Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (VII)

Tory! Tory! Tory!

Tory, zawsze tory, gdy próbuję sobie przypomnieć dokąd jechałem. Musiałem jechać, skoro widzę tory. Przez lata, kiedy samochód siłą rzeczy stał się jedynym środkiem transportu, pielęgnowałem pamięć o podróżach koleją, bo jedynie kolej potrafi wcisnąć ci ten obłędny obraz świata niczym za pociągnięciem pędzla na płótnie. Jedynie w pociągu można sensownie poczuć się częścią jakiejś większej całości, bo przedziały znoszą granice i akceptują wszelkie odmiany człowiecze. Tęskniłem do wagonów PKP szczerze i żarliwie, spędzając samotne godziny, setki godzin, za kółkiem trzynastoletniej hondy, która przy wyprzedzaniu ryczała jak zarzynana świnia. Kiedy próba mieszczańskiego stylu życia zakończyła się katastrofą, perspektywa posiadania samochodu wydała się idiotyczna. Coraz częściej więc zostawiam go na Wyspiańskiego pod domem i udaję się na dworzec, żeby razem z tymi wszystkimi smutnymi ludźmi podróżować z miasta do miasta. Tłoczymy się w korytarzach, rozpychamy w przejściach, zmuszamy do nadludzkiego wysiłku, by zachować jakieś normy i nie rzucić na siebie jak zaszczute psy. Sytuacja kolei w Polsce uległa w ostatnich latach dramatycznemu pogorszeniu, ale jedno się nie zmieniło – poczucie, że przedział, do którego wsiadłem pierwszy, należy do mnie. No i jeszcze szlugi, tradycyjnie, pali się po kiblach. Teraz ma to przynajmniej uzasadnienie. Nasze prostoduszne i głupkowate państwo o to zadbało.

Od zawsze marzyła mi się książka o kolei. Robiłem notatki, zapisywałem widoki, gromadziłem kolosalny materiał, całą śmierdzącą i olśniewającą epopeję ludzką na dziesiątkach karteluszek, biletów. Dzisiaj jednak rozumiem, że nigdy nie zamknę tego ani w jednym tomie, ani nawet w calej encyklopedii, bo zbyt łatwo rozdzierający, zachwycający lament zmienia się w radosny jarmark, lapidarną notatkę. Muszę ograniczyć się do chwiejnej pamięci. Do pamięci kurczącej się nieubłagalnie. Zostać z nią sam na sam, jedyne wyjście. Bo każda, nawet banalna podróż dajmy na to z Torunia do Ciechocinka, niechby w towarzystwie najwytworniejszej kompanii, wynosi mnie na nieboskłon samotności, otwiera długaśną drogę w rejony niedostępne dla człowieka w spoczynku. Żaden z tych obrazów nie układa się w porządek. Nie odpowiada na żadne pytanie. Nie definiuje, nie kategoryzuje. Po prostu jest ustępem z wielkiej niepisanej księgi czarów, która – gdyby tylko ją spisać – na papierze straci swoje magiczne właściwości. Kto zresztą zrozumie podróż drugiego człowieka? Dogłębnie, odpowiednio? To jak z opowiadaniem snów, które nikogo nie obchodzą, oprócz tych, którzy je wyśnili (wyjąwszy oczywiście sny Wiedemanna). Tak myślę, jednocześnie obracając w głowie widoki z okien śmierdzących przedziałów.

Pamiętam na przykład jazdę z Grudziądza do Torunia bladym świtem, kiedy to zbiegłem z obozu koncentracyjnego dla początkujących poetów – czytałem wówczas z przejęciem „Bieg zjazdowy” Majzla i zanotowałem ogrom słońca. Albo trasę Wrocław-Toruń, którą pokonywałem z Klementyną – śmialiśmy się bardzo dużo, jak nigdy dotąd, z jakiegoś powodu, nie pamiętam już. Albo podróż z Zakopanego do Małkini, sprzed kilkunastu już lat, z moją matką i zakonnicą, która dopytywała się, kim chcę zostać, jak będę już duży – odpowiedziałem wreszcie tej upartej, pogodnej kobiecinie, że zostanę sławnym pisarzem i zachleję się na śmierć. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć z czystym sumieniem, że robię wszystko, co w mojej mocy, żeby słowa dotrzymać, przy okazji spędzając setki kilometrów w korytarzach, śpiąc na manelach, śpiąc na stojąco. Pisania jest niewiele, ale czytania starczy na podróż do końca świata i z powrotem. Niezliczona ilość stron przewróconych w przejściach między wagonami. Normalni ludzie potrzebują czegoś do czytania w pociągu, żeby zabić nudę. Czytają więc kryminały i harlequiny, tak zwaną „literaturę pociągową”, która podobno jest w „sam raz”. Niepojęte, że komuś chce się marnować czas na coś, na czym mu nie zależy. Każda literatura nadaje się do pociągu, a najbardziej kanoniczna, trudna. W drodze sprawdza się jej wiarygodność, w drodze sprawdza się skuteczność wierszy. Bo pociąg jest środekiem transportu dla melancholików, którzy nie mają kiedy czytać. Trudno o lepsze miejsce do studiowania filozofów i pielęgnowania mizantropii.

Tym bardziej trudno o lepsze miejsce do zrozumienia Canettiego: „Najlepiej siedzi się wśród ludzi, których się nigdy więcej nie zobaczy, i można zniesć ich dopóty, dopóki się wierzy, że nigdy nic nam nie zrobią”. Zazdroszczę tym, którym dane są trasy rzadko uczęszczane, zapomniane, ale jeszcze jakimś cudem obsługiwane przez kolej. Czym się różni pragnienie posiadania przedziału na własność od chęci posiadania własnego domu? Dla ludzi takich jak ja – bez adresu zameldowania, bez nieruchomości za rogiem, bez rodziny – niczym. Co prawda ciężko byłoby zmieścić w nim przeklęty księgozbiór (którego należy się czym prędzej pozbyć, o czym napiszę w przyszłości), ale wystarczy stolik, żeby postawić butelkę wódki i rozdać karty. Jedno miejsce dla ciebie, pozostałe dla widm. Przedział (dla palących!) spowity secesyjnymi nitkami dymu. Za oknem puchaty garb Syberii albo po prostu pryszczate plecy Mazowsza – wielka niespełniona obietnica. Pamiętam naszą podróż dryndą z Hajnówki na Siemianówkę. Silnik darł się w niebogłosy, a dla nas liczyło się tylko „tu i teraz”. Ewidentnie podróżowaliśmy do celu, ale chcieliśmy, żeby nigdy nie został osiągnięty. W zawieszeniu jest cała poezja tego świata. Do stacji docelowej docieramy niepełni, czegoś nam brakuje. Odzyskamy to dopiero, kiedy znowu wskoczymy do ostatniego nocnego ekspresu w kierunku domu, którego nie mamy. Po drodze wszystko się może zdarzyć. Jesteśmy zwolnieni z obowiązku wyboru, nie mamy wyjścia, mityczny hamulec bezpieczeństwa jak zwykle pozostanie nietknięty, nie odważymy się, a może po prostu nie będziemy chcieli, sprawdzić co też mogłoby się stać. Wielka niespełniona obietnica. Prawda, siostro?

Nie pamiętam pierwszego samochodu w rodzinie, pamiętam za to pierwsze podróże koleją z moją matką. A to nad morze, a to w góry, a to do Białegostoku, a to do Warszawy. Od wczesnego dzieciństwa wpajano mi silne opozycje: góra – dół, prawo – lewo. Niepotrzebne były samochody, autobusy, żeby z naszego miasteczka dostać się w dowolne miejsce. No, może oprócz Ostrowi (tam było liceum), tam jedynie autobus. Kiedyś była linia. Pozostał po niej opuszczony dworzec PKP i zarośnięty peron, na którym piło się wino. A u nas? U nas poważny węzeł kolejowy między wschodem a zachodem. Punkcik na mapie, gdzie kończy się jedno, zaczyna drugie. Granicę wyznaczała rzeka. Już o tym pisałem, nie będę się powtarzał. Dziwnie było przejść most siedlecki i wylądować niezwłocznie na niemal zapadłych podlaskich wiochach. Ludziom tam dziwnie z oczu patrzało. Jakoś ich więcej przed domami stało, niż gdzie indziej. Ostatnio zapuściłem się w te rejony z ciekawości, żeby zobaczyć, co zrobili z mostem, przez który jeździły i pociągi, i samochody. Ruch mógł się odbywać tylko w jednym kierunku na raz. Klasyczna wojskowa robota. Nie został po niej nawet ślad. Teraz piękny asfalt, lśniąca konstrukcja, nawet byś nie wiedział, że jesteś już po drugiej stronie, gdyby nie droga. Bowiem po drugiej stronie droga od razu się rozpada, kurczy, jakby dokładnie tędy można było dostać się na sam koniec. Ale dalej jest jeszcze Treblinka. Jakieś trzy godziny marszu wzdłuż torów, o ile dobrze pamiętam. Może cztery. Do Treblinki chodziliśmy raz do roku, by w tamtejszych kamieniołomach spędzić noc, a potem wracaliśmy wyczerpani śpiąc w marszu, podczas gdy boskie stworzenie budziło się do życia. Ten obraz na zawsze pozostanie w mojej pamięci i nie przestanę go pielęgnować, bowiem tory zostały zerwane, nie ma mowy o powrocie.

Dlaczego mówię o torach? Ponieważ dopiero co przeczytałem w pociągu pierwsze polskie tłumaczenie najważniejszej książki Kerouaca (przynajmniej według jego samego) “Big Sur” oraz dlatego, że rozpadło się moje małżeństwo, podczas którego podróżowanie koleją zeszło na dziesiąty plan i właściwie każda nasza wspólna wyprawa pociągiem (jeśli już do niej dochodziło) była wyprawą małżeńską, a jest to zupełnie coś innego, wierzcie mi, wiem co mówię. Zabawne, że z ostatnich wydarzeń potrafię ułożyć piękny obrazek, w którym kolejne fakty układają się w srodze logiczną całość, jakby nie było szansy na inny rozwój wypadków, niż ten jedyny słuszny, jedyny przeznaczony. Co za koszmar! Cóż, takie są skutki Wielkiego Wybuchu. Tak czy inaczej, najjaśniejszy fragment tej układanki jest taki, że to właśnie Kerouac (oraz oczywiście ty, księżycowa siostro) wyciągnął mnie z odmętów rozpaczy za pomocą dwóch męskich zdań (akurat nie z „Big Sur”): „Wyszedłem właśnie z ciężkiej choroby, o której nie chce mi się nawet wspominać, poza tym, że w pewnym stopniu złożyły się na nią potwornie męczące rozejście się z żoną i moje poczucie, że wszystko skończone. Wraz z przyjazdem Deana Moriarty’ego zaczął się nowy rozdział mojego życia, który można by nazwać życiem w drodze”. Rozumiecie to? – „ciężkiej choroby, o której nie chce mi się nawet wspominać”! Cała głębia i czerń studni zamknięta, a właściwie szlachetnie pominięta, w TAKIM zdaniu. Zobaczyłem swoje odbicie w tym akapicie niczym w lustrze wody. Dotarło do mnie, że błędem jest próba opisania rozpaczy, bo rozpacz jest nieogarniętym zawieszeniem. Rozpacz się przemilcza. Można o niej opowiedzieć dopiero jak się nauczy o niej kłamać. Wówczas można ją zrelacjonować jako podróż.

„Big Sur” to smutna książka, o czym wiedziałem jeszcze zanim ją przeczytałem. To jest powieść o stacji pośredniej, na której siedzi się zbyt długo. Na tyle długo, by uznać ją za kres. Są zdania, których nie powinno się rozwijać, ponieważ im dłużej obraca się je w ustach, tym więcej znaczą. Każde dopowiedzenie będzie zaciemniało, myliło tropy. Kerouac podjął się desperackiej próby wyjaśnienia swojej drogi. Nie mógł inaczej, to oczywiste, w końcu był sobą. Choroba „o której nie chce [mu] się nawet wspominać” jest teraz moją chorobą. Marzę, żeby się z niej kompletnie wyspowiadać, w twojej chatce, nad rzeką. Jeszcze raz. A potem położyć się na torach (na wskroś „pisarski” gest). Kolej mnie wydała na świat, więc niech w godzinę śmierci przyjmą mnie jej koła.

/tekst sponsorują literki p,a,p,i,e,r/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s