Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (IV)

Przeniesiony człowiek, vol.1

Coś jest nie tak – pomyślałem, gdy zaczęliśmy się wtaczać na peron. Stałem w przejściu z ręką na dźwigni, ponieważ na tej stacji drzwi odblokowywano jak pociąg był jeszcze w ruchu. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego akurat tylko na tej stacji tak jest. Kiedyś dużo podróżowałem pośpiechami i sprawdziłem. Zresztą, nie ma to teraz znaczenia, bo nie ma już ani pośpiesznych, ani nawet osobowych. Są interregia, tanie linie i cała reszta niepotrzebnych podziałów, w których jak zwykle ciężko się połapać. Nigdy nie byłem dobry w liczeniu kasy. Pchnąłem drzwi i wystawiłem głowę. Nie trudno było zauważyć, co się zmieniło w dobrze znanym mi krajobrazie, ale w pierwszych sekundach dotarł do mnie jedynie niepokój, że najwyraźniej pomyliłem stacje. Pociąg się zatrzymał. Zeskoczyłem na peron i wówczas dopiero udało mi się nazwać to, co już wcześniej widziały oczy. Brakowało dworca, starego, spróchniałego i obdrapanego budynku pamiętającego całe moje dotychczasowe życie. Zamiast niego duży czarny kwadrat zaoranej ziemi. Wrażenie było tak duże, że kompletnie nie wiedziałem, jaki ruch wykonać wobec zastanego pola na szachownicy. Dworzec był dotychczas punktem odniesienia, miejscem, od którego zaczynało się jakąkolwiek wyprawę. Szczególnie wyprawę do domu. Musiałem wyglądać jak kretyn, kiedy stałem na peronie z plecakiem na ramieniu, podczas gdy reszta w nadzwyczajnym pośpiechu ulatniała się z tego miejsca. Poczułem się obrabowany. Kim są ludzie, którzy jednym podpisem decydują o sprzątnięciu z powierzchni ziemi najdroższej ci rzeczy, której nikt nigdy ci nie zwróci?

Dworzec to może zbyt wielkie słowo dla tego żałosnego baraku, w którym mieściły się kasy biletowe i poczekalnia, do której niczym do jakiegoś saloonu prowadziły drewniane wahadłowe drzwi. W dość obszernej sali znajdowały się szerokie drewniane ławy do siedzenia oraz olbrzymi brązowy piec kaflowy, przy którym spędziłem kiedyś noc, przytulony do ciepłych kafelków. Niemal każde wolne miejsce na obrzydliwych ścianach zapełnione było międzymiastową kaligrafią. „Najchujowszy dworzec na ziemi. Sebastian z Krakowa”. „Dwie godziny spędziłam w tym szambie. Monika-Białystok”. „Nigdy kurwa więcej tego dziadostwa! Siwy”. „Czajna to pierdolnięta suka która ciągnie druta”. I tak dalej. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek ktokolwiek z PKP próbował zamalować, zatuszować to rękodzieło. Ja również pozostawiłem tam subtelny znak, czytelny tylko dla mnie. Miałem zamiar zdeszyfrować go po latach, lecz nie zdążyłem, bo tych przeklętych ścian już nie było. Na zewnątrz budynek był obłożony żółtymi deskami i ciągnął się przez połowę peronu. Z jednej i drugiej strony, mniej więcej w połowie, znajdowały się schody prowadzące do wewnątrz. Przez środek prowadził korytarz, w którym paliło się papierosy. Najlepiej zapamiętałem właśnie to krótkie przejście z parkingu na perony. Po jednej stronie poczekalnia i kasy. Po drugiej drzwi nie pamiętam dokąd. Czy kiedykolwiek była tam dworcowa restauracja? Mało prawdopodobne. Buda z piwem i zapiekankami znajdowała się kilkanaście metrów dalej.

Zapamiętałem tę budę z jednego powodu. Była ważnym przystankiem w drodze ze szkoły. Bywało, że olewaliśmy autobus i po lekcjach wlekliśmy się do domu trzy kilometry z buta. Odpoczywaliśmy w trzech strategicznych miejscach: drzewo przed kładką, buda na dworcu, rury nad ściekiem. Na drzewo się wchodziło, po rurach przekraczało się rzekę gówna, a w budzie piło się oranżadę i jadło zapiekanki. W tamtych czasach nie było specjalnie większych atrakcji kulinarnych, oprócz może jeszcze wafli Kukuruku. Czas płynął wolniej. Po lekcjach robiło się jeszcze całą masę rzeczy, zanim rodzice wołali nas na kolację i dobranockę. Budę oczywiście zlikwidowano, ale wtedy jeździłem już do liceum, a na węzeł kolejowy chodziłem w poszukiwaniu czegoś innego. Lubiłem odprowadzać na pociąg każdego, kto do mnie przyjechał. Do domu wracałem przy nieczynnej trakcji i betonowej platformie, na której przed laty ustawiały się kolejki wozów i przyczep gotowych na załadunek węgla dostarczanego przez pociągi towarowe. Potem gminny stadion otoczony potężnymi topolami. Zamykam oczy i widzę smukłe silosy wycelowane w niebo spokojnie dorównujące drapaczom chmur. Mityczne drzewa – tak mi już zostały. Nigdy nie widziałem żadnego meczu na tym stadionie, ale one się odbywały. W końcu mieliśmy swoją drużynę. Niespecjalnie mnie to obchodziło. W niedzielne słoneczne popołudnia parafianie zasuwali na mecze, ja obierałem przeciwny kierunek. Na trybunach, jeśli już, lądowałem długo po godzinie duchów. W ciszy dopijaliśmy resztki i tańczyliśmy na mokrej murawie dopóki świt nie oświetlił zielonych plam na naszych portkach. Doskonale pamiętam zapach wilgoci gminnego stadionu i w zasadzie to wszystko, co mam do powiedzenia na temat footballu.

Nasza stacja, zlokalizowana dokładnie po środku między Warszawą a Białymstokiem, była centrum świata. Ciągnęły tutaj wszystkie okoliczne wiochy na odbywający się co sobotę bazar, zwany w tych stronach rynkiem. Dla mieszczuchów, którzy mieli nieszczęście się tutaj przesiadać, widok zarośniętych rolników sączących piwo łomża i mocarnych kobiet z naręczem toreb wypełnionych jakimś badziewiem, musiał być straszny. Ja byłem nim przesiąknięty na wskroś, byłem nim zafascynowany, ale zawsze wiedziałem, że do niego nie należę. Ponieważ byłem również przerażony, ponieważ spałem na tych wilgotnych ławkach i wydeptywałem ścieżki w tych popękanych peronach. Ponieważ przesiadywałem ze zwieszonymi nogami na zardzewiałej kładce i patrzyłem intensywnie na odjeżdżający pociąg, usiłując jak najdłużej utrzymać jego znikający zad w zasięgu wzroku. Jeśli człowiek składa się z tego, za czym tęskni, to właśnie tutaj znajduje się miejsce moich narodzin. Céline zresztą to potwierdził: „Człowiek trwoni tylko swoje sympatie. Nie chcę się już zmieniać. Mógłbym na niejedną rzecz narzekać, ale jestem z nimi ożeniony, serce mi pęka i ubóstwiam siebie, tak jak Sekwana śmierdzi. Ten, co zmieni latarnię wiszącą na rogu numeru 12, zrobi mi wielką przykrość. Mamy ograniczony czas, to fakt, ale dość już czekamy na swoją kolej”. Moja kolej jest tutaj. Podczas studiów wielokrotnie przyjeżdżałem do domu rodziców z nadzieją, że wreszcie uda mi się to miejsce zrozumieć i być może nawet opisać. Wycisnąć z tej szerokości i długości geograficznej przesłanie, wzór na człowieka, jakim się stałem. Im bardziej tego chciałem, im więcej energii wkładałem w wywoływanie duchów, tym bardziej obraz się wymykał. Nie tyle zacierał, co po kawałku odklejał od płótna i rozpływał w powietrzu. Aż wreszcie któregoś lata wysiadłem z pociągu kompletnie obcy dla tego miejsca. Zupełnie jakbym został teleportowany z innej krainy. Bez stacji pośrednich, bez tego wszystkiego pomiędzy.

W liceum należałem do reprezentacji klasy w siatkówce. Po kilku meczach wyleciałem nawet z ławki rezerwowych. Parę lat wcześniej reprezentowałem drużynę harcerską na jakiejś uroczystości kościelnej. Trzymałem sztandar w tłumie ludzi stojących na baczność. Po dwóch godzinach w dusznym kościele zemdlałem. Jakiś inny dzieciak, młodszy, prawdopodobnie dzielny zuch, przejął sztandar, a mnie wyprowadzono na zewnątrz. Jak tylko odzyskałem przytomność, zwiałem stamtąd. Okropnie się wstydziłem. To było obce miasto, impreza na wyjeździe. Niestety nie udało mi się zabłądzić, zgubić, zaginąć. Przez długi czas miałem poczucie, że gdziekolwiek się nie udam, zawsze będę mizernym reprezentantem mojej mieściny. Że za dużo jej obłędu we mnie, żeby tak po prostu pozbyć się go za najbliższym wzniesieniem. I chociaż nie ma praw miejskich, nie wygląda też jak wieś. Nie ma tu stodół, furmanek, snopków, pól kukurydzy, żadnej uprawy. Typowe miasteczko fabryczne. Osiedla, chodniki, asfalt, trawniki, place zabaw, urząd gminy, kilka supermarketów. Fabryka dawno splajtowała. Podobno zatruwała życie klasie robotniczej. Zostały po niej dwa ogromne kominy górujące nad okolicą. Oświetlone w nocy mogą służyć za drogowskaz. Żeby dotrzeć do fabryki należało przeprawić się przez rozległe torowisko. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałem pielgrzymki kobiet i dzieci donoszących prowiant dla strajkujących pracowników, wśród których był również mój ojciec. Wiele lat potem ja sam kręciłem się po tych okolicach przyciągany przez rdzę i zrujnowane wagony unieruchomione na zamkniętych rozjazdach. Pielgrzymowałem do tych zapuszczonych miejsc by odwalać prywatne egzorcyzmy, wdychać to spokojne, gęste, niczyje powietrze, słuchać muzyki opuszczonych wnętrz.

Gmina pozbyła się śmierdzącego baraku, który nikomu do niczego nie był potrzebny. Po prostu. Peron opustoszał, nie było sensu dłużej na nim tkwić. Ruszyłem przez kocie łby w stronę głównej ulicy przecinającej całe miasteczko po długości. Jestem ożeniony z każdym jej metrem, autorytarnie rozporządzanym przez istoty, które podobno mają dusze.

/tekst sponsorują literki b,a,r,b,a,r,zy,ń,c,y/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s