Daria Danuta Lisiecka – W bieli

Dławię się bielą, która nie jest tu niczym obrus świąteczny, ale jawi się jako całun, który zatyka usta, nos, dusi nagłą lawiną, grzebiąc wybory i nadzieje.
Gawrony znaczą białe pola tysiącem śladów – symboli wszystkich kultur, stąd rysunek ich zagmatwany, nieczytelny, niejasny. Tajemniczy komunikat z Wieży Babel.
Miasteczko wcześnie kładzie się spać, owijając pierzynami, kocami, gasząc wcześnie światła w oknach. Miasteczko, które im bardziej czujesz się stąd, tym bardziej obcym cię czyni. Różnisz się barwą swetra, włosów, głosu, konstrukcją zdań, które wypowiadasz, melodią piosenki, którą nucisz pod nosem wracając ciemną ulicą.
Miasteczko patrzy za tobą trop w trop. Stygmatyzuje.
W brzezinie nieopodal piramidy Hrabiego T. Zaskakuje mnie świeży przypływ bieli. Grube płatki – puch ze skrzydeł spóźnionego anioła spadają na włosy, na twarz, chłodzą powieki. Połykam je łapczywie. Bałwochwalcza komunia.
Głos Montserat Figueras przypiera do skały nad urwiskiem, gna na oślep starymi uliczkami Lizbony, kołuje pod sklepieniami mrocznych kościołów, zawłaszcza przestrzeń. W tle chór – zbiorowy świadek, komentator prawdy i piękna.
Rubinowe krople na dnie kieliszka. Kot w oknie. Zaczarowany. Wpatrzony w granat obłoków nad białą ziemią. Cichnąca mantra wschodzącej nocy.

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (VI)

Co tu robisz, chłopcze?

Do mieszkania na Widnichowskiej trafiłem przypadkiem. Cień miał klucze od właścicieli, potrzebowaliśmy gdzieś się zamelinować. Na dworze było za zimno, w Satelicie zbyt tłoczno, do Edenu droga daleka. Mieszkanie należało do braci Zet., odziedziczyli je po dziadku. Nie znam detali, wiem jedynie, że zostało sprzedane jakiś czas temu nieprzyzwoicie tanio. Znajdował się w nim jeden pokój, łazienka i kuchnia. W pokoju stało trochę starych mebli, brudny tapczan, rozpadający się fotel, stolik nocny, na nim lampka. O ścianę oparte było półtorametrowe lustro. Do kuchni ledwo dało się wejść, ponieważ cała była zagracona. Upchnięto tam chyba wszystko, co nie zmieściło się w piwnicy lub czego nie udało się wynieść na śmietnik. Pamiętam rowery, sterty zbutwiałych butów, rzędy butelek po alkoholach, zardzewiałe gary. Rury ciągnęły się nad zlewem i dalej za ścianą rozgałęziały się. Łazienka wyglądała jak szkielet od wewnątrz. Zresztą w całym mieszkaniu można było poczuć się jak w żołądku kogoś, kto się bardzo źle odżywia. Za opłakany stan miejscówki odpowiedzialni byli sami bracia Zet., którzy postanowili wykorzystać spadek dla potrzeb nieustających imprez. Gdy ma się siedemnaście lat, nietrudno o dobre miejsce do picia, jednak klucze do pustego, niezamieszkanego lokum, zapewniały dach nad głową i coś miękkiego do siedzenia. Przez jakiś czas dzielnica oglądała przeróżne towarzystwo w postaci nieszczęśliwców, marihuanistów, punków, dilerów, ściemniaczy, początkujących muzyków, początkujących poetów, dresiarzy, po prostu nastolatków, a policyjny kogut nieraz rozświetlał ciemne podwórko pod blokiem. Klucze do Widnichowskiej w pewnym momencie wymknęły się z rąk braci Zet. i zaczęły krążyć po ludziach, którzy potrzebowali nie przebywać we własnych domach. Macio opowiadał, że policja nękała go nawet wtedy, gdy siedział grzecznie u rodziców przed telewizorem, podczas gdy kilka kilometrów dalej odbywał się niekontrolowany zlot dzikich lokatorów, o którym huczało całe centrum. Oczywiste było, że taki proceder musi zostać w trybie natychmiastowym ukrócony. Zanim to jednak nastąpiło, przeżyłem samotnie noc na lepiącym tapczanie, skulony, okryty zakurzonym kocem. Nigdy wcześniej ani później nie czułem się bardziej opuszczony, chociaż jak się pisze, to poczucie osamotnienia ma się z urzędu.

Z Cieniem mieliśmy pomysł na kilka scen do filmu o człowieku, który traci osobowość i zaczyna się multiplikować. Miały mu się przydarzać incydenty w stylu: kot dzwoniący do niego domofonem. Roboczy tytuł – „Nocą w starej kamienicy”. Pokłosie Lyncha i Bergmana, mniejsza z tym. Zabrałem do szkoły kamerę i po lekcjach zaczęliśmy kręcić najpierw na mieście, dopóki nie wyczerpał się akumulator, potem przenieśliśmy się na Widnichowską. Tam chcieliśmy sfilmować monumentalną sekwencję, w której główny bohater, grany swoją drogą przez Cienia, opowiada Szatanowi swój bajeczny sen rozgrywający się w dworku szlacheckim. Szatanem miał być Darek. Specjalnie na tę noc zatrzymał się u przyjaciółki. Dotarł do nas późnym wieczorem, kiedy mieliśmy już kilka fajnych ujęć, a stół zdobiły opróżnione butelki wina. Sfilmowaliśmy go z balkonu, jak wychodzi z mroku i przemierza krótki oświetlony odcinek chodnika. W tej złowrogiej ciszy można było niemal usłyszeć alkohol, który przelewał się w naczyniach wypełniających plecak Darka. Nasz Szatan musiał być filozofem, nikt nie potrafiłby lepiej tego zagrać. Nakręciliśmy ekstremalnie długą scenę, w której bohater opowiada sen, potem wstaje i zaczyna chodzić po mieszkaniu. Wszędzie widzi swoje sobowtóry. Jedyne światło pochodzi od lampki ustawionej przy czerwonej zasłonie. Cały kadr jest czerwony. Telewizor emituje zakłócenia. Transfokacja. Zaczyna się trans. „Nocą w starej kamienicy trzech szaleńców pije krew” – słowa wypowiadane przez Maestro, mistrza ceremonii, który wyłania się z ciemności klatki schodowej. Akcja (jaka akcja?) przenosi się do mieszkania, które w owym czasie wynajmowała Agata. Widać jak się budzimy, przecieramy oczy, podnosimy z podłogi. Zostawiamy inne śpiące ciała i wychodzimy na dwór. Jest trzecia albo czwarta nad ranem, noc się przerzedza. W kolejnym ujęciu Cień i Darek niosą wina w reklamówce. Z głośników leci „Early To Bed” Morphine’y. Cień przechyla otwartą butelkę i pijąc wykonuje ruchy trębacza. Kot umyka z drogi i znika za garażami. Gdy się pisze, droga do nocnego to rytuał.

Pomieszałem ujęcia z kilku różnych lat, bo uświadamiają mi z całą stanowczością, że nawet gdy byliśmy razem, byliśmy samotni. Samotność wymaga pielęgnacji podobnie jak małżeństwo. Wiedział o tym bohater „Auto Da Fe”. Można powiedzieć, że był ekspertem w tej dziedzinie. Żaden smutek nie przebije nauki biednego Kiena. Srogie oblicze losu objawiło mu się w najgorszy możliwy sposób, czyli pod postacią kobiety o jakże stanowczo brzmiącym imieniu – Teresa, metodycznie obdzierając go z samotności. Czy można sobie wyobrazić coś gorszego, niż konieczność wchodzenia w relacje społeczne? Kien ma bodaj przez ułamek dnia wrażenie, że oto otwiera się na świat ludzi, który być może zaoferuje mu coś więcej, czego nie znalazł w księgach. Chwilę potem Canetti przechyla wiadro podłości, chciwości, lepiącej namiętności, jakiejś nieposkromionej głupoty człowieczej, która dosłownie zmiata z powierzchni globu wątłego starca oraz przy okazji kilku innych nieszczęśliwców. Płakać mi się chce, gdy o tym myślę. No po prostu czasami można zobaczyć w oczach sąsiadów prawdziwą tragedię, rozgoryczenie i niezdecydowanie, jakby desperackie zawodzenie „nie tego chciałem, to nie moje życie!”. Zdrada to w ich słowniku najlepiej opisane hasło. Swoją drogą, kto żyje swoim życiem? Jeśli ktoś kiedyś chciałby rozpatrywać bezwzględność literatury (nie spodziewam się tego po moich sąsiadach), powinien przede wszystkim przeanalizować wątek garbatego karła i porażającą scenę, w której garbu zostaje pozbawiony. Garb w tym przypadku to oczywiście symbol głupoty. W wieku czternastu lat byłem prawie tak stary jak Kien. Poza bzdurnymi książkami niewiele się dla mnie liczyło. Niezmiernie poukładany i zdyscyplinowany, ostrożny w wypowiadaniu czegokolwiek, ale stanowczy w osądach, cierpiałem z samotności. Po latach – w miarę postępującego dziecinnienia – doceniłem jej grozę oraz nade wszystko zbawienność. Zaniedbana może doprowadzić cię na skraj, ale starannie pielęgnowana – pomoże ci przetrwać najgorsze. Nie potrafię normalnie funkcjonować w społeczeństwie mając w pamięci garbusa z „Auto Da Fe”. Mimo to każdego dnia mówię do was i wy mówicie do mnie. Musiałbym przeczytać inskrypcję na swoim nagrobku, żeby sprawdzić, czy dobrze udaję. Komunikowanie się jest mniej lub bardziej do czegoś potrzebne, pod warunkiem, że się pisze.

„Potem ja też zacząłem pisać i między swoje wdzięczne wersy, feeryczne i agresywne, wtrącałem niekiedy jakiś niezrozumiały, jakby podyktowany mi przez kogoś passus, który, gdy go czytałem ponownie, przerażał mnie jak spełniająca się przepowiednia”. Jestem pewny, że gdzieś już przywoływałem ten akapit z „Olśniewającego” Cartarescu. W pierwszej chwili mieszkanie braci Zet. zrobiło na mnie jak najgorsze wrażenie. Lecz nadawało się do filmu. Nawet dzisiaj, gdy oglądam te kilka nikomu niepotrzebnych scen, jest mi nieprzyjemnie, jakbym uczestniczył w teatrzyku sparciałych kukieł albo żelaznych golemów. Wiem, że pod powłoką skrzywionych ruchów, tych śmiesznie „granych” min, jest cała metafizyka, egocentryczne uniwersum, do którego droga jest już zamknięta. Obraz zawsze zwraca się ku obiektywowi, jest mu coś winien. Kamienica w kadrze sprzed dziesięciu lat może być oczywiście wspaniałą pamiątką architektoniczną i historyczną, ale nadto przypomina o bezdomności tego, kto kadrował. Opowiedziany lub zapisany sen, który odtwarza się po latach, jest czaszką suma przytwierdzoną do drewienka, kawałkiem szkieletu, nic ponad to. Trudno nawet przypomnieć sobie, z jakiego powodu było to całe poruszenie, gdy ojciec przyniósł rybę do domu. Na Widnichowskiej filmowaliśmy dopóki nie skończył się alkohol. Potem zostałem sam. Dom moich rodziców, w którym wtedy mieszkałem, znajdował się 20 kilometrów w kierunku Siedlec i nie było żadnej możliwości, żeby się do niego dostać. Przynieś mi rano klucze, powiedział Cień. Cześć. Bałem się zasnąć. Usiadłem pod oknem, zapaliłem papierosa i zacząłem się wpatrywać w światła latarni. Latarnie na zadupiach mają inną, niż w miastach, poświatę. Jest to poświata wymowna, jedyna, przypisana do iluminowanego kadru, który staje się święty dla obserwującego. Olśniewający. „I rzeczywiście – siedząc tak po nocach na skrzyni, ze stopami na kaloryferze, nie tylko ja kontemplowałem miasto, ale i ono mnie szpiegowało, i ono śniło o mnie, i ono ekscytowało się mną; było niczym innym jak substytutem mojego żółtego fantomu, który przyglądał mi się z okna, gdy zapalałem światło”. Czułem wyraźnie (być może podobnie jak Cartarescu), że tajemnicza istota opanowała uśpione Miasto (miasteczko było wtedy Miastem) i czeka, aż zamknę oczy (ja – ostatni, który nie śni), by się wedrzeć do tej rudery i wyrwać mi serce, wątrobę, nerki, narządy, wszystko. Zostawić wypatroszonego. Przemykałem niekiedy pod garażami jak zaszczuty pies, wiem o czym mówię. Gdy się pisze, naturę bezpańskiego psa ma się we krwi.

Pewnej zimowej nocy postać wybiega z bloku, przedziera się przez zaspy. Jest tak biało, że ledwo można dostrzec zapisane kartki papieru, wyfruwające spod płaszcza uciekiniera. Od razu rozpływają się w kałużach. Tak się zaczyna ta historia.

30-01-2011

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Artur Nowaczewski – biały

jeden z białych, a więc jeden z mrowia –
bez twarzy (biali są wszyscy prawie jednakowi,
noszą takie same twarze i kapelusze
kilkorga imion). więc biały powiadam bez imienia
liczny jak źdźbła traw kołyszące się na prerii
śpiewa sam siebie – jakąś białą pieśń:
o swej białej kobiecie, z którą mieć będą dzieci,
swój biały dom. tak śpiewa biały człowiek,
zwyczajnie radosny biały człowiek o swojej
niebiałej skórze o tym że nie ma kolorów skór —
wyobraź sobie śpiewa że nie ma
krainy wiecznych łowów, to nic
nie ma złych duchów tylko obłoki nad nami
dzisiaj wszyscy jesteśmy biali, nie mamy
swoich plemion to proste. wyobraź sobie
wszyscy palimy zielę pokoju,
wyobraź sobie że nie masz swojego wigwamu,
mustanga i wiary – śpiewa biały człowiek

i mówi jak mam żyć

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Rafał Derda – biały

za każdym razem gdy wciskasz klawisz
wprowadzasz w przestrzeń kartki nieznośny dualizm.

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Weronika Murek – król, pan, pat

Starannie zamknął drzwi i zszedł dwa piętra niżej. Nie był pewien, czy światło zgasił w łazience, więc na chwilę przystanął.
Czy jest sens, myślał, wracać się, raz jeszcze przez to wszystko przechodzić; drzwi dociskać, klucz przekręcać, zasuwka na górze, zasuwka na dole? I wszystko to po to tylko by się ostatecznie przekonać, że tak, pogasił.
Bo był raczej pewien, że zgasił. Nie pamiętał tego, co prawda, lecz to, że nie pamiętał, nic jeszcze nie znaczy: zgasił być może machinalnie, bezmyślnie zgasił; codziennie rano gasił, więc zgasił i teraz.
Choć takie światło, myślał, nie jest przecież darmo.
Gdyby chociaż zamontował – a myślał o tym często, a jakże – żarówkę energooszczędną, wtedy być może strata nie byłaby tak dotkliwa. Nie ma jednak co gdybać.
Zawrócę, powiedział sobie, ostatni raz to zrobię, ale zawrócę. Od jutra jednak trzeba będzie coś wymyślić, nie może być wszak tak, by poważny inżynier z byle powodu się spóźniał do pracy.
Teczkę postawił sztywno obok siebie, sam zaś jeszcze na chwilę zastygł. Rozważał wszystko. Wtem usłyszał rosnący dźwięk kroków; ktoś prędko i rytmicznie wspinał się po schodach.
Znowu, pomyślał, trzeba się będzie komuś kłaniać. (Zaraz się za tą myśl zganił.)
Na schodach pojawił się król. Nie był to byle król, rzecz jasna, był to król jak się patrzy – w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, z futrzanymi lamówkami i w złotej koronie.
Co znowu, pomyślał pan Patataj, chwycił prędko teczkę, usuwając ją z drogi.
Król zignorował go. Szedł przed siebie, nie rozglądał się na boki; wpadł niemalże na pana Patataja i przeszedł dalej, nic przy tym nie mówiąc. Oczy miał puste, nieruchome, twarz ściągniętą i bladą.

Patataj, ogromnie poruszony, stał w ciemności klatki schodowej, nasłuchując w milczeniu królewskich kroków. Król wspinał się coraz wyżej i stukot cichł miarowo.
Był to król, czy nie, myślał sobie pan Patataj. I zaraz się zganił: cóż król, w dodatku tak odświętnie ubrany, miałby robić w kamienicy pana Patataj? Dokąd właściwie idzie taki król, chyba nie przed siebie?
(Przed siebie nie, pomyślał po chwili, tym bardziej, że szedł przecież w górę).
Przetrawiał to wszystko przez moment, po czym drgnął gwałtownie i pobiegł piętro wyżej. Po królu nie było ani śladu.
– Ale co to za bieganie – powiedziała sąsiadka, która, jak się okazało, tkwiła schowana za uchylonymi drzwiami. – Jezu, spać nie można.
– Spać – powtórzył pan Patataj, poprawił czapeczkę.
Powiedzieć, nie mówić?
I co, powie, co z tego? Powie: widziałem króla, szedł tędy. Czy pani także widziała go? (Tak powie.) Ale nie, ona wtedy pomyśli (a skoro pomyśli, to wszędzie rozpowie), że białe się staremu Patatajowi przywidziały myszy. Heleno, to rośnie (usłyszał w głowie cienki, jazgotliwy głos sąsiadki), Heleno, tego nie widać, ale to rośnie; od białych myszy do białego króla.
Na kłamcę wyjdzie, na wariata, na najgorszego z sąsiadów.
Milczał znowu.
– Szedł tędy ktoś – odezwał się w końcu. – Kto w normalnych warunkach nie powinien iść. Szedł tędy.
– Kto szedł? – zapytała sąsiadka. – U nas nikogo nie było. Ty kogoś, Józku – odwróciła się do męża, schowanego za jej plecami – ty kogoś widziałeś? Kogoś, kto szedł tędy, choć nie powinien iść?
– Przychodzą, łobuzy – odezwał się mąż. – Po kolędzie, przed kolędą. Bez przerwy przychodzą.
– O króla mi chodzi – wyjaśnił pan Patataj. – Jak zawsze wychodziłem do pracy i jak nigdy wcześniej króla spotkałem na schodach.
– Króla – powtórzyła sąsiadka. Drzwi zaskrzypiały, szpara zmniejszyła się.
– Takiego jak w filmach. W płaszczu, berle, koronie. Wspinał się po schodach, szturchnął mnie, przechodząc.
– Pan mu najwyraźniej stanąłeś na drodze – odparł sąsiad, próbując dopchać się do drzwi. Szpara znowu powiększyła się. – Dzisiaj ludzie nie mają żadnego lęku przed majestatem.
– Co za bzdura – powiedziała sąsiadka. – Po schodach! Król powinien jeździć windą.
– No właśnie – podchwycił sąsiad. – Dlaczego król nie jeździ windą, dlaczego tak jest?
– Czytałem o tym gdzieś – odparł pan Patataj. – U Tomasza Manna.
Sąsiedzi umilkli.
– U nas go nie było – odparła w końcu sąsiadka. – Chyba byśmy coś wiedzieli.
– Musiał iść do pana – dodał sąsiad. – Musiał iść piętro wyżej, a nad nami, o ile pamiętam, już tylko pan.
– Tak – powiedział Pan Patataj. – Ale ja się królów nie spodziewam, ja do pracy wychodzę.
– Taka miła niespodzianka – odezwała się sąsiadka nieprzyjaźnie. – Gdyby tak do każdego przychodził król, proszę pana! Niestety – dodała i obraziła się – nie każdy ma szczęście powiedzieć tak o sobie, nie każdego, proszę pana, trafia taki zaszczyt.
– Gdybym ja króla przyjmował – zaczął sąsiad, ale rozmyślił się. Trzasnęły drzwi i pan Patataj stał znowu sam w mroku klatki schodowej. Z ociąganiem zaczął wspinać się na ostatnie piętro.
Spodziewał się zastać króla pod drzwiami do mieszkania, pomyślał: znajdę go i zrugam, wszystko wytłumaczę, powiem: Wasza Wysokość musi to zrozumieć, wszyscy jesteśmy przecież ludźmi pracy.

Króla pod drzwiami jednak nie zastał, drzwi za to – tak pieczołowicie zamknięte (co sami widzieliśmy na początku historii) teraz były uchylone, tak, że przepuszczały wąziutką smużkę światła.
Dlaczego, myślał pan Patataj, zbliżając się do drzwi (o, jak mu serce biło!) dlaczego to wszystko musi się właśnie mnie przytrafić? Dlaczego, kurwa, tak jest? Dlaczego nie tym z dołu?
Szerzej otworzył drzwi: w przedpokoju paliło się światło, tak samo – w łazience.
No, powiedział sobie, pięknie. Teraz się już nie dojdzie, czy faktycznie zgasiłem, czy on, ten król, powłączał, czy może wyszedłem, wyłączyć zapomniwszy.
– Hej, hej – powiedział. Jak idiota się poczuł, natychmiast zamilkł. Przeszedł do dużego pokoju: zasłonki zastał rozsunięte, okno otwarte, (a zamykał je przecież, to jedno wiedział na pewno,) zbliżył się do niego i wyjrzał ostrożnie.
Król leżał na śniegu, w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, ale bez korony; korona musiała w chwili upadku odskoczyć, potoczyła się bowiem aż na chodnik i co rusz ktoś ją trącał. Ręce miał rozrzucone na boki, przy twarzy zaś rosła plama krwi.
– O Jezu, Jezu – powiedział pan Patataj, odruchowo cofnął się i schował za zasłonkę. Chwilę się zastanawiał, po czym wyjrzał raz jeszcze. – Kto mi teraz udowodni, że to nie ja, że nie ja króla wypchnąłem? Zapytają: co robił król w pańskim mieszkaniu? Jak to możliwe, że wszedł tutaj pod pańską nieobecność? Dlaczego ze wszystkich podłych spelunek, król wybrał akurat pańskie mieszkanie? I po co to wszystko? Dlaczego akurat mnie to spotkało? Człowiek prosty nie jest gotowy na takie zaszczyty.
Zaczął płakać, na początku żałośnie, wniebogłosy, potem opadł z sił i ledwo tylko kwilił, kryjąc twarz w zasłonce.
Nie dotrę, powiedział sobie oddychając z trudem i podnosząc zapłakaną twarz ku słońcu, nie dotrę do pracy. Dzisiaj już na pewno nie, jutro raczej nie, może potem, ale i na to nie ma już pewności.
I w tej samej chwili zobaczył strażników zmierzających ku niemu od strony ulicy.
Chwilę jeszcze stał bez ruchu, po czym drgnął i zamknął okno, drzwi, zasunął zasłony i zebrawszy w sobie jeszcze resztki męstwa, postanowił łatwo się nie poddać
(czuł jednak, że walka ta jest już przegrana.)

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Radek Sobotka – niebo jak oparzony płat czołowy

różowe strzelają żyłki dalej (tylko lekko)
pomarańczowozłote źdźbła jeszcze fantomy
chmur może i słońce ta cynobrewa ślicznotka

przedmieścia plejady choćby las strzelam
sobie człapaniem porośnięty mchem tam tam
samotny sandał gniazda larw biała
paproć na paproci kleszcze powija

powietrze sine i świeże jak ślina te ptaki
za miastem prawie jak motyle
pył z galaktyk czy wierzę

w dobrych dusz zmartwychwstanie
dajcie je w pulchne ciałka

materie niepomarszczone

poznałem jacoba jordaensa
i mu zazdroszczę

nic więcej nie opowiem

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Jakub Antolak – czas – litania

czas imieniem Henryk
Chodzący Na Szczudłach pali na środku blatu
stosy zapałek, a jednym z płomyków chce podpalić
brodę dziadka, bo na zewnątrz pada, a wszystko nie do rymu.
czas uparty jak para buńczucznych osłów z immunitetem,
mocny jak herbata Lipton. wytrwały jak doba,
rok, wiek, era. czas, który mnie ignoruje, bo zamiast dać
kopniaka, żebym w końcu odezwał się do ciebie, doradza
tytuły piosenek. czas na osłodę, jak batonik Mars,
klejący karmelem moment do momentu, składający
się z liter powszechnie uznawanych za obraźliwe.
czas głośny jak torebka w rękach dziecka,
przechadzający się nocą po Marszałkowskiej, w ciemnym palcie,
dotykający palcami policzków. dokuczliwy jak egzema i powtarzający
„Love”. czas „osiem po dziewiątej” jako przypomnienie, ile go z tobą
spędziłem: dłużej – na odległość, sporo krócej – razem.
czas, który wzywam, żeby przyszedł po mnie,

czas, który się dłuży w oczekiwaniu.

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/