Marcin Bies – Pęto piętna

Na trzydzieste urodziny dał sobie wymarzony prezent: własny pokój. Mieszkanie wynajął z bratem i starszym kolegą rozwodnikiem. Okoliczności sprzyjały. W pracy szło dobrze, do tego otrzymał skromny kredyt. I stało się: oto miał swój pierwszy w życiu własny kąt.
Wcześniej bywało różnie. Z domu musiał wybyć bodaj jako dziewięciolatek. Macocha pod nieobecność ojczyma przetrąciła mu kilka kosći i zrzuciła ze schodów ze słowami na ustach:
Nigdy tu nie wracaj.
To zdanie zapamiętał dokładnie jak imię. Wiele razy potem tak na niego wołano.
Pałętał się zatem po mieście, mieszkał kątem u różnych ludzi, dobrych i złych, i ani dobrych, ani złych.
Dorósł.
Poznał kogoś.
Postanowił się osiedlić.
Być na swoim.
A być na swoim to znaczy dać pole do manewru złu.
Złu w formie osobowej, osobistemu złu.
Które w tym przypadku przybrało postać zdania: nigdy tu nie wracaj.

Jak już wnieśli wszystkie przedmioty, ciężkie i lekkie, duże i małe, odetchnęli z ulgą i zapalili po papierosie.
Czwarte piętro.
Wysoko.
Dobrze.
Och, jak dobrze.
Nikt tu nie wejdzie.
Nikt tu nie dotrze.
Nie dopadnie żadna choroba.
Domofon jest, drzwi solidne.
A na dole skrzynka na listy!
Będą tylko pisać listy.
Co u nich słychać, czy poznali kogoś, jak im się pracuje.
A jak wszystko będzie gotowe, to urządzi nie lada prywatkę!

Tapczan jest, może nie tak solidny jak drzwi, ale własny. Trzeba wiedzieć jak się ułożyć, bo wystają dwa bolce. Jeden na środku, drugi w południowej części. Ale on i osoba, którą poznał, która dzielić z nim będzie ten tapczan, wie. Więc nie ma problemu.
Tapczan to jest epicentrum własnego kąta.
Kąta za nagrodę.
Za trzydzieści lat udręki coś się należy.
Bujda.
Nic się nie należy.

Gówno się należy.
Na parkingu pod sklepem natknął się na bezdomnego, ledwo żywego kota.
Przygarnął.
Pokochał.
Odrobaczył, zaszczepił.
Wykastrował.
Obok tapczanu postawił kuwetę i miseczki.
Postanowił dbać.

Skromnie, wręcz ubogo jak na polskie warunki, ale godnie postanowili żyć.
Zrobić coś ze swoim życiem.
Przecież za wcześnie, by umierać.
Nie, słowo śmierć to nie jest słowo, które będzie w tym domu stałym bywalcem.
Takie słowa źle wybrzmiewają we własnym kącie.
Kot się rozwijał. Zmieniła się pora roku.
Wszystko idzie ku dobremu.

Gówno idzie.
Z balkonu widać było wieże kilkunastu kościołów. Sklepy. Samochody. Kilka drzew. Czterdzieści tysięcy mieszkańców. Koty, psy i ptaki.
I osoba, którą poznał też chodzi po ulicach tego miasta.
Osoby, które kazały mu już nigdy więcej nie wracać również chodzą po ulicach tego miasta.
Policjanci patrolują ulice.
Pijacy piją w ukryciu.
Księża chodzą z ostatnim namaszczeniem, dzwonią domofony, melodie wybrzmiewają po raz ostatni.

Po prywatce na cześć własnego kąta pozostało kilka osób. Wśród nich performen, który odlał się na tapczan, drugi performen, który się wyrzygał w dużym pokoju, jeden muzyk i kilku innych, którym się zwyczajnie w życiu nie wiodło.
Osoba, którą poznał zgubiła się w tym tłumie, chyba poszła do łazienki z performerem lub muzykiem.
Jego łóżko było zajęte.
Coś go gryzło w środku, bardzo mocno. Poszedł do szpitala.

Okazało się, że to alergia na sierść kota i astma.
Nic poważnego.
Wróciwszy do domu poznał wiele nowych osób, spośród których większość okazała się być nowymi lokatorami.
Brat chodził ze zwieszoną głową.
Kolega rozwodnik przestał się odzywać.
Kot przeniósł się na balkon.
Alkohol lał się.

Siedział w kącie i wspominał. Wszystkie osoby, które kazały mu iść i nie wracać. Kobiety i mężczyźni. Starzy i młodzi. Mądrzy i głupi.
Kobiety i ładne, i brzydkie.
Choć w większości ładne.
Pieniądze mu się skończyły.
Och, człowiek denerwuje się bez pieniędzy.
Człowiek siedzi w kącie i się denerwuje.
Nikt nie chce dać mu papierosa.
Nikt nie chce dać mu czegoś do zjedzenia.
Był zły.

Przyszła wiosna. Coraz gorzej wiodło mu się w pracy. Żywił się już tylko zapachami i wspomnieniami o ludziach, którzy kazali mu iśc i nie wracać.
Ktoś dał mu papierosa i coś do jedzenia, pomyślał, że jakoś będzie.
Ale było coraz gorzej.
Coraz mniej było.

Chodził i prosił.
Bardzo nie chciał, żeby wiosna minęła.
Osoba, którą poznał wróciła z łazienki i powiedziała mu, że go kocha.
On także powiedział, że kochą tę osobę, bo co miał powiedzieć?

Że to wszystko jest żartem?
A jeśli jest, to zażartował mówiąc to trudne słowo?

Zaczął mieć problemy z alkoholem.
Ale któż nie ma?

Wyciągnąłem dłoń.
Natknąłem się na spojrzenie.
Idź stąd.

Bo przecież nie: zostań.
Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z faktu, że jest zbędna.
Cała ludzkość o tym nie wie.

Ale on wie.
Osoba, którą poznał też się zaczyna domyślać.

Osoba, którą poznał, postanowiła odejść. To jest bardzo mądre. Występuje wielka mądrość w umysłach kobiet, które odchodzą. O wiele większa niż pustka w umysłach tych, które zostają.

I wielka pustka w postaci tego, co zostaje sam.
Bo to jest już przedmiot. Z nim nie masz o czym gadać.

Ale wiosna była w pełni.
Osoba, którą poznał zmądrzała.
Dowiedziała się, z kim ma do czynienia. I mimo tego, że ją odprowadzał, zapraszał na kebaba, zabawiał anegdotami, przychodził na rodzinne schadzki, chodził z nią do kibla, to zrozumiała.

I mimo tego, że jego odprowadzała, zapraszała, chodziła, że nasłuchała się muzyki, zrozumiała.
I odeszła.

On usiadł i zaczął się kiwać.
Zmieniła się pora roku.
Powtarza: wróć!

/tekst sponsorują literki c,e,s,a,r,z/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s