Weronika Murek – król, pan, pat

Starannie zamknął drzwi i zszedł dwa piętra niżej. Nie był pewien, czy światło zgasił w łazience, więc na chwilę przystanął.
Czy jest sens, myślał, wracać się, raz jeszcze przez to wszystko przechodzić; drzwi dociskać, klucz przekręcać, zasuwka na górze, zasuwka na dole? I wszystko to po to tylko by się ostatecznie przekonać, że tak, pogasił.
Bo był raczej pewien, że zgasił. Nie pamiętał tego, co prawda, lecz to, że nie pamiętał, nic jeszcze nie znaczy: zgasił być może machinalnie, bezmyślnie zgasił; codziennie rano gasił, więc zgasił i teraz.
Choć takie światło, myślał, nie jest przecież darmo.
Gdyby chociaż zamontował – a myślał o tym często, a jakże – żarówkę energooszczędną, wtedy być może strata nie byłaby tak dotkliwa. Nie ma jednak co gdybać.
Zawrócę, powiedział sobie, ostatni raz to zrobię, ale zawrócę. Od jutra jednak trzeba będzie coś wymyślić, nie może być wszak tak, by poważny inżynier z byle powodu się spóźniał do pracy.
Teczkę postawił sztywno obok siebie, sam zaś jeszcze na chwilę zastygł. Rozważał wszystko. Wtem usłyszał rosnący dźwięk kroków; ktoś prędko i rytmicznie wspinał się po schodach.
Znowu, pomyślał, trzeba się będzie komuś kłaniać. (Zaraz się za tą myśl zganił.)
Na schodach pojawił się król. Nie był to byle król, rzecz jasna, był to król jak się patrzy – w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, z futrzanymi lamówkami i w złotej koronie.
Co znowu, pomyślał pan Patataj, chwycił prędko teczkę, usuwając ją z drogi.
Król zignorował go. Szedł przed siebie, nie rozglądał się na boki; wpadł niemalże na pana Patataja i przeszedł dalej, nic przy tym nie mówiąc. Oczy miał puste, nieruchome, twarz ściągniętą i bladą.

Patataj, ogromnie poruszony, stał w ciemności klatki schodowej, nasłuchując w milczeniu królewskich kroków. Król wspinał się coraz wyżej i stukot cichł miarowo.
Był to król, czy nie, myślał sobie pan Patataj. I zaraz się zganił: cóż król, w dodatku tak odświętnie ubrany, miałby robić w kamienicy pana Patataj? Dokąd właściwie idzie taki król, chyba nie przed siebie?
(Przed siebie nie, pomyślał po chwili, tym bardziej, że szedł przecież w górę).
Przetrawiał to wszystko przez moment, po czym drgnął gwałtownie i pobiegł piętro wyżej. Po królu nie było ani śladu.
– Ale co to za bieganie – powiedziała sąsiadka, która, jak się okazało, tkwiła schowana za uchylonymi drzwiami. – Jezu, spać nie można.
– Spać – powtórzył pan Patataj, poprawił czapeczkę.
Powiedzieć, nie mówić?
I co, powie, co z tego? Powie: widziałem króla, szedł tędy. Czy pani także widziała go? (Tak powie.) Ale nie, ona wtedy pomyśli (a skoro pomyśli, to wszędzie rozpowie), że białe się staremu Patatajowi przywidziały myszy. Heleno, to rośnie (usłyszał w głowie cienki, jazgotliwy głos sąsiadki), Heleno, tego nie widać, ale to rośnie; od białych myszy do białego króla.
Na kłamcę wyjdzie, na wariata, na najgorszego z sąsiadów.
Milczał znowu.
– Szedł tędy ktoś – odezwał się w końcu. – Kto w normalnych warunkach nie powinien iść. Szedł tędy.
– Kto szedł? – zapytała sąsiadka. – U nas nikogo nie było. Ty kogoś, Józku – odwróciła się do męża, schowanego za jej plecami – ty kogoś widziałeś? Kogoś, kto szedł tędy, choć nie powinien iść?
– Przychodzą, łobuzy – odezwał się mąż. – Po kolędzie, przed kolędą. Bez przerwy przychodzą.
– O króla mi chodzi – wyjaśnił pan Patataj. – Jak zawsze wychodziłem do pracy i jak nigdy wcześniej króla spotkałem na schodach.
– Króla – powtórzyła sąsiadka. Drzwi zaskrzypiały, szpara zmniejszyła się.
– Takiego jak w filmach. W płaszczu, berle, koronie. Wspinał się po schodach, szturchnął mnie, przechodząc.
– Pan mu najwyraźniej stanąłeś na drodze – odparł sąsiad, próbując dopchać się do drzwi. Szpara znowu powiększyła się. – Dzisiaj ludzie nie mają żadnego lęku przed majestatem.
– Co za bzdura – powiedziała sąsiadka. – Po schodach! Król powinien jeździć windą.
– No właśnie – podchwycił sąsiad. – Dlaczego król nie jeździ windą, dlaczego tak jest?
– Czytałem o tym gdzieś – odparł pan Patataj. – U Tomasza Manna.
Sąsiedzi umilkli.
– U nas go nie było – odparła w końcu sąsiadka. – Chyba byśmy coś wiedzieli.
– Musiał iść do pana – dodał sąsiad. – Musiał iść piętro wyżej, a nad nami, o ile pamiętam, już tylko pan.
– Tak – powiedział Pan Patataj. – Ale ja się królów nie spodziewam, ja do pracy wychodzę.
– Taka miła niespodzianka – odezwała się sąsiadka nieprzyjaźnie. – Gdyby tak do każdego przychodził król, proszę pana! Niestety – dodała i obraziła się – nie każdy ma szczęście powiedzieć tak o sobie, nie każdego, proszę pana, trafia taki zaszczyt.
– Gdybym ja króla przyjmował – zaczął sąsiad, ale rozmyślił się. Trzasnęły drzwi i pan Patataj stał znowu sam w mroku klatki schodowej. Z ociąganiem zaczął wspinać się na ostatnie piętro.
Spodziewał się zastać króla pod drzwiami do mieszkania, pomyślał: znajdę go i zrugam, wszystko wytłumaczę, powiem: Wasza Wysokość musi to zrozumieć, wszyscy jesteśmy przecież ludźmi pracy.

Króla pod drzwiami jednak nie zastał, drzwi za to – tak pieczołowicie zamknięte (co sami widzieliśmy na początku historii) teraz były uchylone, tak, że przepuszczały wąziutką smużkę światła.
Dlaczego, myślał pan Patataj, zbliżając się do drzwi (o, jak mu serce biło!) dlaczego to wszystko musi się właśnie mnie przytrafić? Dlaczego, kurwa, tak jest? Dlaczego nie tym z dołu?
Szerzej otworzył drzwi: w przedpokoju paliło się światło, tak samo – w łazience.
No, powiedział sobie, pięknie. Teraz się już nie dojdzie, czy faktycznie zgasiłem, czy on, ten król, powłączał, czy może wyszedłem, wyłączyć zapomniwszy.
– Hej, hej – powiedział. Jak idiota się poczuł, natychmiast zamilkł. Przeszedł do dużego pokoju: zasłonki zastał rozsunięte, okno otwarte, (a zamykał je przecież, to jedno wiedział na pewno,) zbliżył się do niego i wyjrzał ostrożnie.
Król leżał na śniegu, w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, ale bez korony; korona musiała w chwili upadku odskoczyć, potoczyła się bowiem aż na chodnik i co rusz ktoś ją trącał. Ręce miał rozrzucone na boki, przy twarzy zaś rosła plama krwi.
– O Jezu, Jezu – powiedział pan Patataj, odruchowo cofnął się i schował za zasłonkę. Chwilę się zastanawiał, po czym wyjrzał raz jeszcze. – Kto mi teraz udowodni, że to nie ja, że nie ja króla wypchnąłem? Zapytają: co robił król w pańskim mieszkaniu? Jak to możliwe, że wszedł tutaj pod pańską nieobecność? Dlaczego ze wszystkich podłych spelunek, król wybrał akurat pańskie mieszkanie? I po co to wszystko? Dlaczego akurat mnie to spotkało? Człowiek prosty nie jest gotowy na takie zaszczyty.
Zaczął płakać, na początku żałośnie, wniebogłosy, potem opadł z sił i ledwo tylko kwilił, kryjąc twarz w zasłonce.
Nie dotrę, powiedział sobie oddychając z trudem i podnosząc zapłakaną twarz ku słońcu, nie dotrę do pracy. Dzisiaj już na pewno nie, jutro raczej nie, może potem, ale i na to nie ma już pewności.
I w tej samej chwili zobaczył strażników zmierzających ku niemu od strony ulicy.
Chwilę jeszcze stał bez ruchu, po czym drgnął i zamknął okno, drzwi, zasunął zasłony i zebrawszy w sobie jeszcze resztki męstwa, postanowił łatwo się nie poddać
(czuł jednak, że walka ta jest już przegrana.)

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s