po ażurowych schodach wstępuje
na wiadukt, przechyla się przez barierkę; dziwnie wyglądają tory
z tej perspektywy, przypominają płasko leżące drabiny z dziecię-
cych rysunków. Nieznajomy otwiera lśniący, czarny futerał…
Co z niego wydobędzie; instrument muzyczny, czy składaną
broń, którą podobno w ten sposób przewożą gangsterzy… Z na-
gła dźwięk trąbki przedziera się wibratem przez gęstą zawiesinę
mgły, senności i nudy. Okolicę przeszywa dziki, radosny, ską-
pany w słońcu i czysty dźwięk. Niczym pocztówka z pozdrowie-
niami od Milesa D. z zaświatów. Po zmurszałych deskach wia-
duktu biegnie ku trębaczowi panna Euforia, miejscowa wariatka.
Rozkłada ramiona niczym ptak przed odlotem. Wiruje w tańcu
uwieszona na złotym promieniu słonecznym, odbijającym się
w trąbce. Lekko wskakuje na barierką wiaduktu. Pod nią roz-
postarte szyny, niczym rozpłaszczone drabiny z opowieści
o dzielnych strażakach. Odleci. Nie odleci. Odleci? Nie odleci…
Już jesień.

/tekst sponsorują literki: f,a,d,o/