Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (II)

Tanz Debil

W poniedziałki, wtorki i czwartki (czasami środy) chodziliśmy z Marcinem do Kredensu. Nie byłeś tam, bo gdy przyjezdżałeś, nie znałem jeszcze tej knajpy. Chodziliśy do Kredensu w wyznaczone dni, ponieważ Marcin posiadał kartki, dużo kartek, na darmowe piwo. To był chyba pomysł knajpy na przyciągnięcie studentów. Dziwne, bo Kredens był najbardziej ekskluzywnym lokalem w mieście i zawsze, gdy przychodzilismy, czułem, że jesteśmy intruzami, śmieciami, niepożądanymi łapserdakami. Co w sumie było uzasadnione – w końcu piliśmy za darmo. Karteczki odrywało się od specjalnych plakatów, które co jakiś czas pojawiały się na tablicach w akademikach i wydziałach. Marcin chyba na nie czatował, bo zawsze miał przy sobie pliczek tych niezdarnie poodrywanych papierów. Rozdawał je czasami znajomym lub po prostu tym, którzy prosili, jak banknoty. A już samo wydawanie piwa na te kartki, cóż, wyglądało idiotycznie. Trzeba było je najpierw wypisać: imię, nazwisko i nr dowodu. Wpisywaliśmy więc nazwiska nieżyjących poetów i zmyślone numery. Raz w tygodniu, albo miesiącu, odbywało się losowanie. Nigdy nie uczestniczyłem w żadnym, ale zastanawiałem się, co można wygrać i co się działo, jeśli został wylosowany np. Rafał Wojaczek. Czy był wzywany przez specjalny megafon? Czy jego nazwisko pojawiało się nad rzędem kolorowych butelek i wisiało, dopóki ktoś sugerował, że laureat raczej nie zjawi się z dowodem po odbiór nagrody (kolejnego darmowego piwa)? Kartki działały tylko w wyznaczone dni, więc kiedy budziłeś się na przykład we wtorek, mogłeś być pewny, że jutrzejszy kac będzie za darmo.

Do Kredensu przychodziło najwięcej eleganckich kobiet. Kobiet „zrobionych”, jakby wyciosanych z kawałka leszczyny, giętkich, proporcjonalnych, ubranych tak, jakby ciuchy były częścią ciała, a nie czymś co je po prostu zakrywa. Równie dobrze mogły przychodzić nago. Wyobrażałem sobie, że ściągnięcie idealnie błękitnych dżinsów z tych twardych tyłków musi być czymś w rodzaju amputacji, obdzieraniem ze skóry, torturą. A wiadomo, że jak dziewczyna wypije piwo, to nie ma zmiłuj. Kierunek WC co najmniej kilkanaście razy na wieczór. Więc najlepiej było zająć miejsce przy kiblach, żeby niczego nie przegapić. Żeby wiedzieć, na czym się stoi. A jak już się wiedziało, można było ruszać w tango. Teoretycznie. Jeśli przychodziłeś sam (ja nigdy nie byłem sam w Kredensie, ale Marcin był i opowiadał), to nagle znajdowało się wiele kobiet w sile wieku, które chciały ci postawić drinka albo dwa. Zwyczajnie. Nie miało to oczywiście większego sensu, skoro przychodziło się z kieszenią wypchaną bonami na Żywca, Lecha, Tyskie. No ale zawsze to jakaś alternatywa. Nie wiem, czy Marcin dał sobie postawić. Bo to jest mocno podejrzane, to jest odwrócenie porządku, kiedy facetka proponuje drinka. Za tym zawsze kryje się jakaś przemoc, cierpienie większe lub mniejsze. A nam chodziło o to, żeby się po prostu napić. Po to w końcu opuściliśmy domy rodzinne i zamieszkaliśmy w tych wszystkich kawalerkach, mieszkaniach studenckich i Bóg wie jeszcze jakich ruderach.

Dobrze więc było usadowić się tak, żeby jednocześnie mieć oko na parkiet, na którym zawsze ktoś się poruszał. Nawet jak był mały ruch (wczesna godzina), to przynajmniej jedna wykonywała ruchy w rytm badziewiastej muzyki XXI wieku. Jakby chciała w ten sposób zamanifestować: „a weźcie się pierdolcie wy wszyscy zasrańcy”. Nie robiło to na mnie wrażenia, zwykle kumałem o co chodzi. Taniec od zawsze łączył mi się z zawziętością. Nie z bezpretensjonalną zabawą, a zapalczywością, ślepą walką przeciwko światu. Tak czuję i dzisiaj. Dlatego stanowczo i możliwie grzecznie odmawiam. Zwykle poirytowane koleżanki nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób ratuję im życia. Bywają jednak momenty, kiedy naglę odzyskuję świadomość wśród rozbujanego tłumu i muszę potem lizać rany. Tak czy inaczej, muzyka w Kredensie była dziadowska jak rmf fm i zetka do kwadratu. Stare kawałki Kylie Minogue, zaplątane w setlistę, były jak drobne porażenia prądem, które na chwilę przywracały do rzeczywistości.

Część ścian w Kredensie wypełniały półki z książkami, których nikt nie czytał. Istniały chyba tylko dla ozdoby. Rozumiesz więc, że było to miejsce idealne dla mnie. Wcale nie miałem ochoty szperać w tym księgozbiorze, bo i tak pewnie nie znalazłbym nic dla siebie, chociaż niewykluczone, że mógłbym coś znaleźć. Wystarczyło mi, że one tam stały, poupychane w szczelinach, polakierowane wraz ze ścianą. Były swojego rodzaju gwarancją podtrzymania rozmowy. Bo kiedy nie wiedziałeś już o czym gadać, to zawsze mogłeś wykonać romantyczny gest i jakby od niechcenia zauważyć jednokolorowe grzbiety wokół, mówiąc: „a właśnie, czytałaś coś ostatnio?”. Bardzo ryzykowne. Poleciłbym w absolutnej ostateczności i jedynie komuś, kto – jak ja – w tańcu zaciska pięści do białości. Zawsze to jednak jakieś wyjście. Zresztą, nie wiem, czy w Kredensie dziewczyny w ogóle potrafiły mówić. Chyba nigdy tam z żadną nie rozmawiałem (Marcin, owszem). Zwykle przychodziłem tam, jeśli już, z chłopakami obładowanymi książkami (no, bo polonistyka, filozofia, może socjologia), których Marcin łaskawie obdarowywał karteczkami. Oczywiście rozmawialiśmy o tych książkach, obserwując uważnie drzwi od damskiego kibla. Przynajmniej ja obserwowałem, bo miałem nadzieję, że przez szparę uda mi się wreszcie zobaczyć ciało obdarte z falującej skóry, czerwone i lśniące od napiętych mięśni i stawów. Jeszcze przez jakiś czas, po tym jak Kredens się skończył, moja ciekawość do ludzi przeważała nad ciekawością do książek. Potem przegrała.

Właściciele Kredensu założyli drugą taką sama knajpę, tylko z inną nazwą, jedną ulicę dalej. Myk był tam taki, że przy barze siadało się na starych, lecz odrestaurowanych i zakonserwowanych kiblach. Taki koncept, nic dodać, nic ująć. Piwo było drogie, drinki kolorowe, barmani tępi i obrzydliwie wyperfumowani. Burdelowe, zbyt mdławe światło przeszkadzało bardziej niż koszmarna muzyka. Było go tyle, ile tego pociągowego z wiersza Andruchowycza: „żeby nie zasnąć i nie czytać, dokładnie tyle, żeby się powiesić”. Tam już nie było kobiet, tylko karykatury kobiet. Szczerbate dziewczyny o cerach, jakby co wieczór nakładały maseczkę ze spermy. Pseudo-eleganckie ciuchy z bazaru, zbyt mocarne dłonie, męskie palce z pomiędzy których nienaturalnie sterczały slimy i paznokcie ciężkie od grubej warstwy jarzącego się lakieru. Jakby kredensowe krzywe zwierciadło wypluło z siebie rój na drugi koniec ulicy, ponieważ w gnieździe nie było już dla nich miejsca. I ta szarańcza żywiła się wszystkim, co uznawała za glamour. Smutny i przerażający widok. Obraz skomponowany ze strzępów. Obłędny kolaż badziewia i syfu udający elegancję-francję. Ta wykorzeniona kopia dresiarskiego Kredensu również zawierała pomalowane półki z książkami. Patrzyłem na te zgniłozielone grzbiety i myślałem o końcu świata z dziwnym spokojem. Dzisiaj, po lekturze Krasznahorkaia, potrafię nazwać to, co wówczas czułem: „W gruzach jest wszystko, co zbudowane, wraz z rozczarowaniem i kłamstwem, tak jak w lodzie jest tlen. A w budowaniu każda rzecz jest do połowy, w gruzach każda rzecz jest całością”. Bo ten obraz, to były gruzy, w których poruszalismy się po omacku.

Wkrótce potem knajpa „kopia” spłonęła. Stwierdzono podpalenie, lecz nie sądzę, by podpalacze czytali „Melancholię sprzeciwu”. Nikt po tym specjalnie nie płakał, wszyscy rozleźli się po innych lokalach, gdzie zamiast na fosforyzujacych sedesach, siadało się na zgniłych, brudnych kanapach. Tymczasem akademiki nagle przestały wydawać kartki na darmowe piwo do super-ekskluzywnego pubu i trzeba było sobie zacząć radzić w inny sposób.

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s