Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (III)

Byrona ulubione miejsce na ziemi

Byłem tam

Cierpię na paniczny lęk przed odlotem. Chociaż odkąd pamiętam, marzyłem o lataniu. W dzieciństwie roiłem sobie, że zostanę pilotem. Byłem beznadziejny z fizyki i fizycznie, nie miało to dla mnie jednak żadnego znaczenia. Po prostu nie wyobrażałem sobie, że to może się liczyć do wymagań. Patrzyłem w niebo i coś momentalnie się we mnie otwierało. Jakiś portal udostępniający mnie gwiazdom. Chciałem się zbliżyć. Przestrzeń hipnotyzuje i może działać jak delikatna trawka. Wystarczy odpowiednio długo wpatrywać się w pustkę, by rozpoznała w twojej głowie wyłącznik i go wcisnęła. Wtedy się otwierasz i wpuszczasz część tego bezmiaru do siebie. Celiné napisał: „Gdyby przedmioty, choć najbrzydsze, zabierały nas ze sobą, umierałoby się w poezji mroku”. Człowiek nosi w sobie kawałek próżni, który pielęgnuje odkąd zaczyna myśleć o krajobrazach ponad chmurami. Mitologia jest opatrunkiem na tę małą, czarną rankę. Ona usiłuje opisać poezję mroku i udzielić odpowiedzi na śmieszne pytania. Wyobraź sobie kogoś, kto jakimś cudem wymknął się mitologicznemu myśleniu. Mieszkańcy okolicznej wioski biorą huk jego eksplodującej głowy za sygnał nadchodzącej burzy.

W snach nigdy nie oderwałem się od ziemi. Wielokrotnie znajdowałem się na pokładzie samolotu, ale zawsze budziłem się na chwilę przed startem. Nie miałem żadnego wyobrażenia o tym, co poczuję, kiedy znalazłem się w pasażerskim, który miał nas przetransportować do Brukseli. Zabawne, ale w powietrzu odważyłem się wyjrzeć przez okno tylko dwa razy. Po wylądowaniu miałem ochotę klaskać z współpasażerami. Do Francji pojechaliśmy autobusem. Do Polski wracaliśmy już samochodem. 24 godziny za kółkiem. Szczęśliwy, przyczepiony do ziemi. Chyba już wtedy kiełkowało we mnie postanowienie, które dopiero przy okazji drugiego i trzeciego lotu przyjęło formę deklaracji. Nigdy więcej się nie wzniosę. To właśnie podczas powrotu z Grecji dopadł mnie atak paniki. Cichy, anonimowy. Podczas gładkiego opadania na dół. Trema to jest coś, co na chwilę ogarnia mózg. Panika zajmuje twoje ręce, mięśnie i skórę. I usta, które tysiące metrów nad ziemią zacząłem wypełniać zawartością małych buteleczek johnie walkera. Siedziałem w bezruchu, wzrok zatrzymany na oparciu fotela przede mną. Miejsce dostałem przy oknie, na skrzydle, ale udało mi się wymienić z kimś tak, żebym siedział przy przejściu. Kania widziała, co się ze mną dzieje. Próbowała dodawać otuchy. Podczas mojego ostatniego lotu odważyłem się spojrzeć na nią dwa razy, ponieważ musiałbym zahaczyć również o okno. Po wylądowaniu długo trzymałem się barierki, próbując złapać oddech jak po bardzo długiej ucieczce.

Na szczęście powietrze nie jest jedyną drogą do Grecji, gdzie znalazłem przestrzeń (lub ona mnie znalazła i zaszczepiła). Podróż nie była do końca szlachetna, jak można spodziewać się po humaniście sadzającym tyłek na rudymencie. Nie było celów, tylko mętne wyobrażenia. Musiałem mocno się starać, żeby jakoś powiązać to, co widzę, z zapleczem wyniesionym z lektur. Musiałem się starać, żeby w ogóle pamiętać o powiązaniu. Ostatecznie cała wyprawa jawi mi się jako doświadczenie bez udziału intelektu i ducha. Sama fizjologia, same zmysły. Nie wiem, czy pierwszy kontakt z tym krajem może być inny. W słońcu i piachu. Morzu tak gęstym od soli, że unosi cię na powierzchni bez twojego wysiłku. Greckie dzieciaki, brązowe i twarde jak grudki zaschniętego błota, skakały z pomostu do wody i po chwili wynurzały się rozradowane szeroko otwierając oczy. Po kilku dniach sól przylgnęła do naszych ust i już nie dokuczała. Przejechaliśmy Góry Parnasu skrywające tajemnicę, która do dzisiaj przepływa w moich żyłach. Opustoszałe wioski z kamienia w dolinach, serpentyny. Czasami przez chmury można było zobaczyć żagle statków przybijających do zatoki. Schłodziłem się w Grobie Agamemnona, odpocząłem na tronie wyroczni Delfickiej, na próżno szukałem cienia pod Świątynią Afrodyty. Najlepsze lody na świecie są w pierwszej stolicy niepodległej Grecji – Nafplio na Peloponezie. Święta Góra Athos i meduzy jak oczka w pawim ogonie. Mieszkańcy monastyrów oprowadzili nas po swoich samotniach, a myśmy odnajdywali twarze uformowane przez skały tysiące lat temu. Na Przylądku Sunio piłem mrożoną kawę usiłując utrzymać równowagę na zielonym zboczu. Chciałem zobaczyć delfiny Byrona przed odjazdem autobusu. Wyłączyłem telefon, wyłączyłem Internet, wyłączyłem Polskę. Jeśli już przychodziła mi do głowy, to myślałem jedynie o stosiku wierszy, który zostawiłem na biurku, w wynajętym mieszkaniu. Jedyny ślad, jaki chciałem po sobie zostawić, gdybym nie wrócił. Wieczorami spacerowaliśmy po pustej plaży i obserwowaliśmy światełka samolotów startujących i lądujących na lotnisku w Thessalonikach po drugiej stronie zatoki. Słuchaliśmy rozmów tubylców, byliśmy nawet świadkami małego greckiego wesela. Język cudownie melodyjny, podobnie jak polski, ale bez słowiańskiej zadziorności. W ostatnim tygodniu nasz hotel zaroił się Rosjanami, którzy rozmawiali, jakby chcieli wyciąć wszystkich w pień. Pod koniec pobytu jak pies reagowałem wewnętrzną agresją na dźwięk tego okrutnego języka, z którego nie rozumiem ani słowa. Grecki z miejsca uspokajał. Kalimera – dzień dobry, Kalispera – dobry wieczór. Souvflaki – szaszłyk. Jak nazwy dla kapel. Trzy słowa, których potrzebujesz, żeby przeżyć na obczyźnie.

Jest przestrzeń, która dorównuje tej kosmicznej i należy ona do wody. W wodzie żyje topielec i ja w niego wierzę. Szukam w toni jego bystrego spojrzenia. Nad Balatonem pomagałem sobie latarką, ponieważ Węgry nieoczekiwanie i gładko wślizgnęły się nam do oczu nocą. Wcześniej przeciskaliśmy się przez serpentyny na Słowacji i węgierskich zadupiach. Nad autostradami krążyły potężne drapieżne ptaki. Jesienią madziarskie krajobrazy po zmroku są puste. Pogaszone światła we wszystkich przydrożnych domostwach, jakby ludzie chowali się przed zmorą, którą mogli przywieźć ze sobą tacy, jak my. Ani samochodów, ani żywych dusz. Z Budapesztu wyjechaliśmy późno i natrafiliśmy na czynny po sezonie camping w Balatonfured w momencie, gdy czerń tego państwa lała się z nas wraz ze łzami. Rano ujrzeliśmy nieczynne zjeżdżalnie, nieczynne knajpy, pozamykane pawilony i budki ze sprzętem, który jeszcze trzy tygodnie temu działał na pełnych obrotach. To miejsce żyło życiem wiecznym, było rajem, w którym nikt nie myślał o zdradzie. Patrzyłem na mokre liście przylgnięte do odwróconych łódek i o mało serce mi nie pękło. Doświadczałem przestrzeni teraźniejszej, z której jeszcze nie odlepił się pot wystawionych na słońce pleców. Noc zaczynała się szybko, ulice pustoszały w mgnieniu oka. Niedobitki, głównie Niemcy lub Austriacy, upychali się w swoich przyczepach. A my siadaliśmy na ławce i świeciliśmy rybom w oczy. Gadaliśmy o rzeczach i smakach, które kiedyś były. I znowu patrzyliśmy na nieliczne światła po drugiej stronie tego czarnego jeziora. Tam było życie, które zostawiliśmy na chwilę, zastanawiając się, czy bylibyśmy w stanie zostawić je na zawsze. Raz weszliśmy do Balatonu, ale już było czuć, że to koniec wody w tym roku. Pierwszej nocy w węgierskim miasteczku minęliśmy się tylko z pulchnym jeżem. W markecie kupiliśmy ostatniego czternastoletniego Tokaja niemal za bezcen. Wypiliśmy go w Budapeszcie z Francuzem. Szwed był tak skacowany, że odmówił. Jedną noc spaliśmy z Polakami, którzy podróżowali po południowej Europie na rowerach. I znowu zdarzyło mi się patrzeć na warszawiankę jak na obcy gatunek – z ciekawością i niedowierzaniem. Z Węgier zabrałem ze sobą palinkę, wafle o smaku Kukuruku, „Szatańskie tango” na DVD i piach. A potem był Wiedeń. Chcieliśmy zobaczyć wilki, ale się schowały.

Polski chłód przyjął nas jak surowy ojciec. A jednak grecka sól nie wyparowała z mojej skóry do końca. Węgierska noc wymościła sobie gniazdo w przedsionku mojego serca. Przywiozłem ze sobą kawałek tamtych przestrzeni i domyślam się, że będę chciał je kiedyś zwrócić. Nie wchodzi się jednak dwa razy do tej samej rzeki, co znaczy tyle, że nawet jeśli wrócę w tamte miejsca, będą już należały do innych wymiarów. Nie odnajdę już tych samych fal, które ostatniej nocy przed odlotem przyjęły moje ciało i nagie ciała trzech kobiet. Balaton będzie gęsty od materaców i żagli, wieczory huczne i rozświetlone. A my, chociaż dotrzemy tam po naszych śladach, będziemy już gdzie indziej. Ponieważ z przestrzenią jest tak, jak z Waghdas Burroughsa, gdzie „dzielnice, ulice, place i mosty zmieniają kształt i z dnia na dzień przemieszczają się jak wędrowne małe miasteczka. Wygodne, drogie domy wokół schludnego placu (wszyscy mieszkańcy mają klucz do bramy) mogą zmienić się w straszne getto w chwili, gdy tam dotrzesz. Owszem, istnieją mapy, ale dezaktualizują się, kiedy tylko zostają wydrukowane”. Ponieważ jedyna słuszna mapa jest w pamięci i prowadzi do miejsc, których już nie ma.

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,p,y/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s