Krystyna Dąbrowska – Tego dnia nie starczyło piasku

Tego dnia nie starczyło piasku
na wysypanie oblodzonych ulic.
Starzy ludzie rozbijali klepsydry.
Emigranci, upadając co chwila na swoich zdartych zelówkach
wytrząsali z woreczków garstki rodzinnej ziemi.
Potem już każdy skrzętnie zbierał wióry, drobny gruz
wszystko, co się komu w życiu pokruszyło, owijano w papier
i wynoszono na mróz, i oprószano chodniki i jezdnie
aż przykryła je bura miazga.
A kiedy wciąż było ślisko
zaczęto łamać to, co wydawało się niezłomne
młócić to, co nie miało w sobie ziarna
tłuc nietłukące się szkło.
I tak zmielono całe miasto.
Lecz ślizgawica nie ustępowała.
Jedni przycupnęli na tej lodowej pustyni.
Inni próbują iść:
ktoś rozpostarł pod nogami łąkę
zobaczoną raz z okna pociągu
ktoś wyścielił sobie drogę szpitalnym korytarzem
ktoś jakby brodził w rzece.
Ta kobieta bierze pod rękę mężczyznę, który odszedł.
Ta wędruje boso: podeszwy jej stóp są grube i szorstkie.
A tam – łyżwiarz? Ciemna figurka szusuje po bruzdach i muldach
jak po gładkim jeziorze

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,p,y/

Waldemar Jocher – zastygłe rozpryski

śnieg w prosektorium. czy widział ktoś takie przemieszczenia
i zwodzenie węchu, na pokuszenie? przez wyciągnięcie środka

myśli;

bezmyślnie, zaczynam się wzbierać i wzbraniać, by żyć
z pokazywania tego, co wkładam do gardła. układam się,
choć tego jeszcze nie wiem, podczas gdy inni już wiedzą.
to ci, co stojąc leżą – biorą na własność pole widzenia, lecz

bez wyrzutów wobec zjadanych liter, zalegających niedługo.

później ułożą się i dadzą znać o sobie. niedługo zetną się usta,
(więc tak się zaczyna) od napaści chmur i odkrztuszenia słowa.
potocznie i jaskrawo ulatują akcenty. nasze są końcowe i białe
niczym plamy, co przewidując przyszłość, nie dotykają pamięci.

nigdy nie uwierzę, że mogę nigdy

nie przyznawać się do myśli, ciała i materii. do siebie chciałoby się
odjechać, a dziś nawet szkoda o tym marzyć. cała reszta zamknięta
w niepewnych zapowiedziach odwilży. na chłodno reguluję obcość.

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,p,y/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (III)

Byrona ulubione miejsce na ziemi

Byłem tam

Cierpię na paniczny lęk przed odlotem. Chociaż odkąd pamiętam, marzyłem o lataniu. W dzieciństwie roiłem sobie, że zostanę pilotem. Byłem beznadziejny z fizyki i fizycznie, nie miało to dla mnie jednak żadnego znaczenia. Po prostu nie wyobrażałem sobie, że to może się liczyć do wymagań. Patrzyłem w niebo i coś momentalnie się we mnie otwierało. Jakiś portal udostępniający mnie gwiazdom. Chciałem się zbliżyć. Przestrzeń hipnotyzuje i może działać jak delikatna trawka. Wystarczy odpowiednio długo wpatrywać się w pustkę, by rozpoznała w twojej głowie wyłącznik i go wcisnęła. Wtedy się otwierasz i wpuszczasz część tego bezmiaru do siebie. Celiné napisał: „Gdyby przedmioty, choć najbrzydsze, zabierały nas ze sobą, umierałoby się w poezji mroku”. Człowiek nosi w sobie kawałek próżni, który pielęgnuje odkąd zaczyna myśleć o krajobrazach ponad chmurami. Mitologia jest opatrunkiem na tę małą, czarną rankę. Ona usiłuje opisać poezję mroku i udzielić odpowiedzi na śmieszne pytania. Wyobraź sobie kogoś, kto jakimś cudem wymknął się mitologicznemu myśleniu. Mieszkańcy okolicznej wioski biorą huk jego eksplodującej głowy za sygnał nadchodzącej burzy.

W snach nigdy nie oderwałem się od ziemi. Wielokrotnie znajdowałem się na pokładzie samolotu, ale zawsze budziłem się na chwilę przed startem. Nie miałem żadnego wyobrażenia o tym, co poczuję, kiedy znalazłem się w pasażerskim, który miał nas przetransportować do Brukseli. Zabawne, ale w powietrzu odważyłem się wyjrzeć przez okno tylko dwa razy. Po wylądowaniu miałem ochotę klaskać z współpasażerami. Do Francji pojechaliśmy autobusem. Do Polski wracaliśmy już samochodem. 24 godziny za kółkiem. Szczęśliwy, przyczepiony do ziemi. Chyba już wtedy kiełkowało we mnie postanowienie, które dopiero przy okazji drugiego i trzeciego lotu przyjęło formę deklaracji. Nigdy więcej się nie wzniosę. To właśnie podczas powrotu z Grecji dopadł mnie atak paniki. Cichy, anonimowy. Podczas gładkiego opadania na dół. Trema to jest coś, co na chwilę ogarnia mózg. Panika zajmuje twoje ręce, mięśnie i skórę. I usta, które tysiące metrów nad ziemią zacząłem wypełniać zawartością małych buteleczek johnie walkera. Siedziałem w bezruchu, wzrok zatrzymany na oparciu fotela przede mną. Miejsce dostałem przy oknie, na skrzydle, ale udało mi się wymienić z kimś tak, żebym siedział przy przejściu. Kania widziała, co się ze mną dzieje. Próbowała dodawać otuchy. Podczas mojego ostatniego lotu odważyłem się spojrzeć na nią dwa razy, ponieważ musiałbym zahaczyć również o okno. Po wylądowaniu długo trzymałem się barierki, próbując złapać oddech jak po bardzo długiej ucieczce.

Na szczęście powietrze nie jest jedyną drogą do Grecji, gdzie znalazłem przestrzeń (lub ona mnie znalazła i zaszczepiła). Podróż nie była do końca szlachetna, jak można spodziewać się po humaniście sadzającym tyłek na rudymencie. Nie było celów, tylko mętne wyobrażenia. Musiałem mocno się starać, żeby jakoś powiązać to, co widzę, z zapleczem wyniesionym z lektur. Musiałem się starać, żeby w ogóle pamiętać o powiązaniu. Ostatecznie cała wyprawa jawi mi się jako doświadczenie bez udziału intelektu i ducha. Sama fizjologia, same zmysły. Nie wiem, czy pierwszy kontakt z tym krajem może być inny. W słońcu i piachu. Morzu tak gęstym od soli, że unosi cię na powierzchni bez twojego wysiłku. Greckie dzieciaki, brązowe i twarde jak grudki zaschniętego błota, skakały z pomostu do wody i po chwili wynurzały się rozradowane szeroko otwierając oczy. Po kilku dniach sól przylgnęła do naszych ust i już nie dokuczała. Przejechaliśmy Góry Parnasu skrywające tajemnicę, która do dzisiaj przepływa w moich żyłach. Opustoszałe wioski z kamienia w dolinach, serpentyny. Czasami przez chmury można było zobaczyć żagle statków przybijających do zatoki. Schłodziłem się w Grobie Agamemnona, odpocząłem na tronie wyroczni Delfickiej, na próżno szukałem cienia pod Świątynią Afrodyty. Najlepsze lody na świecie są w pierwszej stolicy niepodległej Grecji – Nafplio na Peloponezie. Święta Góra Athos i meduzy jak oczka w pawim ogonie. Mieszkańcy monastyrów oprowadzili nas po swoich samotniach, a myśmy odnajdywali twarze uformowane przez skały tysiące lat temu. Na Przylądku Sunio piłem mrożoną kawę usiłując utrzymać równowagę na zielonym zboczu. Chciałem zobaczyć delfiny Byrona przed odjazdem autobusu. Wyłączyłem telefon, wyłączyłem Internet, wyłączyłem Polskę. Jeśli już przychodziła mi do głowy, to myślałem jedynie o stosiku wierszy, który zostawiłem na biurku, w wynajętym mieszkaniu. Jedyny ślad, jaki chciałem po sobie zostawić, gdybym nie wrócił. Wieczorami spacerowaliśmy po pustej plaży i obserwowaliśmy światełka samolotów startujących i lądujących na lotnisku w Thessalonikach po drugiej stronie zatoki. Słuchaliśmy rozmów tubylców, byliśmy nawet świadkami małego greckiego wesela. Język cudownie melodyjny, podobnie jak polski, ale bez słowiańskiej zadziorności. W ostatnim tygodniu nasz hotel zaroił się Rosjanami, którzy rozmawiali, jakby chcieli wyciąć wszystkich w pień. Pod koniec pobytu jak pies reagowałem wewnętrzną agresją na dźwięk tego okrutnego języka, z którego nie rozumiem ani słowa. Grecki z miejsca uspokajał. Kalimera – dzień dobry, Kalispera – dobry wieczór. Souvflaki – szaszłyk. Jak nazwy dla kapel. Trzy słowa, których potrzebujesz, żeby przeżyć na obczyźnie.

Jest przestrzeń, która dorównuje tej kosmicznej i należy ona do wody. W wodzie żyje topielec i ja w niego wierzę. Szukam w toni jego bystrego spojrzenia. Nad Balatonem pomagałem sobie latarką, ponieważ Węgry nieoczekiwanie i gładko wślizgnęły się nam do oczu nocą. Wcześniej przeciskaliśmy się przez serpentyny na Słowacji i węgierskich zadupiach. Nad autostradami krążyły potężne drapieżne ptaki. Jesienią madziarskie krajobrazy po zmroku są puste. Pogaszone światła we wszystkich przydrożnych domostwach, jakby ludzie chowali się przed zmorą, którą mogli przywieźć ze sobą tacy, jak my. Ani samochodów, ani żywych dusz. Z Budapesztu wyjechaliśmy późno i natrafiliśmy na czynny po sezonie camping w Balatonfured w momencie, gdy czerń tego państwa lała się z nas wraz ze łzami. Rano ujrzeliśmy nieczynne zjeżdżalnie, nieczynne knajpy, pozamykane pawilony i budki ze sprzętem, który jeszcze trzy tygodnie temu działał na pełnych obrotach. To miejsce żyło życiem wiecznym, było rajem, w którym nikt nie myślał o zdradzie. Patrzyłem na mokre liście przylgnięte do odwróconych łódek i o mało serce mi nie pękło. Doświadczałem przestrzeni teraźniejszej, z której jeszcze nie odlepił się pot wystawionych na słońce pleców. Noc zaczynała się szybko, ulice pustoszały w mgnieniu oka. Niedobitki, głównie Niemcy lub Austriacy, upychali się w swoich przyczepach. A my siadaliśmy na ławce i świeciliśmy rybom w oczy. Gadaliśmy o rzeczach i smakach, które kiedyś były. I znowu patrzyliśmy na nieliczne światła po drugiej stronie tego czarnego jeziora. Tam było życie, które zostawiliśmy na chwilę, zastanawiając się, czy bylibyśmy w stanie zostawić je na zawsze. Raz weszliśmy do Balatonu, ale już było czuć, że to koniec wody w tym roku. Pierwszej nocy w węgierskim miasteczku minęliśmy się tylko z pulchnym jeżem. W markecie kupiliśmy ostatniego czternastoletniego Tokaja niemal za bezcen. Wypiliśmy go w Budapeszcie z Francuzem. Szwed był tak skacowany, że odmówił. Jedną noc spaliśmy z Polakami, którzy podróżowali po południowej Europie na rowerach. I znowu zdarzyło mi się patrzeć na warszawiankę jak na obcy gatunek – z ciekawością i niedowierzaniem. Z Węgier zabrałem ze sobą palinkę, wafle o smaku Kukuruku, „Szatańskie tango” na DVD i piach. A potem był Wiedeń. Chcieliśmy zobaczyć wilki, ale się schowały.

Polski chłód przyjął nas jak surowy ojciec. A jednak grecka sól nie wyparowała z mojej skóry do końca. Węgierska noc wymościła sobie gniazdo w przedsionku mojego serca. Przywiozłem ze sobą kawałek tamtych przestrzeni i domyślam się, że będę chciał je kiedyś zwrócić. Nie wchodzi się jednak dwa razy do tej samej rzeki, co znaczy tyle, że nawet jeśli wrócę w tamte miejsca, będą już należały do innych wymiarów. Nie odnajdę już tych samych fal, które ostatniej nocy przed odlotem przyjęły moje ciało i nagie ciała trzech kobiet. Balaton będzie gęsty od materaców i żagli, wieczory huczne i rozświetlone. A my, chociaż dotrzemy tam po naszych śladach, będziemy już gdzie indziej. Ponieważ z przestrzenią jest tak, jak z Waghdas Burroughsa, gdzie „dzielnice, ulice, place i mosty zmieniają kształt i z dnia na dzień przemieszczają się jak wędrowne małe miasteczka. Wygodne, drogie domy wokół schludnego placu (wszyscy mieszkańcy mają klucz do bramy) mogą zmienić się w straszne getto w chwili, gdy tam dotrzesz. Owszem, istnieją mapy, ale dezaktualizują się, kiedy tylko zostają wydrukowane”. Ponieważ jedyna słuszna mapa jest w pamięci i prowadzi do miejsc, których już nie ma.

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,p,y/

Przemysław Owczarek – zwarcie

fiat w spadku,
pomarańcza,126p.
berło dorobkiewiczów.
ballada o ojcu i synu, którzy nienawidzą się,
aż łączy ich

śmierć.

w ogrodzie ChłopiecStarzec sieje rutę. wyrosną z niej
sny o synku. kobieta jeszcze nie nosi brzemienia. jej siedem
siwych włosów, braciszkowie, splata się w marzenie
o jednym dziecku. nie przesadzajmy. ozdobne rośliny oddzielą
scenę od sąsiadów. za rzeką krzyk kozła zwoła sarny, staw
przegryzie groblę. myśliwce wyskrobią niebo

i niemowlę

zapłacze w spróchniałej desce. w kojcu zmarłego pokoju.
o świcie naostrzysz kosę. wejdziesz na łąkę. otworzysz ranę
i z jamy w mgle wyślizgnie się ojciec. czy będzie pamiętał
twoje imię? tam, w miejscu, gdzie rozsypałeś prochy, a potem
przyszły roztopy. śnieg gnił, aż stopił się z ogniem.

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,p,y/

Michał Nowak – Pory

I

uwierzyłbym gdyby z miejsca w którym stoję wystrzelił
korek światła i wzdłuż rzeki wypalił trawę na której
kiedyś spaliśmy gdyby słońce wyssało rzekę a na miejsce
zmarłych zalęgłyby się inne bakterie

uwierzyłbym gdyby zarósł wyraz który pojawiał się na twarzach
podczas pierwszego zetknięcia rąk moich z twoimi podczas
szukania piegów i pieprzyków na odkrytym ciele gdybym nagle
z dobrej stał się trudną partią do rozegrania ugrania

uwierzyłbym gdyby rzeka rozłożyła się na pierwsze części
małych rybek i kijanek gdyby uszły gdzieś teksty ze św. Franciszka
a nagromadziły się suche wydarzenia i samochody pułapki
gdyby na miejsce zmarłych zalęgły się następne pory roku

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,p,y/

Michał Prochownik- Wrony na krach

Słychać pękanie ścian. Nikt tutaj nie ma domu. Sam widzisz jak brudny śnieg odpływa i zabiera, cokolwiek było nasze, przywiązane. Nawet buty masz przemoknięte, więc może zrzuć je z siebie, stań boso, zmierz się sam.
Kiedyś zapomnieliśmy, że wobec całej tej bieli nasza wspólna rzeka stała się czarna, podziemna, płynąca po kryjomu. Bezkarnie przyjmowała nasze małe sprawy, nasz brud, który spływał ze spoconych rąk, do środka. Każdy miał przecież u siebie jasną łazieneczkę, emaliowaną wannę, a w niej wlew-wylew, gdzie wolał nie patrzeć. Ciemny jak rzeka, która teraz wypływa spod powierzchni. Rozrywa tkankę łączną na kry.
I to one, wszystkim teraz zarządzają. Patrząc na nas z ukosa. Wrony na krach. Spokojnie pilotują każdy wielki kawał do Morza Czarnego jak smoła. Damy kier, damy kier przyjacielu – przegrywasz. Zrzuć przemoknięte ubranie, ten kruczoczarny garnitur (nie ma gdzie pozbyć się teczki, powtarzam, nie ma jak pozbyć się teczki). Stań w białej koszuli, niewinnej i przejdź duchową przemianę. Już nic nie uratujesz, powtarzam.
Stopy stronią od zimna – nie chcesz się przeziębić. Pozostaw swoje troski, nie bój się razem z nami roztopić, zachorować. Matka ma swoje sposoby. Zaraz się o tym dowiesz, tylko zgasną na mokro twoje małe marzanny . Popatrz jak między krami buzuje czarna woda, a w niej miriady blankietów – białych, rozmoczonych. To wyprane pieniądze , już nic na nich nie ma. Wszystkie twe podobizny już nie są dziś warte. Stań boso w samej koszuli, rozłóż szeroko ramiona – i co cię teraz przenika?
A więc uważaj, uważaj. Wiesz o szczepieniu drzew? Raczej nie, nie sądzę, robiłeś z nich banknoty. Nieświadomie, niechcący, organizacyjnie. A my będziemy drzewami. To nowy biznes model. Zaszczepią nas kruki i wrony. Stój prosto, rozłóż ramiona. Już sprawnie cię dosiadają i topią w twoich mięśniach czarne błyszczące dzioby. Ból, ale potem gorąco, bo w końcu w białej koszuli spływa po tobie czerwień. Dama kier, dama kier.
Nie było trzeba się martwić, przynajmniej nie zawczasu. Szum w uszach, pulsowanie, tętnice rwą się do życia, słychać pękanie ścianek (nikt tutaj nie ma domu), lecz oczy zamkną się same. Jak na miękkich opuszkach, poduszkach w małe bazie, gdzie zdążysz wyśnić wiosnę.
Tę w którą zawsze chciałeś wbiec.

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,p,y/

Maciej Gierszewski – Królowa Śniegu

Pod szafą stoi wielkie pudło na nici, takie z otwieranymi szufladkami na boki, a potem do góry. Pudło jest prawie tak duże jak ja, gdybym potrzebował kryjówki, mógłbym bez problemów do niego wejść i schować się przed Królową Śniegu, która prześladuje mnie co noc, goniąc po całym mieszkaniu, gdyż jest pewna, że jestem jej Kajem.
Teraz odwrócona jest do mnie plecami, a ja pochylam się nad pudłem, które stoi otwarte przede mną. Grzebię w nim i szukam igły (muszę koniecznie zszyć sobie prawego buta!), czy też nici, a może flizeliny, a może tasiemki bawełnianej, a może koronki. Nie wiem. Szukam czegoś. Grzebię w środku. Prawie cały wchodzę do środka. Wyciągam szpulkę nici w kolorze odblaskowej zieleni. Głośno mówię, że może się przydać. Chowam ją do rękawa swetra i zamykam pudło.
Następnego dnia znów czegoś w nim szukam, już wiem, że białej koronki, potrzeba mi półtorej metra – ma imitować śnieg podczas przedstawienia. Zamiast tego znajduję fioletową nić i znów głośno mówię, że może się przydać i chowam ją do rękawa.
Kolejnego dnia szukając igły i nici, znajduję lodowy naparstek i już chcę go schować do rękawa, ale Królowa Śniegu wyrywa mi go i mówi: „To należy do mnie”.

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,py/