Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (VI)

Co tu robisz, chłopcze?

Do mieszkania na Widnichowskiej trafiłem przypadkiem. Cień miał klucze od właścicieli, potrzebowaliśmy gdzieś się zamelinować. Na dworze było za zimno, w Satelicie zbyt tłoczno, do Edenu droga daleka. Mieszkanie należało do braci Zet., odziedziczyli je po dziadku. Nie znam detali, wiem jedynie, że zostało sprzedane jakiś czas temu nieprzyzwoicie tanio. Znajdował się w nim jeden pokój, łazienka i kuchnia. W pokoju stało trochę starych mebli, brudny tapczan, rozpadający się fotel, stolik nocny, na nim lampka. O ścianę oparte było półtorametrowe lustro. Do kuchni ledwo dało się wejść, ponieważ cała była zagracona. Upchnięto tam chyba wszystko, co nie zmieściło się w piwnicy lub czego nie udało się wynieść na śmietnik. Pamiętam rowery, sterty zbutwiałych butów, rzędy butelek po alkoholach, zardzewiałe gary. Rury ciągnęły się nad zlewem i dalej za ścianą rozgałęziały się. Łazienka wyglądała jak szkielet od wewnątrz. Zresztą w całym mieszkaniu można było poczuć się jak w żołądku kogoś, kto się bardzo źle odżywia. Za opłakany stan miejscówki odpowiedzialni byli sami bracia Zet., którzy postanowili wykorzystać spadek dla potrzeb nieustających imprez. Gdy ma się siedemnaście lat, nietrudno o dobre miejsce do picia, jednak klucze do pustego, niezamieszkanego lokum, zapewniały dach nad głową i coś miękkiego do siedzenia. Przez jakiś czas dzielnica oglądała przeróżne towarzystwo w postaci nieszczęśliwców, marihuanistów, punków, dilerów, ściemniaczy, początkujących muzyków, początkujących poetów, dresiarzy, po prostu nastolatków, a policyjny kogut nieraz rozświetlał ciemne podwórko pod blokiem. Klucze do Widnichowskiej w pewnym momencie wymknęły się z rąk braci Zet. i zaczęły krążyć po ludziach, którzy potrzebowali nie przebywać we własnych domach. Macio opowiadał, że policja nękała go nawet wtedy, gdy siedział grzecznie u rodziców przed telewizorem, podczas gdy kilka kilometrów dalej odbywał się niekontrolowany zlot dzikich lokatorów, o którym huczało całe centrum. Oczywiste było, że taki proceder musi zostać w trybie natychmiastowym ukrócony. Zanim to jednak nastąpiło, przeżyłem samotnie noc na lepiącym tapczanie, skulony, okryty zakurzonym kocem. Nigdy wcześniej ani później nie czułem się bardziej opuszczony, chociaż jak się pisze, to poczucie osamotnienia ma się z urzędu.

Z Cieniem mieliśmy pomysł na kilka scen do filmu o człowieku, który traci osobowość i zaczyna się multiplikować. Miały mu się przydarzać incydenty w stylu: kot dzwoniący do niego domofonem. Roboczy tytuł – „Nocą w starej kamienicy”. Pokłosie Lyncha i Bergmana, mniejsza z tym. Zabrałem do szkoły kamerę i po lekcjach zaczęliśmy kręcić najpierw na mieście, dopóki nie wyczerpał się akumulator, potem przenieśliśmy się na Widnichowską. Tam chcieliśmy sfilmować monumentalną sekwencję, w której główny bohater, grany swoją drogą przez Cienia, opowiada Szatanowi swój bajeczny sen rozgrywający się w dworku szlacheckim. Szatanem miał być Darek. Specjalnie na tę noc zatrzymał się u przyjaciółki. Dotarł do nas późnym wieczorem, kiedy mieliśmy już kilka fajnych ujęć, a stół zdobiły opróżnione butelki wina. Sfilmowaliśmy go z balkonu, jak wychodzi z mroku i przemierza krótki oświetlony odcinek chodnika. W tej złowrogiej ciszy można było niemal usłyszeć alkohol, który przelewał się w naczyniach wypełniających plecak Darka. Nasz Szatan musiał być filozofem, nikt nie potrafiłby lepiej tego zagrać. Nakręciliśmy ekstremalnie długą scenę, w której bohater opowiada sen, potem wstaje i zaczyna chodzić po mieszkaniu. Wszędzie widzi swoje sobowtóry. Jedyne światło pochodzi od lampki ustawionej przy czerwonej zasłonie. Cały kadr jest czerwony. Telewizor emituje zakłócenia. Transfokacja. Zaczyna się trans. „Nocą w starej kamienicy trzech szaleńców pije krew” – słowa wypowiadane przez Maestro, mistrza ceremonii, który wyłania się z ciemności klatki schodowej. Akcja (jaka akcja?) przenosi się do mieszkania, które w owym czasie wynajmowała Agata. Widać jak się budzimy, przecieramy oczy, podnosimy z podłogi. Zostawiamy inne śpiące ciała i wychodzimy na dwór. Jest trzecia albo czwarta nad ranem, noc się przerzedza. W kolejnym ujęciu Cień i Darek niosą wina w reklamówce. Z głośników leci „Early To Bed” Morphine’y. Cień przechyla otwartą butelkę i pijąc wykonuje ruchy trębacza. Kot umyka z drogi i znika za garażami. Gdy się pisze, droga do nocnego to rytuał.

Pomieszałem ujęcia z kilku różnych lat, bo uświadamiają mi z całą stanowczością, że nawet gdy byliśmy razem, byliśmy samotni. Samotność wymaga pielęgnacji podobnie jak małżeństwo. Wiedział o tym bohater „Auto Da Fe”. Można powiedzieć, że był ekspertem w tej dziedzinie. Żaden smutek nie przebije nauki biednego Kiena. Srogie oblicze losu objawiło mu się w najgorszy możliwy sposób, czyli pod postacią kobiety o jakże stanowczo brzmiącym imieniu – Teresa, metodycznie obdzierając go z samotności. Czy można sobie wyobrazić coś gorszego, niż konieczność wchodzenia w relacje społeczne? Kien ma bodaj przez ułamek dnia wrażenie, że oto otwiera się na świat ludzi, który być może zaoferuje mu coś więcej, czego nie znalazł w księgach. Chwilę potem Canetti przechyla wiadro podłości, chciwości, lepiącej namiętności, jakiejś nieposkromionej głupoty człowieczej, która dosłownie zmiata z powierzchni globu wątłego starca oraz przy okazji kilku innych nieszczęśliwców. Płakać mi się chce, gdy o tym myślę. No po prostu czasami można zobaczyć w oczach sąsiadów prawdziwą tragedię, rozgoryczenie i niezdecydowanie, jakby desperackie zawodzenie „nie tego chciałem, to nie moje życie!”. Zdrada to w ich słowniku najlepiej opisane hasło. Swoją drogą, kto żyje swoim życiem? Jeśli ktoś kiedyś chciałby rozpatrywać bezwzględność literatury (nie spodziewam się tego po moich sąsiadach), powinien przede wszystkim przeanalizować wątek garbatego karła i porażającą scenę, w której garbu zostaje pozbawiony. Garb w tym przypadku to oczywiście symbol głupoty. W wieku czternastu lat byłem prawie tak stary jak Kien. Poza bzdurnymi książkami niewiele się dla mnie liczyło. Niezmiernie poukładany i zdyscyplinowany, ostrożny w wypowiadaniu czegokolwiek, ale stanowczy w osądach, cierpiałem z samotności. Po latach – w miarę postępującego dziecinnienia – doceniłem jej grozę oraz nade wszystko zbawienność. Zaniedbana może doprowadzić cię na skraj, ale starannie pielęgnowana – pomoże ci przetrwać najgorsze. Nie potrafię normalnie funkcjonować w społeczeństwie mając w pamięci garbusa z „Auto Da Fe”. Mimo to każdego dnia mówię do was i wy mówicie do mnie. Musiałbym przeczytać inskrypcję na swoim nagrobku, żeby sprawdzić, czy dobrze udaję. Komunikowanie się jest mniej lub bardziej do czegoś potrzebne, pod warunkiem, że się pisze.

„Potem ja też zacząłem pisać i między swoje wdzięczne wersy, feeryczne i agresywne, wtrącałem niekiedy jakiś niezrozumiały, jakby podyktowany mi przez kogoś passus, który, gdy go czytałem ponownie, przerażał mnie jak spełniająca się przepowiednia”. Jestem pewny, że gdzieś już przywoływałem ten akapit z „Olśniewającego” Cartarescu. W pierwszej chwili mieszkanie braci Zet. zrobiło na mnie jak najgorsze wrażenie. Lecz nadawało się do filmu. Nawet dzisiaj, gdy oglądam te kilka nikomu niepotrzebnych scen, jest mi nieprzyjemnie, jakbym uczestniczył w teatrzyku sparciałych kukieł albo żelaznych golemów. Wiem, że pod powłoką skrzywionych ruchów, tych śmiesznie „granych” min, jest cała metafizyka, egocentryczne uniwersum, do którego droga jest już zamknięta. Obraz zawsze zwraca się ku obiektywowi, jest mu coś winien. Kamienica w kadrze sprzed dziesięciu lat może być oczywiście wspaniałą pamiątką architektoniczną i historyczną, ale nadto przypomina o bezdomności tego, kto kadrował. Opowiedziany lub zapisany sen, który odtwarza się po latach, jest czaszką suma przytwierdzoną do drewienka, kawałkiem szkieletu, nic ponad to. Trudno nawet przypomnieć sobie, z jakiego powodu było to całe poruszenie, gdy ojciec przyniósł rybę do domu. Na Widnichowskiej filmowaliśmy dopóki nie skończył się alkohol. Potem zostałem sam. Dom moich rodziców, w którym wtedy mieszkałem, znajdował się 20 kilometrów w kierunku Siedlec i nie było żadnej możliwości, żeby się do niego dostać. Przynieś mi rano klucze, powiedział Cień. Cześć. Bałem się zasnąć. Usiadłem pod oknem, zapaliłem papierosa i zacząłem się wpatrywać w światła latarni. Latarnie na zadupiach mają inną, niż w miastach, poświatę. Jest to poświata wymowna, jedyna, przypisana do iluminowanego kadru, który staje się święty dla obserwującego. Olśniewający. „I rzeczywiście – siedząc tak po nocach na skrzyni, ze stopami na kaloryferze, nie tylko ja kontemplowałem miasto, ale i ono mnie szpiegowało, i ono śniło o mnie, i ono ekscytowało się mną; było niczym innym jak substytutem mojego żółtego fantomu, który przyglądał mi się z okna, gdy zapalałem światło”. Czułem wyraźnie (być może podobnie jak Cartarescu), że tajemnicza istota opanowała uśpione Miasto (miasteczko było wtedy Miastem) i czeka, aż zamknę oczy (ja – ostatni, który nie śni), by się wedrzeć do tej rudery i wyrwać mi serce, wątrobę, nerki, narządy, wszystko. Zostawić wypatroszonego. Przemykałem niekiedy pod garażami jak zaszczuty pies, wiem o czym mówię. Gdy się pisze, naturę bezpańskiego psa ma się we krwi.

Pewnej zimowej nocy postać wybiega z bloku, przedziera się przez zaspy. Jest tak biało, że ledwo można dostrzec zapisane kartki papieru, wyfruwające spod płaszcza uciekiniera. Od razu rozpływają się w kałużach. Tak się zaczyna ta historia.

30-01-2011

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s