Zaduszki jazzowe – Daria Lisiecka

Siedzę na najwyższym drzewie. Mam zmęczone oczy. Prawie już
nie widzę, ale w dni takie jak ten, z lekka przefiltrowane słońcem,
opada bielmo z moich powiek. Tylko szary nalot ze skrzydeł nie
chce zejść i oblepia mnie jak senność, która trwa tu już dłużej niż
karnawał. Jestem starym, wyłysiałym gawronem, mieszkam w ko-
ronach drzew, tuż przy dworcu. Jak długo żyję, nie pamiętam.
Kiedy stąd ostatecznie odlecę, nie wiem. Kto inny bowiem pisze
nasze losy. Dzisiaj widzę wyraźnie peron i fragment budynku
dworca, a jeśli bardziej wychylę się z gniazda mogę też ujrzeć
wiadukt rozpięty nad peronami.
Podróżny wysiadł z pociągu, zawahał się chwilę, zapala papie-
rosa, pewnie nie wie, że dym mi szkodzi… Nietutejszy, to widać.
Ma długi czarny płaszcz i dziwny, haftowany w orientalne wzo-
ry, berecik. Przez pomyłkę, to widać. Dźwiga czarny futerał,
w którym, licho wie, co jest… Po ażurowych schodach wstępuje
na wiadukt, przechyla się przez barierkę; dziwnie wyglądają tory
z tej perspektywy, przypominają płasko leżące drabiny z dziecię-
cych rysunków. Nieznajomy otwiera lśniący, czarny futerał…
Co z niego wydobędzie; instrument muzyczny, czy składaną
broń, którą podobno w ten sposób przewożą gangsterzy… Z na-
gła dźwięk trąbki przedziera się wibratem przez gęstą zawiesinę
mgły, senności i nudy. Okolicę przeszywa dziki, radosny, ską-
pany w słońcu i czysty dźwięk. Niczym pocztówka z pozdrowie-
niami od Milesa D. z zaświatów. Po zmurszałych deskach wia-
duktu biegnie ku trębaczowi panna Euforia, miejscowa wariatka.
Rozkłada ramiona niczym ptak przed odlotem. Wiruje w tańcu
uwieszona na złotym promieniu słonecznym, odbijającym się
w trąbce. Lekko wskakuje na barierką wiaduktu. Pod nią roz-
postarte szyny, niczym rozpłaszczone drabiny z opowieści
o dzielnych strażakach. Odleci. Nie odleci. Odleci? Nie odleci…
Już jesień.

/tekst sponsorują literki: f,a,d,o/

Reklamy