Michał Warkoczyński-Prochownik – Massalia (opowieść głupca)

Chodź, choć raz jeszcze popatrz, odwracam twoje oczy. Pudełko od zapałek z nadpaloną mapą. Massalia. Pamiętasz? Czytałeś o niej na mydle i w ustach dowcipnisiów, o tym jakie jest pierwsze duże arabskie miasto na trasie Paryż-Dakar? Nie masz już nic do stracenia. Potrzebna jest tylko zręczność, a czy potrafisz żonglować, w powietrzu, nieumyślnie, talią tych starych kart? Do kogo teraz tęsknisz?

Powiedziała mi – Pojedź, a ja zatrzymam na miejscu wszystkie twoje grzechy, wydam ci tymczasową wielką ekskomunikę. Nigdy nie miałeś ręki do patrzenia w niebo. Zajęty byłeś mrowieniem, rojem małych rzeczy, uważaniem jak kelner, żeby się nie potknąć , jednym fałszywym krokiem… Teraz Ci błogosławię. Masz tak niewiele czasu, więc precz.

Ale jak to mam jechać? Zostawić matkę na łóżku, którego nogi po kostki są w wodzie pełnej piranii? Sprzedać miejsce w kolejce, do niej, gdy teraz leży na tylu poduszkach i zmusza się do łykania wszystkiego, co jej przynoszą, wierząc, że co zje zabierze ze sobą na tamten świat, do odumarłych krewnych? Kokony jedwabników, błyszczące bombonierki i małe zdjęcie papieża. Nie. Jednak muszę jechać, kolejka trwa za długo, na pewno nie zdążę przed końcem (i prosić o wybaczenie?).

Nie mam na to dość siły. Albo odwrócić wzrok prosto w ojcowskie brwi, zmęczone od opuszków, żółtych od czegoś palców. Otarcia na pożegnanie. Na jego smutne psie oczy, na jego chore zatoki. I tak mi nic nie powie, jest zapadnięty w fotel w pokoju pełnym map i zardzewiałej broni. Wzrok jakby decydował, którą wbić sobie w serce. Przepuszcza tylko ludzi, do matki, pilnując kolejki, jak jakiś peronowy, bileter, szatniarz, cieć.

Tak się zostaje samotnie. I jak z chwiejnego tronu, z leżaka zżartego przez mole na strychu pod rannym dachem, rozbitym jak tulipan, oglądam nocne niebo, które chmurzy się na mnie. Stąd kiedyś myślałem o świecie, nad którym będę panował. Tutaj znalazłem skarby wielkiego laboratorium. Gdy byłem dzieckiem tu wszystko zdradzało mi tajemnice. I teraz musiałem tu wrócić, na chwilę, na wdech przed skokiem, zabieram wszystko w walizie. Woda podchodzi wyżej. Góra staje się wyspą i właśnie tak ją pożegnam – odłamkami pamięci w połamanym domu, gdzie trudno mi sobie przypomnieć, że kiedyś świeciło słońce.

Zamykam na chwilę oczy i wyobrażam je sobie. Przez prześwietlone powieki, jak na ekranach kontrolnych przesuwa się mały punkcik, opuszek palca powoli, tam, w ciepłą górę uda. To moja miłość prawdziwsza, moje najlepsze wieści, mój nagły wielki sens życia, stopklatki, plany ruchu. Reszta, co mimochodem sama się ułoży. Nasz całkiem nagi optymizm, w miejscu, co miało nigdy nie spaść na nas, nie przygnieść, nigdy nas nie osaczyć. Dom jaki rozświetlaliśmy ciepłym światłem siebie, jak abażur, abat-jour (tak to Massalia wzywa, odrywa drzazgami od wspomnień, trzeszczy drogami w ścięgnach). Nie czas na sentymenty, więc chodu.

Klika biletów, nerwowo, przekładam je między palcami, wkładam w rękawy, w kieszenie, jak jakiś kłopot w podróży, jak mini serial w odcinkach widziany w separatce. Poddaję się, poddaję, po mocowaniu się z oknem, które się nie chce otworzyć. W obramowanej szybie zaczynam pierwszy odcinek. Zalana deszczem w trupa, brunatna resztka miasta odsuwa mi się sprzed nosa – ma zapach papierosów i metaliczny posmak. Wytężam wzrok w półmroku, nawlekam, igła z nitką odbija się w każdym oku – zaszywam kieszenie z forsą, sam zwijam się w rulon w kocu. Tak łatwo mnie nie wezmą. Zasypiam ale nie śpię. Śnię cyfry i twarze królów.

Śnię sprawy wielkiej wagi, bez końca roztrząsane, gdy wszystkie moje wspomnienia pełne są pleców śledczych, zgarbionych nad biurkami, piszących akt oskarżenia. Jak ciasno bym się nie zwinął, jak gruby nie byłby koc, jak mocno nie uśpię myśli stukotem stu kół pociągu. W mojej samotnej kuszetce, oczami pod sufitem (kratka wentylacyjna przez którą nie widać nic a nic) z całym poczuciem winy czekam na sprawiedliwość. Noce są teraz najgorsze. Próbuję wyśnić swą karę, która przyniesie ulgę, kara da święty spokój, odczepi, i wreszcie zasnę, wtrącony gdzieś w Chateau d’If z bladym uśmiechem na twarzy.

Przecieram oczy – wysiadać! Nadmorski peron, brak dworca, za to jest szum ciemnej wody, która uderza w beton zmywając z niego ostatnie znaki na niebie i ziemi. Szlam na tabliczkach, ślisko. Mokre skarpetki i spodnie. Zegar ze wskazówkami zatrzymanymi w porostach (lepadomorpha, teredinidae). Ławki zabrane przez wodę. Końce peronu płyną gdzieś w słonej mgle, w którą idę. Dwadzieścia jeden kroków by wrzucić walizę do morza, dłońmi rozedrzeć fastrygę, zacisnąć pięści na twarzach i nominałach królów. Zupełnie niespodziewanie czuję się wolny jak dziecko, ślizgam się i przewracam, wstaję i idę dalej.

Noc, zapach lądu. Muzyka. Towot, czuć zgrzyt mechanizmu. Przyspieszam, jest głośniej i nagle dostrzegam wielkie koło, olbrzymie, wysokie, totalne – katedrę diabelskich młynów. Przechodzę pod sznurem żarówek, bileter kłania się w pas. – Oui! Bonsoir! Bienvenue! Znam twoich królów mój słodki! Zostaw ich u mnie, tu zasną. Popatrz jak mienią się sztony, kształtami pasują do koła, więc obróć no w dłoniach to szczęście w kolorach deszczy i tęczy, wiem choć nie widzę od dziecka. Ty oczy masz piękne, więc siadaj. Na imię mam zawsze Lucien. I nie ma tu żadnej ściemy. Twarze z pieniędzy masz w kartach, to nie przypadek, to szczęście. Bonne Chance! I więcej nie tęsknij. Hej w koło! W górę i w dół. W koło, w górę i w dół.

W każdej gondoli jest stolik w kolorze morskiej zieleni, świat małych spraw mi ucieka, odpada jak brud spod butów. Nabieram wysokości, niebo we włosach, rozpęd – i ja nie miałem ręki… to teraz śmiesznie nieważne, stawiam, przebijam, wchodzę i wznoszę się piętro wyżej. Mijam pobożnych twardzieli przegrywających w ostatku dziewictwa swych narzeczonych, mijam uśmiechy zza cygar, cylindry iluzjonistów pełne króliczków playboya. Pod spodem blichtr lunaparku mieni się złoto jak skarbiec. Poczułem wtedy ukłucie, przeszycie, jak wielką igłą – słabo mi nagle, zimno, ktoś mnie zaszywa jak kieszeń, po to by zaraz rozpruć. Nad głową blichtr lunaparku, otwarte paniką usta martwych dmuchanych lalek, ktoś gasi im palcem w oku Gitanes Brunes et Blondes. Zaciskam powieki kurczowo. Suffit! Gdzie sufit? Na pomoc!

Wciąż żyję, zresztą nie wiem, musiałem stracić oddech, muzyka zgrzyta mi w uszach, powraca zapach lądu. Słabo otwieram oczy i widzę moje stopy w samych skarpetkach, bez buty. Lądują powolutku nad małą wyspą, gdzieś w dole. Morze jest jasne i martwe. Widzę w nim stado rybek. Szarpnięcie i mrowienie. Czuję na nodze ciepło, wypływa ze mnie krew. Już widzę, spływa po nodze, którą nie mogę ruszyć. Jestem nabity. Nabity! Nadziany na konstrukcję, która obrotem z powrotem przenosi mnie z wolna w dół. W połowie wysokości… – Zaraz! Wysuwa się z mnie… Nie! To ja się z niej zsuwam, odwraca mnie twarzą do ziemi. Muzyka, zgrzyt, światła, światła!

c i s z a
n i c
c i s z a

…mgła podwodna, flauta, biały słaby szum. Nie ma mnie i nie patrzę, choć widzę. Chyba płynę. Niesiony zimnym prądem, dryfuję bez oddechu. Z bieli kształt, ledwo szary, majaczy, potem drugi, niewyraźny prostokąt, kwadrat, może sześcian. Jest ich więcej. Stadami przepływają w oddali, urywkami szeptów. Płyną znowu, bliżej, nieco bliżej, bliżej… To są klatki, sześcienne w środku każdej coś pływa. Meduza? Bliżej… Nie! Oko w klatce, błękitne i duże. Patrzy na mnie? Widzi? Chyba nie. Mnie tu nie ma. Więcej klatek, coraz więcej, płynę przez nie środkiem, w każdej klatce oko patrzy na mnie i widzi, może jednak jestem, jestem okiem w klatce? Nie wiem. Tylko patrzę, w końcu jednak patrzę. Zamykam powiekę. Jestem okiem w klatce.

– Chodź tu, zobacz, witaj. Otwieram twoje oko, otwieram klatkę, wypuszczam. Kasyna Lucien Barre – przepraszam – Lucien Barriere. Zapraszam w każdej chwili. Widzisz pod światło mój drogi? Pamiętasz ten zachód słońca? Do kogo teraz tęsknisz? Czyją dłoń chciałbyś znaleźć w moim czułym dotyku. Mój dotyk zawsze jest czuły. Czujesz? Masz znowu ciało, więc papierosa? Cygarko? Pozwól, uwielbiam zapalać. – Wiesz może jakie jest pierwsze arabskie miasto na trasie… Ach. To już było. Przepraszam. Tak czy inaczej polecam. Casino de Cassis. Gdybyś tam kiedyś zaszedł, pamiętaj kto zafundował ci taki product placement. Postaw na dobrą kartę. Adieu mój miły, do zaś.

Oddech jest coraz cięższy, to chyba przez to cygaro, ciężkość w nogach i rękach, serce wali jak młotem, z trudem nabieram powietrza. Schody ciągną się w górę, spiralnie ciągle w górę. Ściany z szarego kamienia, obrazy drogi krzyżowej, im wyżej tym więcej światła. Z góry dochodzą dźwięki, grzmoty i krzyki, znów grzmoty, schody zadrżały, smak tynku, przyspieszam kroku, biegnę, jest coraz głośniej, stuk gruzu, mocne wstrząśnięcie, upadłem, kolano, warga, wydech. Podnoszę się i biegnę, jest coraz więcej pyłu, krztuszę się, coraz wyżej, gdzie widzę chyba wyjście, nagle płomienie, gorąco, z góry spadają kamienie, wybiegam na zewnątrz budynku. Syreny straży pożarnej. Kaszlę, ktoś daje mi dłoń i wyprowadza za rękę. – Biegiem, szybko, uciekaj!

Biegnę na oślep, aż wbiegam po kostki w ciepłe morze i zaraz po kolana. Dwadzieścia jeden kroków, ślizgam się i przewracam, wstaję, odwracam wreszcie. Przede mną płonie wyspa, piorun uderza w koło, diabelski młyn spada z osi na szczycie swojej wieży i taranuje lunapark, zrywa girlandy z żarówek, strzelają jedna po drugiej. W konstrukcję znów wali piorun, rozświetla koło jak gwiazdę, przewraca je poziomo. Kładąc się jeszcze wiruje, sadowiąc się ciężko na wyspie, przygniata wszystko pod spodem. Słychać kolejną eksplozję i sztuczne ognie strzelają w niebo rozbitym światłem, jestem do pasa morzu, a morze jest pełne gwiazd. Śmieję się na głos do siebie, mój śmiech brzmi jasno, soczyście, tak się przenigdy nie śmiałem. Nagle w ostatnim wybuchu dostrzegam w wodzie odbicie. Jestem nagą kobietą na tle nocnego nieba.

Wyspa umiera i gaśnie. Przykrywa ją tuman pyłu. Odwracam się, gdzieś w oddali widzę mignięcie światła. Zza chmury wychodzi księżyc. Tak, ziemia jest niedaleko, spokojna, nocna, solidna. Idę w jej stronę, jest głębiej, nie mogę iść – muszę płynąć. Coś się unosi w wodzie. Styropianowe zwierzę. To duży pies albo wilk, pomalowany na złoto. Zjawia się z samą porę, chwytam go, płynę dalej. W końcu brakuje mi sił, lecz widzę latarnię morską, dalej po prawej wieżę. Podpływam bliżej. Marina. Łódki i małe jachty zacumowane przy brzegu. Ktoś nie śpi, z wody pukam w okrągłe okienko ze światłem. Wdrapuję się na łódkę i walę pięścią w drzwi . Nikt nie otwiera. Zamknięte.

Czuję ciepło na twarzy, otwieram oczy – słońce. Zwinięta w sztormiak jak w kocu, budzę się na pokładzie. Drzwi, w które waliłam w nocy są teraz uchylone, zza głowy słyszę kroki. Wstaję i widzę dziecko. – Bałem się wtedy otworzyć. Rodzice nie pozwalają jak jestem w nocy sam. – Czy oni grają w kasynach? – Nie, konstruują ogrody, na przykład labirynty, takie pułapki, z cisów. Pracują zawsze w nocy potem wracają nad ranem i pewnie zaraz przyjdą… o popatrz! Patrz! Prowadzą tego co spalił wyspę!

Ulicą idzie korowód, chyba jest całe miasto. Jakby zabierał z ulic wszystkich napatoczonych. Jest mim, rysownik i żongler, i nawet gość w stroju diabła. Przeciskam się w środek tłumu. – Szaleniec i utracjusz, co ponoć zgubił go hazard – tak właśnie mówią wszyscy, szepcą strzępami szeptów. Żongler podchodzi do niego, zgarnia mu włosy z twarzy. I wtedy widzę – To ja! Ja, ten wcześniejszy (ten martwy?). W pięści skazańca pudełko, zmięte i rozmoczone. – Podobno otruł matkę, by się odegrać za spadek. Podobno zrobił to wszystko, żeby ratować miłość. – Ktoś ze skrzypcami podchodzi i gra rzewną melodię. Podbiegam, zrzucam sztormiak, odwracam ich uwagę i w załzawione oczy mu krzyczę – Szybko! Pojedź, uciekaj! A ja zatrzymam ich w miejscu, za wszystkie Twoje grzechy. Nigdy nie miałeś ręki do tych cholernych kart! Rzucam się na policjanta i wpycham mu język w usta, skazaniec się wyrywa, skacze prosto do wody, odpływa, dalej, odpływam… Ktoś niesie mnie do karetki.

Stoję na brzegu morza, nie mam już żadnej historii. Wszystko spłonęło, runęło. Jestem jedyną osobą, która przeżyła kataklizm. W wyniku szoku, tak mówią, straciłam całą pamięć. Naprawdę nic nie pamiętam. Zaczynam od początku w podarowanym ubraniu. Mam całkiem nowe imię i miejsce urodzenia. Marseille, Quai de Rive Neuve, skąd patrzę na horyzont, choć nie mam planów na przyszłość. I teraz nic się nie zdarzy, albo też zdarzy się wszystko.

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s