Różewicz Rafał – Podstawy fenomenologii

Spójrz, Husserl – faceci w czerni pod blokiem,
Cybulski na śmietniku; nisko latające jaskółki
i reklamówka w afekcie.

A ty mówisz coś o ścierce i zamazanej szybie,
drugiej stronie medalu, niedalekim parku –
liściu, który zżółknie, jeśli wkrótce nie przyjdziemy.

Bo chodzi o czystość rzeczy – zamiast książek
chcesz, żebym czytał oparcia ławek, inicjały na drzewach.
Pluł na Heideggera (podobno posunął się za daleko),

wywiesił białą flagę i nie zważał na światło
(światła nie da się wyprosić – zwłaszcza gdy
wpada z poranną wizytą).

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Rafał Derda – we don’t take these words too seriously

Violator
Fingerprince
Human
Closer
The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars
Crooked Rain, Crooked Rain
Aftermath
Destroyer
The Bends
The Earth Is Not a Cold Dead Place
Appetite for Destruction
Pet Sounds
at Folsom Prison
The Queen Is Dead
Paranoid
Dirty
Forever Changes
Kill’Em All
Lift Yr. Skinny Fists Like Antennas to Heaven!
Vienna
Painkiller

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Mariusz Wędzidło – 21

z 21 piętra wypada dziewczynka
nie spadnie dopóki
nie skończysz czytać tego tekstu

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (V)

Przeniesiony człowiek, vol.2

Bułkowi jest wszędzie niewygodnie. Dlatego cały czas się przeprowadza. Zmienia powiaty, zmienia stolice. Parę tygodni temu przeniósł manele ze stolicy Wielkopolski do stolicy Polski. Kilka dni przed moim przyjazdem. Gdybyśmy się spotkali, skończylibyśmy na dachu, ponieważ dach to jest najlepsze miejsce do niekończących się rozmów. Szkolenie, na które firma wysłała mnie do Poznania rok temu, skończyło się na dachu. Festiwal literacki sprzed paru lat skończył się na dachu, z którego ściągnęła nas straż. Ludzie rozpadają się jak taśmy Basinskiego. Po niektórych tego nie widać, ponieważ umykają miejscom. A miejsca są zawsze w ryzach czasu. Świadczą o tym butwiejące dachówki. Gdybyśmy tak mogli całymi latami przesiadywać na gzymsie, w końcu odpadłyby nam głowy. A tak, jedynie zgniłozielony ślad na rękawie… pamiątka po upadku z podwórkowej szopy. Wieczór spędzony wewnątrz fontanny przy moście Świętokrzyskim… wyszedłem z tego całkiem suchy. Co byłoby zupełnie niemożliwe, gdybyśmy zapuścili się na łęg, powiedzmy w marcu lub kwietniu, o świcie. Przepraszam za przeskok, dach jeszcze wróci.

Nie wiem, czy używanie słowa „łęg” w odniesieniu do terenu zielonego nad Bugiem, który mam teraz na myśli, jest poprawne. Powinienem raczej powiedzieć „łąka łęgowa”. Ale byłoby to równie nietrafione. Ponieważ nasz łęg nigdy nie był pojmowany jako łąka, raczej jako tundra. Zresztą w czasach, gdy eksplorowaliśmy ten akurat fragment obrzeży Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego, jego skala była skalą tundry. Chodźmy na łęg. Tak się mówiło i mówi. Aby dojść do rzeki z dworca (a raczej z tego, co z niego zostało), należało przeciąć ulicę, ominąć sklep z materiałami elektrycznymi, kilka domostw i wreszcie przemierzyć łęg. Zależy, które miejsce rzeki było akurat na celowniku. Weźmy most Siedlecki, w miarę prosta droga. Uświadomiłem sobie, że nigdy tędy nie szedłem dopiero dwa, czy trzy lata temu. Przypadkowo, przy okazji, wysiadłem z pociągu i nie chciało mi się od razu iść do domu. Lato, gorąc. Trawa na całej równinie wyjątkowo wysuszona. Ni krów, ni koni. Zresztą coraz trudniej natknąć się tam na spętane bydło, które zwykle pasło się w małych stadach. Kiedyś… norma. I strach, że któraś z jałówek się zdenerwuje i pogoni. Dzisiaj nie. Przeminęły czasy letnich kąpielisk. Nurt zbyt silny, woda zbyt brudna. Kiedyś miało się mniejsze wymagania. Pielgrzymki dzieci i matek z ręcznikami, sunące w tę i z powrotem po dnie dawno wyschniętego koryta. Parasole, opalacze, spreparowane plaże, pontony. W latach sześćdziesiątych Warszawa przyjeżdżała tutaj na kolonie. Wyparowało. Woda pożarła łagodne zejścia, zostały stromizny. Ryby można co najwyżej połowić. Posiedzieć, popatrzeć. Ale chyba i ryby już nie te.

Most Siedlecki był troszkę dalej. Nie przypominam sobie kąpielisk w pobliżu. Tam chodzili głównie rybacy. Ojciec zasadził się kiedyś nad ranem na filarze i złapał półtorametrowego suma. Dwóch gości, którzy stacjonowali niżej, musiało schwycić go za skrzela, inaczej by się zerwał. Tę głowę ojciec sobie oporządził. Przytwierdził do drewienka. Straszliwie śmierdziała, więc wyniósł ją na balkon, skąd niedługo potem zniknęła. Żeby złowić takiego kolosa, należało mieć odpowiednią przynętę. Żeby mieć odpowiednią przynętę, jechało się w nocy nad wodę. Podjeżdżało nad brzeg, rozkładało folię przed maską samochodu i zapalało światło. Po jakimś czasie miało się na tacy tuziny jętek. Zakazane, wiem. Dziwne owady. Czasami oblegają okna, lub pokrywają dachy jak śnieg. Tak słyszałem. Żyją tylko po to, żeby się rozmnożyć. Brzmi znajomo? Pamiętam martwego kota, za którym ciągnął się sznurek wnętrzności. Siedziałem na kamieniach, suszyłem się po kąpieli. Nurt przepchnął truchło przez szczeliny i poniósł w kierunku działek. Nigdy więcej nie wszedłem do Bugu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego przywołuję obrazek mostu Siedleckiego, który dzisiaj już nie istnieje, albo istnieje w zupełnie innej postaci. To właśnie tam jeździłem rowerem, żeby skulony i zrozpaczony, zdradzony przez rodzinę i jako ten zdradzający, czytać „Włóczęgów Dharmy”. Blisko miejsca, w którym utopił się ten chłopak. Wciągnięty pod wodę, opatulony w ciężkie buty wojskowe, wojskowy plecak, wojskową odzież maskującą. Trafił mu się wir. Ciała szukano chyba przeszło tydzień, może dłużej, nie jestem pewny. Znaleziono je kilkanaście kilometrów dalej. Doszedłem więc do wniosku, że jeśli już mam się modlić, to właśnie tutaj, przy wiekowej kolumnie, wśród pijanych rybaków, mocząc nogi w zimnym nurcie. Kontemplując ścieżki pająków wodnych, przemierzających kontynenty kamieni, uświadomiłem sobie, że jestem żywy. I zdecydowany żywym pozostać, porzuciłem wszystko, co przynależy do rodziny. Tak zwaną Tradycję. Już wtedy most był zamknięty, a tory zwijane kawałek po kawałku. „Przepraszam, wielebni teologowie, za ton nie licujący/ z fioletem waszej togi”. Nie znałem jeszcze tego wiersza Miłosza, gdy w letnie niedzielne popołudnia trwoniłem czas nad rzeką, wypełniając płuca wilgocią, czytając alfabet zadrapań zapisany na żelaznych filarach, nie myśląc jeszcze, by to wszystko opisać, nazwać. Dzień święty niech się święci, ale i tak wszyscy pójdziemy do diabła, wzorem amerykańskich bogów bebopu. Drodzy parafianie.

Siedziałem tam przeciwko mojej matce, która powiedziała kiedyś: „Kościół cię wydał na świat, więc się nie odwracaj od niego jakbyś był na gigancie, bo nie jesteś”. Oczywiście byłem na duchowym gigancie już od dłuższego czasu. Niewykluczone, że szukałem przesłania serwowanego również przez religię mojej matki. Nie oświeciły mnie jednak ani zimne mury świątyni, ani cmentarze. Absolut znajdował się „na dołku”, gdzie obfite piersi ekspedientek były zawsze za daleko, żeby po nie sięgnąć. Przemierzałem pola, włóczyłem się po ulicach, w butach miałem pluchę, byłem głodny jak zwierzę. I jak zwierzę szamotałem się w ciemności mojego pokoju na Leśnej, spragniony ulewy, potopu, kataklizmu. „Dopiero później stałem się małym hipokrytą, trochę zmęczonym odklepywaniem pacierzy niedowiarkiem”. Być może hipokryzja, którą Jack Kerouac włożył swojemu alter ego – Rayowi Smithowi – w usta, a która dotyczyła jego samego, polegała na tym, że nigdy nie udało mu się kategorycznie zanegować ortodoksyjnego wychowania, jakie odebrał. Przez całe życie zresztą prezentował konserwatywne poglądy na wiele spraw, co wywoływało przyjazny uśmiech politowania Ginsberga. Bohater „Włóczęgów Dharmy”, siedzący pod drzewem, w rodzinnym mieście. Zamroczony swoją urojoną wolnością, powoli i dyskretnie łamany przez alkohol („skoro tylko zamknąłem oczy, miałem widzenie butelki brandy”). Maszkaron na tle mieszczańskich obrazków rodzajowych, ale zespolony z nimi w jakimś potwornym, fatalistycznym mariażu. „Mijały dni. Chodziłem w kombinezonie, nieuczesany, nieogolony, przestając jedynie z psami i kotami. Prowadziłem szczęśliwe życie człowieka, który odzyskał dzieciństwo”. Pustelnia w górach nie przyniosła ostatecznie żadnych odpowiedzi, żadnego wyzwolenia, jakiego doświadczył choćby Sal Paradise w drodze. Wystarczy uważnie przeczytać „Włóczęgów…”.

Jestem u podnóża „góry”, patrzę na swoje zdjęcie komunijne. Okrąglutki chłopczyk z równo przyciętą grzywką. Nie znajduje miejsca dla siebie pośród innych dzieci i ściska kurczowo mały czerwony modlitewnik, który wkrótce stanie się kością niezgody. Gdy wróci do domu, rzuci się na ostatnie tabliczki opłatka, żeby je zjeść z łapczywością kundla. Chryste, ładnie żeś nas urządził. Rączki złożone do modlitwy, buzie w dzióbki, za chwilę każdy z nas otrzyma zegarek lub BMX-a. A za kilka lat jeden wyląduje w pierdlu, a drugi na wiejskim bazarze, wybierając kurtkę z brązowej „skóry ekologicznej” i dziadowskie pantofle za dwadzieścia złotych, będzie kombinował kolejny złoty interes. Zresztą ślad jego podeszwy znajdzie swoje pocieszne miejsce na odzieży opinającej czyjś tyłek. Bywalcy kościołów zaludniający stronice kronik kryminalnych. Mniejsza z nimi. Na razie jeszcze stoją w szeregu ze świecami i myślą o tym, by jak najprędzej usunąć się z kadru i pograć w nogę. Niedola przeniesionego człowieka polega na tym, że z całej siły pragnie zanegować dom, z którego wyrósł, a jednocześnie nie jest w stanie po prostu go podpalić. Boi się, że jeśli by to zrobił, druga strona również go rozczaruje. Cena jest zbyt wysoka. Trochę więc podróżuje, ale nie za dużo i nie za daleko. Niby się oddala, ale w istocie się nie przemieszcza. Jest teleportowany do miejsc, do których coraz bardziej dotkliwie nie przystaje. Ponieważ nie miał kiedy do nich dorosnąć. Opleciony sentymentami jak patyk watą cukrową – zaczyna bredzić. Błądzi. Wyciąga przed siebie ręce jak ślepy. I nieustannie wraca nad swoją rzekę, nad sukcesywnie pożerany przez wodę brzeg. Z coraz większym trudem rozpoznaje swoje miejsce. A miejsce z coraz większym trudem rozpoznaje gościa.

Bułek jest w drodze. Śle zdjęcia z egzotycznych dachów świata. Ray, siedząc pod swoim drzewem Buddy, zapisuje przekleństwo na kartce papieru. Sal, zwieszając nogi z krawędzi wagonu towarowego, przekazuje butelkę z wiśniówką ciemnoskóremu uśmiechniętemu obdartusowi. Co mi pozostało z tej łapczywości – myśli w tym czasie przeniesiony człowiek – oprócz latarni pod oknem i wieczornego lamentu płomykówki na początku sezonu, kiedy kumuluje się lęk przed skokiem? I jeszcze drogi nad rzekę i samej rzeki? Na miejscu dworcowego budynku rośnie teraz jakaś beznadziejna trawa, która nikogo nie obchodzi, może tylko krowy. Rośnie tam, żeby ładnie wyglądała, czyli bez celu. Midnight Ghost odjechał beze mnie, ponieważ opierałem się na przedawnionym rozkładzie. Prawdopodobnie łęg na wiosnę znowu zostanie doszczętnie zalany i przeprawa do okolicznych posesji będzie możliwa jedynie przy użyciu łodzi. Ale czy ktoś będzie potrafił się tym nasycić? Czy ktoś pójdzie tam, żeby zamoczyć nogi i wpuścić do płuc kawałek tego przedziwnego powietrza? Maleńki wycinku ziemi – jestem twoim synem wytrąconym z krajobrazu. Jestem twoją pocztówką z pozdrowieniami. Jestem twoim słowem, kiedy znowu nie mogę zasnąć. Wystarczy tylko krok, żeby wszystko zaprzepaścić.

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Paweł Kozioł – migracja danych

był czas, że jeszcze się gryzło ziemię i słońce.

połknięte
oko dnia przetapiało połknięty piasek, nawet
klasycyzm miał jasność kwarcu.

inne alchemie
sprawniej się pięły do góry:

wstępujący na chwilę
w cielesne miasta ogień pomagał przełykać

cokolwiek się toczyło do wewnątrz, zsypem gardła.
a potem problem.

nie w tym, że nas opięła
sucha, technologiczna skóra, giętkie rurki,

bo tak być miało:
w szybie inkubatora

podwaja się odbicie, na którym twarz i cyfry.
i kolejność, że pierwsze przychodzą obce słowa:

the blended image.
(blinded?).
one mówią, tymczasem

wiersz wciąż jest obok, bo ustnik ma do słońca
i ziemi – to się nie zgadza

z okiem dnia, w którym rosną czerwone druciki.
nie wtyczka. trzcina bezmyślna. i jak z nią

brodzić w wodzie pod prądem, a niechby i w znakach
bliskiej unii,

jak kiedy pot nas skleja,
kochanie,

lub jak to:
krety w bloku, przeżuta ziemia obok zsypu.

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Ireneusz Pieczonka – Obywatel Siódemka

21- ego września
Z początkiem niedzielnej doby
Moją matkę dopadły skurcze…

Kto wie
Może nawet coś podskórnie słabego
Namawiało ją na łzy zwątpienia
W sens dalszych oddechów moich…

No
Chyba tylko
Moja rozryczana Helenka
Zna prawdę
I ja sam coś takiego pamiętam
Intuicją czujną jak milicjant
Ale ja tego nie potwierdzę…

Bo byłem za mały
I nie letni wtedy
A takim się nie wierzy
Nawet teraz
A szczególnie byłym milicjantom…

Potem złapali ją lekarze
I kazali ruszać brzuchem
Jak przy zatwardzeniu
Mówiąc:
Pani intensywnie prze
Pani z przekonaniem w mięśniach pcha
To o c z k o swoje…

No i tak powstałem
Pojawiłem się i zostałem t u t a j
No na ziemi
Kolejkami za chlebem i mięsem stojącej…

Dając pauzę
W byciu wszędzie
Duszy bezgranicznej
I nie oclonej

Kropka

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Michał Warkoczyński-Prochownik – Massalia (opowieść głupca)

Chodź, choć raz jeszcze popatrz, odwracam twoje oczy. Pudełko od zapałek z nadpaloną mapą. Massalia. Pamiętasz? Czytałeś o niej na mydle i w ustach dowcipnisiów, o tym jakie jest pierwsze duże arabskie miasto na trasie Paryż-Dakar? Nie masz już nic do stracenia. Potrzebna jest tylko zręczność, a czy potrafisz żonglować, w powietrzu, nieumyślnie, talią tych starych kart? Do kogo teraz tęsknisz?

Powiedziała mi – Pojedź, a ja zatrzymam na miejscu wszystkie twoje grzechy, wydam ci tymczasową wielką ekskomunikę. Nigdy nie miałeś ręki do patrzenia w niebo. Zajęty byłeś mrowieniem, rojem małych rzeczy, uważaniem jak kelner, żeby się nie potknąć , jednym fałszywym krokiem… Teraz Ci błogosławię. Masz tak niewiele czasu, więc precz.

Ale jak to mam jechać? Zostawić matkę na łóżku, którego nogi po kostki są w wodzie pełnej piranii? Sprzedać miejsce w kolejce, do niej, gdy teraz leży na tylu poduszkach i zmusza się do łykania wszystkiego, co jej przynoszą, wierząc, że co zje zabierze ze sobą na tamten świat, do odumarłych krewnych? Kokony jedwabników, błyszczące bombonierki i małe zdjęcie papieża. Nie. Jednak muszę jechać, kolejka trwa za długo, na pewno nie zdążę przed końcem (i prosić o wybaczenie?).

Nie mam na to dość siły. Albo odwrócić wzrok prosto w ojcowskie brwi, zmęczone od opuszków, żółtych od czegoś palców. Otarcia na pożegnanie. Na jego smutne psie oczy, na jego chore zatoki. I tak mi nic nie powie, jest zapadnięty w fotel w pokoju pełnym map i zardzewiałej broni. Wzrok jakby decydował, którą wbić sobie w serce. Przepuszcza tylko ludzi, do matki, pilnując kolejki, jak jakiś peronowy, bileter, szatniarz, cieć.

Tak się zostaje samotnie. I jak z chwiejnego tronu, z leżaka zżartego przez mole na strychu pod rannym dachem, rozbitym jak tulipan, oglądam nocne niebo, które chmurzy się na mnie. Stąd kiedyś myślałem o świecie, nad którym będę panował. Tutaj znalazłem skarby wielkiego laboratorium. Gdy byłem dzieckiem tu wszystko zdradzało mi tajemnice. I teraz musiałem tu wrócić, na chwilę, na wdech przed skokiem, zabieram wszystko w walizie. Woda podchodzi wyżej. Góra staje się wyspą i właśnie tak ją pożegnam – odłamkami pamięci w połamanym domu, gdzie trudno mi sobie przypomnieć, że kiedyś świeciło słońce.

Zamykam na chwilę oczy i wyobrażam je sobie. Przez prześwietlone powieki, jak na ekranach kontrolnych przesuwa się mały punkcik, opuszek palca powoli, tam, w ciepłą górę uda. To moja miłość prawdziwsza, moje najlepsze wieści, mój nagły wielki sens życia, stopklatki, plany ruchu. Reszta, co mimochodem sama się ułoży. Nasz całkiem nagi optymizm, w miejscu, co miało nigdy nie spaść na nas, nie przygnieść, nigdy nas nie osaczyć. Dom jaki rozświetlaliśmy ciepłym światłem siebie, jak abażur, abat-jour (tak to Massalia wzywa, odrywa drzazgami od wspomnień, trzeszczy drogami w ścięgnach). Nie czas na sentymenty, więc chodu.

Klika biletów, nerwowo, przekładam je między palcami, wkładam w rękawy, w kieszenie, jak jakiś kłopot w podróży, jak mini serial w odcinkach widziany w separatce. Poddaję się, poddaję, po mocowaniu się z oknem, które się nie chce otworzyć. W obramowanej szybie zaczynam pierwszy odcinek. Zalana deszczem w trupa, brunatna resztka miasta odsuwa mi się sprzed nosa – ma zapach papierosów i metaliczny posmak. Wytężam wzrok w półmroku, nawlekam, igła z nitką odbija się w każdym oku – zaszywam kieszenie z forsą, sam zwijam się w rulon w kocu. Tak łatwo mnie nie wezmą. Zasypiam ale nie śpię. Śnię cyfry i twarze królów.

Śnię sprawy wielkiej wagi, bez końca roztrząsane, gdy wszystkie moje wspomnienia pełne są pleców śledczych, zgarbionych nad biurkami, piszących akt oskarżenia. Jak ciasno bym się nie zwinął, jak gruby nie byłby koc, jak mocno nie uśpię myśli stukotem stu kół pociągu. W mojej samotnej kuszetce, oczami pod sufitem (kratka wentylacyjna przez którą nie widać nic a nic) z całym poczuciem winy czekam na sprawiedliwość. Noce są teraz najgorsze. Próbuję wyśnić swą karę, która przyniesie ulgę, kara da święty spokój, odczepi, i wreszcie zasnę, wtrącony gdzieś w Chateau d’If z bladym uśmiechem na twarzy.

Przecieram oczy – wysiadać! Nadmorski peron, brak dworca, za to jest szum ciemnej wody, która uderza w beton zmywając z niego ostatnie znaki na niebie i ziemi. Szlam na tabliczkach, ślisko. Mokre skarpetki i spodnie. Zegar ze wskazówkami zatrzymanymi w porostach (lepadomorpha, teredinidae). Ławki zabrane przez wodę. Końce peronu płyną gdzieś w słonej mgle, w którą idę. Dwadzieścia jeden kroków by wrzucić walizę do morza, dłońmi rozedrzeć fastrygę, zacisnąć pięści na twarzach i nominałach królów. Zupełnie niespodziewanie czuję się wolny jak dziecko, ślizgam się i przewracam, wstaję i idę dalej.

Noc, zapach lądu. Muzyka. Towot, czuć zgrzyt mechanizmu. Przyspieszam, jest głośniej i nagle dostrzegam wielkie koło, olbrzymie, wysokie, totalne – katedrę diabelskich młynów. Przechodzę pod sznurem żarówek, bileter kłania się w pas. – Oui! Bonsoir! Bienvenue! Znam twoich królów mój słodki! Zostaw ich u mnie, tu zasną. Popatrz jak mienią się sztony, kształtami pasują do koła, więc obróć no w dłoniach to szczęście w kolorach deszczy i tęczy, wiem choć nie widzę od dziecka. Ty oczy masz piękne, więc siadaj. Na imię mam zawsze Lucien. I nie ma tu żadnej ściemy. Twarze z pieniędzy masz w kartach, to nie przypadek, to szczęście. Bonne Chance! I więcej nie tęsknij. Hej w koło! W górę i w dół. W koło, w górę i w dół.

W każdej gondoli jest stolik w kolorze morskiej zieleni, świat małych spraw mi ucieka, odpada jak brud spod butów. Nabieram wysokości, niebo we włosach, rozpęd – i ja nie miałem ręki… to teraz śmiesznie nieważne, stawiam, przebijam, wchodzę i wznoszę się piętro wyżej. Mijam pobożnych twardzieli przegrywających w ostatku dziewictwa swych narzeczonych, mijam uśmiechy zza cygar, cylindry iluzjonistów pełne króliczków playboya. Pod spodem blichtr lunaparku mieni się złoto jak skarbiec. Poczułem wtedy ukłucie, przeszycie, jak wielką igłą – słabo mi nagle, zimno, ktoś mnie zaszywa jak kieszeń, po to by zaraz rozpruć. Nad głową blichtr lunaparku, otwarte paniką usta martwych dmuchanych lalek, ktoś gasi im palcem w oku Gitanes Brunes et Blondes. Zaciskam powieki kurczowo. Suffit! Gdzie sufit? Na pomoc!

Wciąż żyję, zresztą nie wiem, musiałem stracić oddech, muzyka zgrzyta mi w uszach, powraca zapach lądu. Słabo otwieram oczy i widzę moje stopy w samych skarpetkach, bez buty. Lądują powolutku nad małą wyspą, gdzieś w dole. Morze jest jasne i martwe. Widzę w nim stado rybek. Szarpnięcie i mrowienie. Czuję na nodze ciepło, wypływa ze mnie krew. Już widzę, spływa po nodze, którą nie mogę ruszyć. Jestem nabity. Nabity! Nadziany na konstrukcję, która obrotem z powrotem przenosi mnie z wolna w dół. W połowie wysokości… – Zaraz! Wysuwa się z mnie… Nie! To ja się z niej zsuwam, odwraca mnie twarzą do ziemi. Muzyka, zgrzyt, światła, światła!

c i s z a
n i c
c i s z a

…mgła podwodna, flauta, biały słaby szum. Nie ma mnie i nie patrzę, choć widzę. Chyba płynę. Niesiony zimnym prądem, dryfuję bez oddechu. Z bieli kształt, ledwo szary, majaczy, potem drugi, niewyraźny prostokąt, kwadrat, może sześcian. Jest ich więcej. Stadami przepływają w oddali, urywkami szeptów. Płyną znowu, bliżej, nieco bliżej, bliżej… To są klatki, sześcienne w środku każdej coś pływa. Meduza? Bliżej… Nie! Oko w klatce, błękitne i duże. Patrzy na mnie? Widzi? Chyba nie. Mnie tu nie ma. Więcej klatek, coraz więcej, płynę przez nie środkiem, w każdej klatce oko patrzy na mnie i widzi, może jednak jestem, jestem okiem w klatce? Nie wiem. Tylko patrzę, w końcu jednak patrzę. Zamykam powiekę. Jestem okiem w klatce.

– Chodź tu, zobacz, witaj. Otwieram twoje oko, otwieram klatkę, wypuszczam. Kasyna Lucien Barre – przepraszam – Lucien Barriere. Zapraszam w każdej chwili. Widzisz pod światło mój drogi? Pamiętasz ten zachód słońca? Do kogo teraz tęsknisz? Czyją dłoń chciałbyś znaleźć w moim czułym dotyku. Mój dotyk zawsze jest czuły. Czujesz? Masz znowu ciało, więc papierosa? Cygarko? Pozwól, uwielbiam zapalać. – Wiesz może jakie jest pierwsze arabskie miasto na trasie… Ach. To już było. Przepraszam. Tak czy inaczej polecam. Casino de Cassis. Gdybyś tam kiedyś zaszedł, pamiętaj kto zafundował ci taki product placement. Postaw na dobrą kartę. Adieu mój miły, do zaś.

Oddech jest coraz cięższy, to chyba przez to cygaro, ciężkość w nogach i rękach, serce wali jak młotem, z trudem nabieram powietrza. Schody ciągną się w górę, spiralnie ciągle w górę. Ściany z szarego kamienia, obrazy drogi krzyżowej, im wyżej tym więcej światła. Z góry dochodzą dźwięki, grzmoty i krzyki, znów grzmoty, schody zadrżały, smak tynku, przyspieszam kroku, biegnę, jest coraz głośniej, stuk gruzu, mocne wstrząśnięcie, upadłem, kolano, warga, wydech. Podnoszę się i biegnę, jest coraz więcej pyłu, krztuszę się, coraz wyżej, gdzie widzę chyba wyjście, nagle płomienie, gorąco, z góry spadają kamienie, wybiegam na zewnątrz budynku. Syreny straży pożarnej. Kaszlę, ktoś daje mi dłoń i wyprowadza za rękę. – Biegiem, szybko, uciekaj!

Biegnę na oślep, aż wbiegam po kostki w ciepłe morze i zaraz po kolana. Dwadzieścia jeden kroków, ślizgam się i przewracam, wstaję, odwracam wreszcie. Przede mną płonie wyspa, piorun uderza w koło, diabelski młyn spada z osi na szczycie swojej wieży i taranuje lunapark, zrywa girlandy z żarówek, strzelają jedna po drugiej. W konstrukcję znów wali piorun, rozświetla koło jak gwiazdę, przewraca je poziomo. Kładąc się jeszcze wiruje, sadowiąc się ciężko na wyspie, przygniata wszystko pod spodem. Słychać kolejną eksplozję i sztuczne ognie strzelają w niebo rozbitym światłem, jestem do pasa morzu, a morze jest pełne gwiazd. Śmieję się na głos do siebie, mój śmiech brzmi jasno, soczyście, tak się przenigdy nie śmiałem. Nagle w ostatnim wybuchu dostrzegam w wodzie odbicie. Jestem nagą kobietą na tle nocnego nieba.

Wyspa umiera i gaśnie. Przykrywa ją tuman pyłu. Odwracam się, gdzieś w oddali widzę mignięcie światła. Zza chmury wychodzi księżyc. Tak, ziemia jest niedaleko, spokojna, nocna, solidna. Idę w jej stronę, jest głębiej, nie mogę iść – muszę płynąć. Coś się unosi w wodzie. Styropianowe zwierzę. To duży pies albo wilk, pomalowany na złoto. Zjawia się z samą porę, chwytam go, płynę dalej. W końcu brakuje mi sił, lecz widzę latarnię morską, dalej po prawej wieżę. Podpływam bliżej. Marina. Łódki i małe jachty zacumowane przy brzegu. Ktoś nie śpi, z wody pukam w okrągłe okienko ze światłem. Wdrapuję się na łódkę i walę pięścią w drzwi . Nikt nie otwiera. Zamknięte.

Czuję ciepło na twarzy, otwieram oczy – słońce. Zwinięta w sztormiak jak w kocu, budzę się na pokładzie. Drzwi, w które waliłam w nocy są teraz uchylone, zza głowy słyszę kroki. Wstaję i widzę dziecko. – Bałem się wtedy otworzyć. Rodzice nie pozwalają jak jestem w nocy sam. – Czy oni grają w kasynach? – Nie, konstruują ogrody, na przykład labirynty, takie pułapki, z cisów. Pracują zawsze w nocy potem wracają nad ranem i pewnie zaraz przyjdą… o popatrz! Patrz! Prowadzą tego co spalił wyspę!

Ulicą idzie korowód, chyba jest całe miasto. Jakby zabierał z ulic wszystkich napatoczonych. Jest mim, rysownik i żongler, i nawet gość w stroju diabła. Przeciskam się w środek tłumu. – Szaleniec i utracjusz, co ponoć zgubił go hazard – tak właśnie mówią wszyscy, szepcą strzępami szeptów. Żongler podchodzi do niego, zgarnia mu włosy z twarzy. I wtedy widzę – To ja! Ja, ten wcześniejszy (ten martwy?). W pięści skazańca pudełko, zmięte i rozmoczone. – Podobno otruł matkę, by się odegrać za spadek. Podobno zrobił to wszystko, żeby ratować miłość. – Ktoś ze skrzypcami podchodzi i gra rzewną melodię. Podbiegam, zrzucam sztormiak, odwracam ich uwagę i w załzawione oczy mu krzyczę – Szybko! Pojedź, uciekaj! A ja zatrzymam ich w miejscu, za wszystkie Twoje grzechy. Nigdy nie miałeś ręki do tych cholernych kart! Rzucam się na policjanta i wpycham mu język w usta, skazaniec się wyrywa, skacze prosto do wody, odpływa, dalej, odpływam… Ktoś niesie mnie do karetki.

Stoję na brzegu morza, nie mam już żadnej historii. Wszystko spłonęło, runęło. Jestem jedyną osobą, która przeżyła kataklizm. W wyniku szoku, tak mówią, straciłam całą pamięć. Naprawdę nic nie pamiętam. Zaczynam od początku w podarowanym ubraniu. Mam całkiem nowe imię i miejsce urodzenia. Marseille, Quai de Rive Neuve, skąd patrzę na horyzont, choć nie mam planów na przyszłość. I teraz nic się nie zdarzy, albo też zdarzy się wszystko.

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/