Jacek Bierut – Hajs (fragment powieści)

Hajsem śmierdzi; jego hawira, usta jego czerwonego ukwiała, jego przyszła czerwoniutka bryka z chromami, z bebechami na wierzchu, sporo młodsza od jego żony, ale z tej samej stajni; nawet jego jeszcze bardziej rasowy kot, który lukał na niego ze zdziwkiem, kiedy ten jego głupi pan wybierał mu brykiety z kuwety, śmierdzące przecież tym samym. Hajsem. I to miasto; brud, chodniki, nabrzeża; jak się tak stawia stopy, żeby ominąć błoto, psie batony, pęknięcia na betonowych płytach. Hajsem śmierdzi tylko wtedy, kiedy jest naprawdę ciężki. Jego kumple też chcieliby tak zajeżdżać. Takim sprzętem i takimi możliwościami. Odkąd się dowiedzieli. Bobo i Fuks. Jacy nagle wyprostowani. Odkąd rozdeptali pety przy kaplicy, stanęli w pierwszej parze i na sztywno kuśtykali z nim na ramieniu aż do grobu jego matki, tej wariatki. Jakie im żarówy płonęły w patrzałkach. Jak brwi podskakiwały, jak się z nich sypał błyszczący żel do piór. Jakby przynajmniej szli po czerwonym dywanie na zdjęciu w kolorowym piśmie dla durnowatych gospodyń domowych.
– Pomyślcie, już nigdy nic nie będę musiał, łał – Bobo nabrał głęboko powietrza i wypuścił je w górę, jak dym z kubańskiej cygarety. – Frajer. Jaki frajer! Dać się załatwić w takim momencie! I że nic nie pisnął! Niszto niczewo.
– To akurat rozumiem – Fuksiu też zatarł ręce, bo rzeczywiście nagle to zrozumiał.
– Jak rozumiesz, jak nie rozumiesz?
– A tobie to już na pewno bym nie powiedział. Ty, a ty na jego miejscu to co? To byś się serio bujał z obstawą? A skąd w dzisiejszych czasach wziąć lojalną obstawę? Oni pierwsi by cię zaktrupili, za taką kasę.
– Fajny był wieczór, ale jestem za gruba – skomentowała.
Bobo zupełnie bezwiednie obejrzał jej chude przyziemie, ten handlowy nieużytek, wystający spod krótkiego kożuszka i starający się dotrzymać im kroku.
– Wiecie, co się będzie liczyło? Wiecie co? – obydwoma pięściami walnął się w klatę piersiową tak mocno, że aż mu chyba serce stanęło pod szpanerskim czarnym płaszczem z czerwoną podszewką, stanęło i ruszyło. – Będzie się liczyło tylko, w mordę mać, móc lub chcieć – nabrał powietrza tak mocno, jakby chciał zagarnąć całe powietrze, ile go tylko jest. – Do wyboru. Kumasz?
– Za dużo gadasz. To mi szkodzi na cerę – zwróciła mu uwagę.
– Pan Bobo! – ciągnął dalej. – Projektnij sobie. Nawet jak mi się nie chce, to sobie mogę nie chcieć. A jak? Pan Bobo może zechce, to może to zrobi. A jak pan Bobo zechce co innego, to ma być co innego. Kumacie? Wszystko będzie po bobowemu! Wszyściutko. Na każdego ważniaka będę lał ciepłym moczem! Z góry. Boże, jak ja będę rządził! I nie, że jakieś walnięte erotomanki, o nie. Wybrzydzał będę. Ale ja będę wybrzydzał. Strzeżcie się wszystkie pierwsze dupy mórz południowych! Szykujcie się! – Bobo znów zacisnął pięść, ale tym razem rąbnął powietrze. – Sami popatrzcie, żeby o tej porze roku siedzieć w tym porąbanym kraju! Popatrzcie na swoje buty! No, tylko popatrzcie – rzeczywiście buty mieli mokre i poznaczone kwiatkami soli. – I ja to zrobię. Ja to, kuchenka, wymyślę. No bo kto, jak nie ja? Ty? A może ty? Co? Mam! No, mam! Zimny łeb. Pamiętasz wiadukt? – Bobo nie czekał nawet, aż pokiwają głowami. – To już wiesz, jak się do niej dobierzemy. Przecież, kurde, nie przyleci tu samolotem, bo ona się boi latać! To oczywiste. Zbrodnia doskonała. Żadnych śladów. Żadniutkich. Że też od razu się na to nie wpadło.
Nikt nie oponował. Szli kiepsko oświetloną Kuźniczą. Po drugiej stronie ulicy przed kioskiem z żelkami mechaniczny Mikołaj w złotych okularach machał bezgłośnym dzwonkiem i odtwarzał w kółko tę samą amerykańską kolędę.
– Ty, ten gość jest sztuczny? – spytał Fuks.
Mijała ich jakaś para. Strasznie ich to pytanie rozbawiło.
– Niezłe pytanie, jak na chirurga – zaśmiała się żona Jara. – Tylko co nas teraz obchodzi jakiś sztuczny gość? Ty nie zmieniaj tematu, a ty, Bobo, pamiętaj, że to jednak moja kaska, i bądź grzeczny, bo to ja będę dzielić. I to nie ja wam mam ufać, ale wy mi musicie. Mi. Zakonotowałeś? Na razie ja dowodzę. Powiedzcie lepiej, o co chodzi z tym wiaduktem? – spoważniała, skóra jej się od tego bardzo ładnie napięła na policzkach. – Wiadukt to co to? Taki most? Nie? Macie już plan? Tylko co nam most może pomóc? Po cholerę mi jakiś most? Bo wiecie, może ja się z tym po prostu zgłoszę do zawodowców? Wy mi tak naprawdę do niczego nie jesteście potrzebni. Wy mi możecie tylko nabałaganić. Amatorzy. No, amatorzy. Zawodowiec od razu będzie wiedział, co i jak.
– No pewnie. Ogłoszenie w gazecie daj. Przechodzona z odzysku w bardzo dobrym stanie zleci mokrą robotę kulturalnemu, bez nałogów z wyższym wykształceniem ekonomicznym, ładnymi dłońmi i upodobaniem do antyków. Bo humanista liczyłby, liczyłby i do usranej śmierci by się nie doliczył. Tobie się w dupie poprzewracało! Teraz już nie masz wyjścia. Trzeba było główkować, zanim nas w to wpakowałaś. Po coś ty nam to w ogóle mówiła? Nie pojmuję. Ty wiesz, ile będzie kosztować moje milczenie? Chyba, że mnie też? I jego? – dźgnął Fuksia pod żebro. – Co? Snujesz jakieś plany?
Ucichli, bo może i każdy żałował, że do tego doszło. Powietrze było wilgotne. Pod światło było widać wznoszące się i opadające kreseczki drobnego deszczu. Może przerażone tym, co usłyszały i zobaczyły, nie mogły się zdecydować, czy spaść, czy wracać w niskie, ciężkie chmury. Stawiali kroki w wilgotnym wirze, jakby ktoś do wysokości dachów rozpylił skiśniętą święconą wodę. Na sobie się jej właściwie nie czuło. Zamarzała tylko na szybach zaparkowanych samochodów i na chodniku, na resztkach roztopionego brudnego śniegu, na rzęsach przechodniów.
– Nie. Na razie myślę tylko o niej.
– O Bognie? I niech tak zostanie.
No to o co chodzi z tym mostem? Znaczy z tym wiaduktem? – dopytywała. –Wysadzić chcesz? Porypało cię? Przecież tam będzie kupa ludzi. Może i racja, że podejrzenia by się odwróciło, ale oni nic mi nie są winni. To musi być cicha robota. To jest robota dla zawodowca. Precyzyjna. Ginekologiczna. Kapujesz? Jatkę, to wiesz, każdy głupi może urządzić. Ją jedną trzeba sprzątnąć, a reszta niech sobie jedzie dalej.

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s