Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (V)

Przeniesiony człowiek, vol.2

Bułkowi jest wszędzie niewygodnie. Dlatego cały czas się przeprowadza. Zmienia powiaty, zmienia stolice. Parę tygodni temu przeniósł manele ze stolicy Wielkopolski do stolicy Polski. Kilka dni przed moim przyjazdem. Gdybyśmy się spotkali, skończylibyśmy na dachu, ponieważ dach to jest najlepsze miejsce do niekończących się rozmów. Szkolenie, na które firma wysłała mnie do Poznania rok temu, skończyło się na dachu. Festiwal literacki sprzed paru lat skończył się na dachu, z którego ściągnęła nas straż. Ludzie rozpadają się jak taśmy Basinskiego. Po niektórych tego nie widać, ponieważ umykają miejscom. A miejsca są zawsze w ryzach czasu. Świadczą o tym butwiejące dachówki. Gdybyśmy tak mogli całymi latami przesiadywać na gzymsie, w końcu odpadłyby nam głowy. A tak, jedynie zgniłozielony ślad na rękawie… pamiątka po upadku z podwórkowej szopy. Wieczór spędzony wewnątrz fontanny przy moście Świętokrzyskim… wyszedłem z tego całkiem suchy. Co byłoby zupełnie niemożliwe, gdybyśmy zapuścili się na łęg, powiedzmy w marcu lub kwietniu, o świcie. Przepraszam za przeskok, dach jeszcze wróci.

Nie wiem, czy używanie słowa „łęg” w odniesieniu do terenu zielonego nad Bugiem, który mam teraz na myśli, jest poprawne. Powinienem raczej powiedzieć „łąka łęgowa”. Ale byłoby to równie nietrafione. Ponieważ nasz łęg nigdy nie był pojmowany jako łąka, raczej jako tundra. Zresztą w czasach, gdy eksplorowaliśmy ten akurat fragment obrzeży Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego, jego skala była skalą tundry. Chodźmy na łęg. Tak się mówiło i mówi. Aby dojść do rzeki z dworca (a raczej z tego, co z niego zostało), należało przeciąć ulicę, ominąć sklep z materiałami elektrycznymi, kilka domostw i wreszcie przemierzyć łęg. Zależy, które miejsce rzeki było akurat na celowniku. Weźmy most Siedlecki, w miarę prosta droga. Uświadomiłem sobie, że nigdy tędy nie szedłem dopiero dwa, czy trzy lata temu. Przypadkowo, przy okazji, wysiadłem z pociągu i nie chciało mi się od razu iść do domu. Lato, gorąc. Trawa na całej równinie wyjątkowo wysuszona. Ni krów, ni koni. Zresztą coraz trudniej natknąć się tam na spętane bydło, które zwykle pasło się w małych stadach. Kiedyś… norma. I strach, że któraś z jałówek się zdenerwuje i pogoni. Dzisiaj nie. Przeminęły czasy letnich kąpielisk. Nurt zbyt silny, woda zbyt brudna. Kiedyś miało się mniejsze wymagania. Pielgrzymki dzieci i matek z ręcznikami, sunące w tę i z powrotem po dnie dawno wyschniętego koryta. Parasole, opalacze, spreparowane plaże, pontony. W latach sześćdziesiątych Warszawa przyjeżdżała tutaj na kolonie. Wyparowało. Woda pożarła łagodne zejścia, zostały stromizny. Ryby można co najwyżej połowić. Posiedzieć, popatrzeć. Ale chyba i ryby już nie te.

Most Siedlecki był troszkę dalej. Nie przypominam sobie kąpielisk w pobliżu. Tam chodzili głównie rybacy. Ojciec zasadził się kiedyś nad ranem na filarze i złapał półtorametrowego suma. Dwóch gości, którzy stacjonowali niżej, musiało schwycić go za skrzela, inaczej by się zerwał. Tę głowę ojciec sobie oporządził. Przytwierdził do drewienka. Straszliwie śmierdziała, więc wyniósł ją na balkon, skąd niedługo potem zniknęła. Żeby złowić takiego kolosa, należało mieć odpowiednią przynętę. Żeby mieć odpowiednią przynętę, jechało się w nocy nad wodę. Podjeżdżało nad brzeg, rozkładało folię przed maską samochodu i zapalało światło. Po jakimś czasie miało się na tacy tuziny jętek. Zakazane, wiem. Dziwne owady. Czasami oblegają okna, lub pokrywają dachy jak śnieg. Tak słyszałem. Żyją tylko po to, żeby się rozmnożyć. Brzmi znajomo? Pamiętam martwego kota, za którym ciągnął się sznurek wnętrzności. Siedziałem na kamieniach, suszyłem się po kąpieli. Nurt przepchnął truchło przez szczeliny i poniósł w kierunku działek. Nigdy więcej nie wszedłem do Bugu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego przywołuję obrazek mostu Siedleckiego, który dzisiaj już nie istnieje, albo istnieje w zupełnie innej postaci. To właśnie tam jeździłem rowerem, żeby skulony i zrozpaczony, zdradzony przez rodzinę i jako ten zdradzający, czytać „Włóczęgów Dharmy”. Blisko miejsca, w którym utopił się ten chłopak. Wciągnięty pod wodę, opatulony w ciężkie buty wojskowe, wojskowy plecak, wojskową odzież maskującą. Trafił mu się wir. Ciała szukano chyba przeszło tydzień, może dłużej, nie jestem pewny. Znaleziono je kilkanaście kilometrów dalej. Doszedłem więc do wniosku, że jeśli już mam się modlić, to właśnie tutaj, przy wiekowej kolumnie, wśród pijanych rybaków, mocząc nogi w zimnym nurcie. Kontemplując ścieżki pająków wodnych, przemierzających kontynenty kamieni, uświadomiłem sobie, że jestem żywy. I zdecydowany żywym pozostać, porzuciłem wszystko, co przynależy do rodziny. Tak zwaną Tradycję. Już wtedy most był zamknięty, a tory zwijane kawałek po kawałku. „Przepraszam, wielebni teologowie, za ton nie licujący/ z fioletem waszej togi”. Nie znałem jeszcze tego wiersza Miłosza, gdy w letnie niedzielne popołudnia trwoniłem czas nad rzeką, wypełniając płuca wilgocią, czytając alfabet zadrapań zapisany na żelaznych filarach, nie myśląc jeszcze, by to wszystko opisać, nazwać. Dzień święty niech się święci, ale i tak wszyscy pójdziemy do diabła, wzorem amerykańskich bogów bebopu. Drodzy parafianie.

Siedziałem tam przeciwko mojej matce, która powiedziała kiedyś: „Kościół cię wydał na świat, więc się nie odwracaj od niego jakbyś był na gigancie, bo nie jesteś”. Oczywiście byłem na duchowym gigancie już od dłuższego czasu. Niewykluczone, że szukałem przesłania serwowanego również przez religię mojej matki. Nie oświeciły mnie jednak ani zimne mury świątyni, ani cmentarze. Absolut znajdował się „na dołku”, gdzie obfite piersi ekspedientek były zawsze za daleko, żeby po nie sięgnąć. Przemierzałem pola, włóczyłem się po ulicach, w butach miałem pluchę, byłem głodny jak zwierzę. I jak zwierzę szamotałem się w ciemności mojego pokoju na Leśnej, spragniony ulewy, potopu, kataklizmu. „Dopiero później stałem się małym hipokrytą, trochę zmęczonym odklepywaniem pacierzy niedowiarkiem”. Być może hipokryzja, którą Jack Kerouac włożył swojemu alter ego – Rayowi Smithowi – w usta, a która dotyczyła jego samego, polegała na tym, że nigdy nie udało mu się kategorycznie zanegować ortodoksyjnego wychowania, jakie odebrał. Przez całe życie zresztą prezentował konserwatywne poglądy na wiele spraw, co wywoływało przyjazny uśmiech politowania Ginsberga. Bohater „Włóczęgów Dharmy”, siedzący pod drzewem, w rodzinnym mieście. Zamroczony swoją urojoną wolnością, powoli i dyskretnie łamany przez alkohol („skoro tylko zamknąłem oczy, miałem widzenie butelki brandy”). Maszkaron na tle mieszczańskich obrazków rodzajowych, ale zespolony z nimi w jakimś potwornym, fatalistycznym mariażu. „Mijały dni. Chodziłem w kombinezonie, nieuczesany, nieogolony, przestając jedynie z psami i kotami. Prowadziłem szczęśliwe życie człowieka, który odzyskał dzieciństwo”. Pustelnia w górach nie przyniosła ostatecznie żadnych odpowiedzi, żadnego wyzwolenia, jakiego doświadczył choćby Sal Paradise w drodze. Wystarczy uważnie przeczytać „Włóczęgów…”.

Jestem u podnóża „góry”, patrzę na swoje zdjęcie komunijne. Okrąglutki chłopczyk z równo przyciętą grzywką. Nie znajduje miejsca dla siebie pośród innych dzieci i ściska kurczowo mały czerwony modlitewnik, który wkrótce stanie się kością niezgody. Gdy wróci do domu, rzuci się na ostatnie tabliczki opłatka, żeby je zjeść z łapczywością kundla. Chryste, ładnie żeś nas urządził. Rączki złożone do modlitwy, buzie w dzióbki, za chwilę każdy z nas otrzyma zegarek lub BMX-a. A za kilka lat jeden wyląduje w pierdlu, a drugi na wiejskim bazarze, wybierając kurtkę z brązowej „skóry ekologicznej” i dziadowskie pantofle za dwadzieścia złotych, będzie kombinował kolejny złoty interes. Zresztą ślad jego podeszwy znajdzie swoje pocieszne miejsce na odzieży opinającej czyjś tyłek. Bywalcy kościołów zaludniający stronice kronik kryminalnych. Mniejsza z nimi. Na razie jeszcze stoją w szeregu ze świecami i myślą o tym, by jak najprędzej usunąć się z kadru i pograć w nogę. Niedola przeniesionego człowieka polega na tym, że z całej siły pragnie zanegować dom, z którego wyrósł, a jednocześnie nie jest w stanie po prostu go podpalić. Boi się, że jeśli by to zrobił, druga strona również go rozczaruje. Cena jest zbyt wysoka. Trochę więc podróżuje, ale nie za dużo i nie za daleko. Niby się oddala, ale w istocie się nie przemieszcza. Jest teleportowany do miejsc, do których coraz bardziej dotkliwie nie przystaje. Ponieważ nie miał kiedy do nich dorosnąć. Opleciony sentymentami jak patyk watą cukrową – zaczyna bredzić. Błądzi. Wyciąga przed siebie ręce jak ślepy. I nieustannie wraca nad swoją rzekę, nad sukcesywnie pożerany przez wodę brzeg. Z coraz większym trudem rozpoznaje swoje miejsce. A miejsce z coraz większym trudem rozpoznaje gościa.

Bułek jest w drodze. Śle zdjęcia z egzotycznych dachów świata. Ray, siedząc pod swoim drzewem Buddy, zapisuje przekleństwo na kartce papieru. Sal, zwieszając nogi z krawędzi wagonu towarowego, przekazuje butelkę z wiśniówką ciemnoskóremu uśmiechniętemu obdartusowi. Co mi pozostało z tej łapczywości – myśli w tym czasie przeniesiony człowiek – oprócz latarni pod oknem i wieczornego lamentu płomykówki na początku sezonu, kiedy kumuluje się lęk przed skokiem? I jeszcze drogi nad rzekę i samej rzeki? Na miejscu dworcowego budynku rośnie teraz jakaś beznadziejna trawa, która nikogo nie obchodzi, może tylko krowy. Rośnie tam, żeby ładnie wyglądała, czyli bez celu. Midnight Ghost odjechał beze mnie, ponieważ opierałem się na przedawnionym rozkładzie. Prawdopodobnie łęg na wiosnę znowu zostanie doszczętnie zalany i przeprawa do okolicznych posesji będzie możliwa jedynie przy użyciu łodzi. Ale czy ktoś będzie potrafił się tym nasycić? Czy ktoś pójdzie tam, żeby zamoczyć nogi i wpuścić do płuc kawałek tego przedziwnego powietrza? Maleńki wycinku ziemi – jestem twoim synem wytrąconym z krajobrazu. Jestem twoją pocztówką z pozdrowieniami. Jestem twoim słowem, kiedy znowu nie mogę zasnąć. Wystarczy tylko krok, żeby wszystko zaprzepaścić.

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s