Marcin Muth – Młotek bezpieczeństwa

W pociągu było nieznośnie gorąco, ponieważ nie był wyposażony ani w system klimatyzacji ani w komplet sprawnych okien. Sprawnych, znaczy takich, które dałoby się otworzyć bez używania twardego narzędzia. Aby bowiem zdesperowani podróżni nie wybijali szyb, obsługa pociągu usunęła wszystkie młotki bezpieczeństwa. Skwar się lał z nieba, pot się lał z podróżnych, przepisy bezpieczeństwa nie były zachowane.

Gustaffson próbował nie zwracać na to wszystko uwagi. Wczepił się oboma rękoma w poły rozłożonej gazety, a wzrokiem szukał uparcie artykułu na tyle interesującego, aby pozwolił mu zapomnieć o tym gdzie jest, co robi i dokąd zmierza. Artykuły jakoś wyjątkowo go nie interesowały, ale z doświadczenia wiedział, że czasami z pozoru nieciekawy tekst, w miarę lektury zamienia się w prawdziwą przygodę intelektualną.

Zatrzymał ostatecznie spocony wzrok na biografii jednego z naszych największych partyzanckich wodzów. Wojna ma swoją dynamikę, pomyślał, podróż szybciej zejdzie. Tymczasem pociąg złośliwie nie przyspieszał, wolno telepiąc się po wielkopolskiej równinie w stronę Dolnego Śląska. Partyzancki wódz właśnie zaczynał swoją odyseję po lasach Kielecczyzny, a pociąg minął Czempiń.

Wagon był z siedzeniami lotniczymi. To znaczy jedne za drugimi dwufotelowe rzędy wlokły się od początku do końca korytarza. Gustaffson lubił takie wagony, bo skutecznie ograniczały pole społecznej interakcji. Gdy się wsiadało do wagonu z przedziałami sześcio lub nawet ośmioosobowymi, to się miało właściwie jak w banku, że ktoś się będzie zaprzyjaźniał. Ludzie tam siedzą naprzeciw siebie i zawsze się jakiś animator zagajacz trafi.

W dużych, otwartych przedziałach, prawdopodobieństwo spotkania animatora malało, a już siedzenie naprzeciw niego było szczęśliwie wykluczone. Mógł spryciarz zająć miejsce jedynie obok Gustaffsona. Jedno jedyne miejsce, które pozwalało na dialog z Gustaffsonem siedzącym przy oknie, za którym płaska jak stół Wielkopolska stepowiała pod wpływem silnie operującego słońca. Kiedy na miejscu obok usiadła drobna blondynka, Gustaffson odetchnął z ulgą.

Blondynki były zazwyczaj Gustaffsonowi absolutnie obojętne. Drobne blondynki już w ogóle nie wzbudzały jego zainteresowania. Co więcej, jak notował w pamięci, często bardzo bywały te drobne blondynki nieśmiałe, co ułatwiało ich niezauważanie. Podróż zatem zapowiadała się nieznośnie ze względu na skwar i wrażenie tłoku, ale znośnie, jeśli chodzi o towarzystwo. Drobna blondynka nie zabierze dużo tlenu, nie wciśnie łokcia między żebra i nie zaśnie z rodziawioną japą, z której cieknie ślina.

Gorąco było nie do zniesienia. Słońce nagrzało metalową konstrukcję jak czajnik. W środku chlupotała woda cieknąca z gotujących się pasażerów. Śmierdziało parującymi chemikaliami, których ludzie używają w celach higienicznych oraz ozdobnych. W normalnych warunkach stwarzają wrażenie schludności, a może nawet atrakcyjności. Jednak w pociągu polskich kolei, zmieniały stan skupienia nader szybko i w sposób, by tak rzec, słabo zorganizowany. Skraplały się, mieszały z potem, parowały, mieszały z innymi mieszaninami i znowu skraplały. Ogólnie śmierdziały.

Na szczęście podróżni tego nie czuli, ponieważ nie od dziś wiadomo, że człowiek zanużony w syfie, traci tyle wyczucia smrodu, na ile sam śmierdzi. Gdyby jednak ktoś wszedł do wagonu, musiałby poczuć fetor jak w owczarni. Gustaffson tak przynajmniej sądził, ponieważ owczarnia to było coś najbardziej śmierdzącego, co w życiu miał okazję poczuć. Jako dziecko miał uczulenie na brzydkie zapachy. Rozbolewała go głowa i rzygał. Między Kościanem a Lesznem przyszedł konduktor.

Przypominał wieloryba z trudem meandrującego między ławicami ryb. Rozgarniał niezdarnymi płetwami gęstą maź, która powstała z potu podróżnych, ich mokrych oddechów oraz używanych przez nich kosmetyków. Sapał przy tym głośniej niż parowa lokomotywa i żądał biletów z niecierpliwą stanowczością, jakby uprzedzając ewentualne pretensje pod adresem panującej w wagonie temperatury. Drobna blondynka obok nie miała biletu, więc zmusiła wieloryba do nie lada wysiłku, polegającego na ręcznym wypisaniu substytutu.

Gustaffson nie zwróciłby na to uwagi, bo zajęty był losami dzielnego wodza partyzanckiego, ale kobieta zwróciła się do niego o pomoc w potrzymaniu torebki, podczas gdy ona wielorybowi wyłoży żądaną kwotę. Gustaffson potrzymał torebkę niechętnie, ale nie okazywał tego. Oddał natychmiast, gdy kobieta otrzymała wilgotną od potu zieloną karteczkę z relacją, której żądała. Z niemałym żalem, Gustaffson zauważył, że jedzie podobnie jak on do Krakowa.

Ze zdwojonym zaangażowaniem rzucił się do czytania gazety, zostawiając pasażerkę z biletem, torebką i wdzięcznym wyrazem twarzy. Gustaffson nie wiedział, co ona sobie pomyślała, ale był pewien, że będą jakieś kłopoty z nią związane. Patrzyła bowiem na niego wzrokiem zainteresowanym. Nawet nie żeby w sposób jakoś erotyczny, czy coś takiego. Raczej rozpoznała w nim kogoś kim nie był, ale jej się wydawało, że na pewno nim jest.

Mogę pożyczyć jedną z gazet, zapytała w końcu. Jasne, odparł, podając jej sklejony wilgocią plik papieru. Nie są świeże, ale za to gęsto zapisane, zarekomendował. Porwała je łapczywie i zaczęła niecierpliwie przeglądać jakby czegoś szukała. Przez chwilę obserwował ją, zaskoczony zwierzęcym wręcz instynktem. Dziwny był pośpiech w jakim przeglądała gazety. Oczywiście nie wszystkich muszą interesować opisywane tam zagadnienia, ale można przecież cierpliwie poszukać jakiejś wciągającej opowieści o wodzu partyzanckim.

Najwyraźniej kobieta wzięła te gazety w jakimś innym celu. W ogóle ich nie czytała, tylko nerwowo przeglądała. Dziwne, pomyślał Gustaffson i wrócił do lektury. Za oknem pojawił się Rawicz z całym dobrodziejstwem. Nie zrobiło się ani trochę chłodniej. We Wrocławiu natomiast dreszcz przeszedł po spoconych plecach Gustaffsona. Kobieta zniknęła na chwilę, by powrócić ze stanowczym zagajeniem. Pan brał udział w medytacjach na Sławkowskiej! – stwierdziła tonem, jakim Brunner dekonspirował Klossa.

Nie, ależ skąd, nigdy nie brałem udziału w żadnych medytacjach – odpowiedział niemal zgodnie z prawdą Gustaffson. Kobieta spojrzała na niego z wyrzutem w formie zarzutu. Kłamca, mówiły jej oczy, dlaczego kłamiesz, nie mam złych zamiarów. Gustaffson zachodził w głowę, czemu w tym całym upale, jakaś kobieta chce mu wmówić udział w medytacjach na Sławkowskiej. Przypomniał sobie mniej więcej, gdzie jest Sławkowska i utwierdził się w przekonaniu, że mógł tam pić, jeść, rzygać może, siedzieć, gadać, przechodzić i nawiązywać znajomości, ale nie mógł brać udziału w niczym, co da się nazwać medytacjami.

Gdy wódz powstańczy przegrał powstanie warszawskie, a potem także nie doczekał się trzeciej wojny światowej, pociąg dojechał do Opola, gdzie bystry wzrok Gustaffsona wychwycił na peronie atrakcyjną kobietę ubraną w elegancką czerwoną sukienkę. Nogi miała długie, tyłek okrąglutki jak piłka do kosza, a piersi zdecydowane jak Nike. Do tego stała w przeuroczym cieniu. Wiało stamtąd orzeźwiającym chłodem. Lodowatym pięknem. Gapił się na nią z przyjemnością, rozmyślając o możliwościach jakie daje świeże powietrze.

Gdy tylko pociąg ruszył, apetyczna kobieta w czerwonym zniknęła bezpowrotnie, wróciła natomiast drobna, ale natrętna blondynka. Masz na imię Tomek, powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu. Nigdy nie miałem na imię Tomek, rozczarował ją szybko Gustaffson i jeszcze szybciej wrócił do swojej gazety, w której partyzancki wódz dostawał właśnie wpierdol od siepaczy bezpieki. Dolny Śląsk zamienił się w Górny. Jak on to robi, pomyślał Gustaffson, nie widząc za oknem żadnej różnicy.

Znudzony partyzantami, zmęczony upałem, postanowił pomedytować. Odpłynął natychmiast. Wznosił się powoli ponad ociekającym potem pociągiem i zawisnął kilkadziesiąt metrów nad ziemią, spoglądając smutno na wolno przesuwającą się po torach gąsienicę, z której wyjżała przez okno drobna, upierdliwa blondynka. Gustaffson miał na to wszystko wyjebane. Niech jedzie, niech się pyta, niech się poci. Sunął lekko nad broczącą węglem śląśką ziemią, myśląc, że może jakoś, przy sprzyjających wiatrach to się wszystko ładnie naprawi.

Nagle obudził go zimy metalowy przedmiot na czole. To był młotek bezpieczeństwa kierownika pociągu. Chudszego od poprzedniego. Stuknął delikatnie młotekim Gustaffsona, żeby zadać sakramentalne pytanie. Było sprawdzane? Tak, tak, było. Poszedł dalej, ale medytację diabli wzięli. Wyjął zatem Gustaffson zmiętą gazetę i powrócił do czytania. Koło Trzebini wódz partyzancki zapisał się do ZBOWiD-u. To już koniec, pomyślał Gustaffson i zamknął gazetę.

Blondynka wykorzystała moment i zwróciła się do niego po raz ostatni. Medytowałeś jednak, powiedziała. Tak, ale nie robię tego często i nigdy na Sławkowskiej. Nie jestem osobą której szukasz. Może jestem podobny fizycznie, ale na pewno nie mam na imię Tomek, dodał dla braku wątpliwości. Jesteś osobą, której szukam. Podobieństwo fizyczne nie ma znaczenia, odpowiedziała odwracając głowę. Obraziła się, pomyślał i rozpoczął kontemplację Zabierzowa.

Na dworcu w Krakowie rozstali się bez słowa. Zauważył, że nie była sama. Towarzyszył jej jakiś dziwny mężczyzna. Guru? Zastanowił się Gustaffson, ale poszedł. W domu otworzył plecak z gazetami i laptopem. Między jednym a drugim wsunięta była kartka z prośbą o kontakt i numerem telefonu. Spokojnie ją wygładził, po czym włożył między bajki.

/tekst sponsorują literki f,i,z,y,k,a,i,c,h,e,m,i,a/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s