Kamil Brewiński – TXU 132342

dziś jestem zajęty wychodzę jako ona
elo mówię do siebie ela szepcze siema
ruchy planet ustają za miastem na śniegu

totalna plaża śniegu i sucha muszelka
ostatni bus odjeżdża siedzących miejsc nie ma
dochodzi jeszcze kontekst będzie ją taksował

(więc gdzie jest twoja perła i gdzie mieszkasz słonko )

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/

Jacek Bierut – Królestwa rozdziela intensywny zapach

Na ścieżce w pobliżu kilka dni stało krzesło.
Codziennie, przechodząc, miałem ochotę przysiąść
i codziennie nie przysiadałem. Moja ochota była tym
większa, że krzesło z każdym dniem było
w coraz gorszym stanie. Pewnego dnia znikło.

Podobnie koło domu, w którym nocowałem,
na elektrycznych drutach nocowały szpaki.
Drutów nikt nie ukradł, ale próbował, jak
się dowiedziałem. Był synem mojej gospodyni i miał
piętnaście lat. Dlatego miała wolny pokój.

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/

Roman Honet – Pierścień

robotnicy palący papierosy na dachu dworca,
w cieniu, gałęzie wierzby wiszące nad nimi.
lato już po utracie, przeszywające. dym
rozplata się w palcach, nasyca je,
obnaża kości i ścięgna jak podświetlane kręgielnie
w leżących na dnie morza okrętach,
potem chwieje się, stygnie.
umarła pełza w dymie,
wspomina. ma osmalone ramiona
i wargi – włókna z żelbetowej przędzy,
gdy opowiada o kruszcu,
o gromadzeniu. miałam pierścień –
mówi – świat był mój

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (II)

Tanz Debil

W poniedziałki, wtorki i czwartki (czasami środy) chodziliśmy z Marcinem do Kredensu. Nie byłeś tam, bo gdy przyjezdżałeś, nie znałem jeszcze tej knajpy. Chodziliśy do Kredensu w wyznaczone dni, ponieważ Marcin posiadał kartki, dużo kartek, na darmowe piwo. To był chyba pomysł knajpy na przyciągnięcie studentów. Dziwne, bo Kredens był najbardziej ekskluzywnym lokalem w mieście i zawsze, gdy przychodzilismy, czułem, że jesteśmy intruzami, śmieciami, niepożądanymi łapserdakami. Co w sumie było uzasadnione – w końcu piliśmy za darmo. Karteczki odrywało się od specjalnych plakatów, które co jakiś czas pojawiały się na tablicach w akademikach i wydziałach. Marcin chyba na nie czatował, bo zawsze miał przy sobie pliczek tych niezdarnie poodrywanych papierów. Rozdawał je czasami znajomym lub po prostu tym, którzy prosili, jak banknoty. A już samo wydawanie piwa na te kartki, cóż, wyglądało idiotycznie. Trzeba było je najpierw wypisać: imię, nazwisko i nr dowodu. Wpisywaliśmy więc nazwiska nieżyjących poetów i zmyślone numery. Raz w tygodniu, albo miesiącu, odbywało się losowanie. Nigdy nie uczestniczyłem w żadnym, ale zastanawiałem się, co można wygrać i co się działo, jeśli został wylosowany np. Rafał Wojaczek. Czy był wzywany przez specjalny megafon? Czy jego nazwisko pojawiało się nad rzędem kolorowych butelek i wisiało, dopóki ktoś sugerował, że laureat raczej nie zjawi się z dowodem po odbiór nagrody (kolejnego darmowego piwa)? Kartki działały tylko w wyznaczone dni, więc kiedy budziłeś się na przykład we wtorek, mogłeś być pewny, że jutrzejszy kac będzie za darmo.

Do Kredensu przychodziło najwięcej eleganckich kobiet. Kobiet „zrobionych”, jakby wyciosanych z kawałka leszczyny, giętkich, proporcjonalnych, ubranych tak, jakby ciuchy były częścią ciała, a nie czymś co je po prostu zakrywa. Równie dobrze mogły przychodzić nago. Wyobrażałem sobie, że ściągnięcie idealnie błękitnych dżinsów z tych twardych tyłków musi być czymś w rodzaju amputacji, obdzieraniem ze skóry, torturą. A wiadomo, że jak dziewczyna wypije piwo, to nie ma zmiłuj. Kierunek WC co najmniej kilkanaście razy na wieczór. Więc najlepiej było zająć miejsce przy kiblach, żeby niczego nie przegapić. Żeby wiedzieć, na czym się stoi. A jak już się wiedziało, można było ruszać w tango. Teoretycznie. Jeśli przychodziłeś sam (ja nigdy nie byłem sam w Kredensie, ale Marcin był i opowiadał), to nagle znajdowało się wiele kobiet w sile wieku, które chciały ci postawić drinka albo dwa. Zwyczajnie. Nie miało to oczywiście większego sensu, skoro przychodziło się z kieszenią wypchaną bonami na Żywca, Lecha, Tyskie. No ale zawsze to jakaś alternatywa. Nie wiem, czy Marcin dał sobie postawić. Bo to jest mocno podejrzane, to jest odwrócenie porządku, kiedy facetka proponuje drinka. Za tym zawsze kryje się jakaś przemoc, cierpienie większe lub mniejsze. A nam chodziło o to, żeby się po prostu napić. Po to w końcu opuściliśmy domy rodzinne i zamieszkaliśmy w tych wszystkich kawalerkach, mieszkaniach studenckich i Bóg wie jeszcze jakich ruderach.

Dobrze więc było usadowić się tak, żeby jednocześnie mieć oko na parkiet, na którym zawsze ktoś się poruszał. Nawet jak był mały ruch (wczesna godzina), to przynajmniej jedna wykonywała ruchy w rytm badziewiastej muzyki XXI wieku. Jakby chciała w ten sposób zamanifestować: „a weźcie się pierdolcie wy wszyscy zasrańcy”. Nie robiło to na mnie wrażenia, zwykle kumałem o co chodzi. Taniec od zawsze łączył mi się z zawziętością. Nie z bezpretensjonalną zabawą, a zapalczywością, ślepą walką przeciwko światu. Tak czuję i dzisiaj. Dlatego stanowczo i możliwie grzecznie odmawiam. Zwykle poirytowane koleżanki nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób ratuję im życia. Bywają jednak momenty, kiedy naglę odzyskuję świadomość wśród rozbujanego tłumu i muszę potem lizać rany. Tak czy inaczej, muzyka w Kredensie była dziadowska jak rmf fm i zetka do kwadratu. Stare kawałki Kylie Minogue, zaplątane w setlistę, były jak drobne porażenia prądem, które na chwilę przywracały do rzeczywistości.

Część ścian w Kredensie wypełniały półki z książkami, których nikt nie czytał. Istniały chyba tylko dla ozdoby. Rozumiesz więc, że było to miejsce idealne dla mnie. Wcale nie miałem ochoty szperać w tym księgozbiorze, bo i tak pewnie nie znalazłbym nic dla siebie, chociaż niewykluczone, że mógłbym coś znaleźć. Wystarczyło mi, że one tam stały, poupychane w szczelinach, polakierowane wraz ze ścianą. Były swojego rodzaju gwarancją podtrzymania rozmowy. Bo kiedy nie wiedziałeś już o czym gadać, to zawsze mogłeś wykonać romantyczny gest i jakby od niechcenia zauważyć jednokolorowe grzbiety wokół, mówiąc: „a właśnie, czytałaś coś ostatnio?”. Bardzo ryzykowne. Poleciłbym w absolutnej ostateczności i jedynie komuś, kto – jak ja – w tańcu zaciska pięści do białości. Zawsze to jednak jakieś wyjście. Zresztą, nie wiem, czy w Kredensie dziewczyny w ogóle potrafiły mówić. Chyba nigdy tam z żadną nie rozmawiałem (Marcin, owszem). Zwykle przychodziłem tam, jeśli już, z chłopakami obładowanymi książkami (no, bo polonistyka, filozofia, może socjologia), których Marcin łaskawie obdarowywał karteczkami. Oczywiście rozmawialiśmy o tych książkach, obserwując uważnie drzwi od damskiego kibla. Przynajmniej ja obserwowałem, bo miałem nadzieję, że przez szparę uda mi się wreszcie zobaczyć ciało obdarte z falującej skóry, czerwone i lśniące od napiętych mięśni i stawów. Jeszcze przez jakiś czas, po tym jak Kredens się skończył, moja ciekawość do ludzi przeważała nad ciekawością do książek. Potem przegrała.

Właściciele Kredensu założyli drugą taką sama knajpę, tylko z inną nazwą, jedną ulicę dalej. Myk był tam taki, że przy barze siadało się na starych, lecz odrestaurowanych i zakonserwowanych kiblach. Taki koncept, nic dodać, nic ująć. Piwo było drogie, drinki kolorowe, barmani tępi i obrzydliwie wyperfumowani. Burdelowe, zbyt mdławe światło przeszkadzało bardziej niż koszmarna muzyka. Było go tyle, ile tego pociągowego z wiersza Andruchowycza: „żeby nie zasnąć i nie czytać, dokładnie tyle, żeby się powiesić”. Tam już nie było kobiet, tylko karykatury kobiet. Szczerbate dziewczyny o cerach, jakby co wieczór nakładały maseczkę ze spermy. Pseudo-eleganckie ciuchy z bazaru, zbyt mocarne dłonie, męskie palce z pomiędzy których nienaturalnie sterczały slimy i paznokcie ciężkie od grubej warstwy jarzącego się lakieru. Jakby kredensowe krzywe zwierciadło wypluło z siebie rój na drugi koniec ulicy, ponieważ w gnieździe nie było już dla nich miejsca. I ta szarańcza żywiła się wszystkim, co uznawała za glamour. Smutny i przerażający widok. Obraz skomponowany ze strzępów. Obłędny kolaż badziewia i syfu udający elegancję-francję. Ta wykorzeniona kopia dresiarskiego Kredensu również zawierała pomalowane półki z książkami. Patrzyłem na te zgniłozielone grzbiety i myślałem o końcu świata z dziwnym spokojem. Dzisiaj, po lekturze Krasznahorkaia, potrafię nazwać to, co wówczas czułem: „W gruzach jest wszystko, co zbudowane, wraz z rozczarowaniem i kłamstwem, tak jak w lodzie jest tlen. A w budowaniu każda rzecz jest do połowy, w gruzach każda rzecz jest całością”. Bo ten obraz, to były gruzy, w których poruszalismy się po omacku.

Wkrótce potem knajpa „kopia” spłonęła. Stwierdzono podpalenie, lecz nie sądzę, by podpalacze czytali „Melancholię sprzeciwu”. Nikt po tym specjalnie nie płakał, wszyscy rozleźli się po innych lokalach, gdzie zamiast na fosforyzujacych sedesach, siadało się na zgniłych, brudnych kanapach. Tymczasem akademiki nagle przestały wydawać kartki na darmowe piwo do super-ekskluzywnego pubu i trzeba było sobie zacząć radzić w inny sposób.

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/

Miłosz Biedrzycki – ***

* * *

Dobitna emisja rwetesu. Telegrafują od dołu.
Ekstaza, trzepot, obłędne rytmy, drży okolica.
Rzężą omszałe deski, energia rozpiera trzewia.
Trudno rozeznać erupcje dźwięku. Od rana,
Od dawna recytują, ostro tknięci erozją:
Dotred odrote tredor. Rodert etordo. Dertod.

Załącznik 1.

D E R T O D
E T O R D O
R O D E R T
T R E D O R
O D R O T E
D O T R E D

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/

Marcin Komorowski – Prêt-à-porter

wczytaj… lekkie kroki
z kąd-kolwiek-chcesz do inąd
zachodzą nas od tyłu,
bo chce się być zawsze wszędzie indziej,
mieć to wypisane, jak nie na czole
to na okładce – dać się zaskoczyć.
prochy, premiery, śniadania na trawie,
sex w znaczeniu ontologicznym i inne
błędy wiecznej młodości
krążą między nami
jak konteksty walencyjne
– między innymi padają słowa –

znowuż inne, potencjalnie słodkie
napełniają filiżanki.
spiralne ruchy łyżeczek
oddają wir i zamęt piątej
po południu lub z kolei obłąkanej
herbatki pod manekinem
słodkich snów
w uderzeniach flesza.
nazajutrz stracisz głowę
trawiąc czas na marne
substytuty rozdzielnie złożone z kart
niczym domki

dla lalek. na początek
masz imię i nic do powiedzenia,
a niedobór metali ciężkich w śródmózgowiu
jest koleją rzeczy
wielokrotnego wyboru
kroków, gestów, papierosów
zdatnych na wszystko jak fleksyjne końcówki
związków, wiązań, w sumie zobowiązań
wobec języków obcych.
jedni palą, inni wierzą w boga –
żarty trzymają się poręczy
jak marginesu,

zawieszone między wierszami,
które lepiej przełknąć w skrócie,
dojść do wniosku,
ewentualnie zapukać. otwarte
ostatnie chwile na pamiętanie rzeczy
jakimi są, potem zmiana bociana
i rozbierasz się
znów przed tym jedynym
całym światem, który kręci ci się w głowie
niezależnie jak film; szum rozmów
obija się o uszy, korkuje upływ czasu
dla ciał na krawędzi bezruchu

od zwolnienia migawki;
cienie nadziei rzucają się na ścianę
w popłochu – wycięte z życiorysu
do galerii samobójców
o dziwacznych kontrastach
czarno-biało-przezroczystych –
wreszcie padają
na litość boską,
która nigdy się nie kończy…
a tu koniec –
światła zgasły.
żarówki pękły ze śmiechu.

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/

Łukasz Drobnik – Podmorskie krajobrazy

Zanim się obudziłam, słyszałam odgłos deszczu, jak bębni gdzieś wysoko o dach młyna, i jak bębni gdzieś całkiem blisko o szyby, i jak przesuwa się w rynnach, bo młyn był owinięty całym systemem rynien, które rozwidlały się i łączyły, i przechodziły przez ściany, a deszcz padał i było go słychać, i zanim się obudziłam, wyobraziłam sobie, jak domy podsiąkają wodą z tego deszczu i powoli pęcznieją, i robią się coraz większe, piją wodę jak gąbka i niebieskie się robią od nieba, bo niebo musiało być niebieskie, a domy robią się miękkie i ruchome jak jakieś osiadłe morskie zwierzęta.
I otworzyłam oczy, wnętrze młyna nabijało szare światło, słyszałam deszcz, leżałam cały czas między nieruchomymi trybami, w kałuży krwi, zupełnie nieruchoma, w końcu podniosłam rękę i zaczęłam dotykać lekko ran na głowie, na rękach miałam straszne siniaki, podniosłam się, wszystko bolało, zatrzeszczały stawy, całkiem słaba stałam trochę przy wejściu na schody.
A potem w czerń schodów na dół zeszłam, w tą czarną przestrzeń, gdzie czaiły się nieruchome żarna i leżały wszędzie worki z mąką, szłam po schodach, powoli zanurzałam się w czerń, bo okien tu niewiele, a potem doszłam wreszcie do drzwi na zewnątrz, wahałam się, czy otworzyć, bałam się, że za drzwiami manekin.
A deszcz padał i pełno wody na podwórku, słyszałam, jak spływa między młynem a piekarnią na drogę i wyobrażałam sobie, że woda przepływa przez szczelinę w młynowych drzwiach, że podsiąka pod worki, że podchodzi po kostki, po kolana, wlewa się do wielkich żaren, wypełnia puste w środku cylindry, że jest jej coraz więcej, a ja wtedy idę w stronę schodów, przedzieram się przez niebieskie odmęty, bo woda jest niebieska, przedzieram się, brnę przez wodę i idę w kierunku schodów, a woda już po pachy, a potem idę po schodach i woda podnosi się szybciej, niż ja idę, i że jak idę, to nagle noga klinuje mi się między stopniami i nie mogę jej wyjąć, a zimna topiel podchodzi coraz wyżej, szumi strasznie i się kotłuje, obejmuje moje nogi, jest zimna, a potem zakrywa ramiona, nie mogę się wyswobodzić, kucam, nurkuję, woda zamyka się nade mną, a ja próbuję zdjąć but, udaje mi się, ale patrzę, a woda zupełnie już nade mną jest wysoko.
I że potem płynę w górę tej wody, bo jej powierzchnia jest już bardzo wysoko, płynę i widzę pod powałą nieruchome tryby, widzę, jak drobinki mąki unoszą się w odmętach, jak przepływa gdzieś pusty worek, a woda niebieska, niebieskie odmęty, a ja płynę i udaje mi się wypłynąć na piętro, gdzie mechanizm całkowicie wypełniony jest wodą, gdzie młyn jest idealnie w środku niebieski, i że przepływam między trybami tego młyna, między nieruchomymi przekładniami, a wszystkie odgłosy są przytłumione, a mnie coraz bardziej brakuje powietrza, a pościel z pryczy powoli się unosi i kołysze jak wodorosty.
I że udaje mi się w końcu wypłynąć na poddasze, na ten korytarz, gdzie puste pokoje, i patrzę przez okna, a tam podmorskie krajobrazy, i że jest jeszcze trochę powietrza pod sufitem, i że tam płynę, i łapię oddech, ale woda podchodzi coraz wyżej i mnie zakrywa, a ja przytulona do sufitu, i że przykrywa mnie całkiem, a ja patrzę po tym podmorskim korytarzu i podmorskich schodach, które w jeszcze większe głębiny prowadzą, a potem zupełnie kończy mi się powietrze i zaczynam oddychać wodą, i woda wkrada mi się do płuc, wypełnia je szczelnie.
I że topię się w końcu, a moje ciało bezwładnie opada na podłogę, i toczą je po niej podmorskie prądy, i że wpada w głębinę młynowego mechanizmu, gdzie nie jest już niebiesko, a robi się czarno, i że przepływa obok lampa naftowa, że jakieś światło przepływa, a ja tego nie widzę, ja opadam powoli na dno, w wielki czarny otwór schodów i prądy pchają mnie na dół, gdzie czarno, gdzie żarna trwają przyczajone przy dnie, i opadam na dno na wieki nieruchoma.

(fragment powieści „Nocturine”)

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/