Marcin Muth – Biedny bogaty człowiek

Byłem w jego gabinecie wtedy. Wtedy, gdy jego imperium miało przeprowadzić decydujący kontratak. Kontratak, który miał przywrócić dawną świetność. Świetność, w którą nie zwątpił tylko on. On – twórca imperium reklamowego rozciągającego swoje wpływy na cały kraj i działającego na wszelkich możliwych polach przekazu, nie wyłączając globalnej sieci, która niedawno zdobyła sporą popularność także w naszym kraju, podkopując jednocześnie pozycję tradycyjnych mediów, których wzorowe wykorzystanie zapewniło pozycję hegemona małej firmie stworzonej nie tylko na obrzeżach wielkiego świata, ale nawet na obrzeżach miasta, a można rzec, na obrzeżach obrzeży. Obrzeży urokliwych, ale zawsze obrzeży.

Pan Wacek, tak go bowiem zawsze nazywaliśmy, albowiem nie było nam wolno zwracać się do niego po imieniu. Po imieniu to będę do was mówił ja, a wy do mnie będziecie mówić „Panie Wacku”, wytłumaczył kiedyś współpracownikom. Współpracownikom, którzy zaliczali się do starej gwardii i mieli zaszczyt usłyszeć z ust Pana Wacka więcej niż ci, którzy dołączyli później. Ci, którzy dołączyli później musieli się zadowolić opowiadaniami starogwardzistów, którzy jednak argumenty Pana Wacka częstokroć przekręcali i dopasowywali do sowich potrzeb. Potrzeb, które rosły w miarę rozwoju imprerium a nie zmalały jakoś dziwinie, gdy imperium zaczęło się chylić ku upadkowi. Ku upadkowi, którego miałem stać się przypadkowym świadkiem.

Pan Wacek siedział naprzeciw mnie, patrząc głęboko w oczy. Oczy jego nie zdradzały żadnego stanu psychicznego tak jakby po prostu nic zza nich nie patrzyło na mnie. Mnie to fascynowało. Fascynowało szczególnie, bo znałem go od niedawna i to pierwszy raz kogoś takiego. Takiego nietuzinkowego. Nietuzinkowego nawet nie w sensie, że jakoś szczególnie potężnego czy predysponowanego do działań heroicznych czy coś. Coś było w nim raczej innego, niesłychanie ulotnego. Ulotnego jak nic. Nic nas nie powstrzyma, zobaczysz, dzisiejsze spotkanie to będzie początek odbudowy naszych wpływów, powiedział optymistycznie. Optymistycznie to znaczy z olbrzymią wiarą, że musi się udać. Musi się udać, bo przecież zawsze się udawało. Udawało się Panu Wackowi zdobywać klientów, którzy powierzali mu przeogromne budżety, dzięki którym on mógł rozmnażać ich klientów przy pomocy wyjątkowo skutecznych metod perswazyjnych.

Panie Wacku, jestem pewien, że wszystko pójdzie świetnie odbijecie się od dna. Odbijecie, powiedziałem, bo już wcześniej było wiadomo, że ja odchodzę. Odchodzę, bo nie złapałem chemii z Panem Wackiem i uległem podszeptom jego wrogów. Wrogów, których na własnej wątłej piersi wyhodował, karmiąc przez lata swoją próżność ich fałszywymi pochlebstwami, jednocześnie karmiąc ich bajkami o przyszłych sukcesach i wysokich apanażach. Apanażach, które zawsze zostawały tylko w jego ustach łapiących marzenia młodych ludzi jak siatka motyle kolorowe. Kolorowe było towarzystwo, które zgromadził wokół siebie, licząc, że znowu, jak niegdyś, poprowadzi je do sukcesów. Sukcesów, które jednak teraz były bardziej rojeniem wariata niż realną możliwością mogącą zajść w tym czasie i tej przestrzeni.

Malutki stryszek mieszczący serce agencji znajdował się dokładnie nad naszymi głowami i skrzypiał. Skrzypiał pod ciężarem goniących się po nim pracowników działu kreacji. Kreacji, która nigdy nie była znakiem rozpoznawczym firmy, ale ostatnio jakby zyskała na znaczeniu głównie ze względu na wycieńczające osłabienie innych działów. Innych działów było około pięciu. Około pięciu, bo nie wszystkie dawało się zidentyfikować czy też uzasadnić ich istnienie. Istnienie działu strategii i obsługi klienta z pewnością było niepodważalne, ale już w przypadku księgowości, kadr oraz fundacji trudno było wyznaczyć granice, a także znaleźć głębszy sens w działaniach jego pracowników. Pracowników pozostałych, tych wyraźniejszych, działów także trudno było przyłapać na robieniu czegokolwiek sensownego, w ich przypadku było to związane z polityką ich szefów, podczas gdy działy księgowości, kadr oraz fundacja stanowiły udzielne księstwo samego Pana Wacka, który uważał je za stragicznie podstawowe. Podstawowe, zapewniały bowiem byt nie tylko agencji, ale także innym częściom imperium, o których istnieniu wiedziałem bardzo niewiele, choć krążyły o nich fantastyczne legendy.

Jedna z legend mówiła na przykład o tym, że w skład imperium wchodzą nie tylko liczne firmy i firemki działające na pograniczu reklamy i marketingu, ale także niesłychanie intratne przedsięwzięcia Na Wschodzie oraz sieć sklepów spożywczych Maślanka jak i niezliczone osiedla mieszkaniowe coraz wyższej klasy na coraz głębszych peryferiach miasta. Miasta, które zdawało się dość rozwlekłe, by zmieścić mniej więcej milion osób zmuszonych do korzystania z towarów i usług, które Pan Wacek reklamował i sprzedawał, ale było zbyt małe, aby zmieścić ego Pana Wacka. Ego Pana Wacka, choć kompletnie puste w środku, to jednak ogromne było jak nie wiadomo co. Jak nie wiadomo co, bo nie ma rzeczy tak wielkiej, do której dałoby się je przyrównać. Przyrównać od biedy można je było jedynie do skąpstwa Pana Wacka. Skąpstwa Pana Wacka zaznało wielu jego współpracowników i podwładnych, którzy w pocie czoła budowali potęgę jego imperium, zorientowawszy się jednak, że nigdy nic z tego nie będą mieli poza wdzięcznością Pana Wacka, jak jeden mąż zabierali kawałki Pańskiego Wackowego królestwa i szli sobie.

Teraz ja też miałem pójść, bo nic to po mnie, myślałem. Myślałem tak, ale Pan Wacek myślał jednak inaczej. Inaczej, bo w głowie mu się nie mieściło, że ktoś może nie widzieć wszystkich wspaniałości jego imperium, przewag nad konkurencją i profitów wszelakich, jakie przecież obiecywał, pokazując prezentacje powerpointowe pełne zdjęć z ciepłych krajów oraz zawiłych teorii motywacyjnych, które wydawały się tyleż chytre, co naciągane. Naciągane były również argumenty, którymi próbował mnie przekonać do pozostania w firmie. W firmie mojej możesz liczyć na to, że jak będziesz miał sukces, to będziesz miał pieniądze. Pieniądze liczyły się dla Pana Wacka bardzo, z tym jednak zastrzeżeniem, że był pewien, iż wszystkie pieniądze powinny być w jego rękach i nie mógł pojąć, dlaczego inni ludzie chcą mu je zabrać. Zabrać jego pieniądze chcieli przede wszystkim jego pracownicy, ale nie tylko. Nie tylko, bo także państwo chciało je zabrać, konkurencja chciała je zabrać i klienci chcieli je zabrać najbardziej. Najbardziej chcieli je zabrać klienci, którzy bez Pana Wacka byliby nikim. Nikim jest ten drugi, do którego idziesz, on jest skończony, wyrwało się mu, gdy tak siedzieliśmy słuchając skrzypania strychu nad nami.

Nie ma ludzi skończonych i nieskończonych, odparłem, są tylko ludzie, których znam i których nie znam, a ja wolę raczej w tym przypadku wybrać tych, których nie znam. Nie znam drugiego tak upartego człowieka jak ty, odpowiedział niezniechęcony, to pewnie dlatego, że nie byłeś na spotkaniu, na którym pokazywałem prezentację. Prezentację pokazywaną na spotkaniu pracowników, którzy nie zdecydowali się jeszcze na odejście, znałem z opowieści. Opowieści mówiły o czymś tak dziwnym, że trudno było im dać wiarę, zwaliłem zatem ich treść na karb specyficznego poczucia humoru oraz zwyczaju nabijania się z dziwnych pomysłów Pana Wacka w taki sposób, że się je ubarwiało oraz hiperbolizowało bez umiaru. Umiaru jednak Pan Wacek nie znał chyba również, bo prezentacja, którą otworzył na swoim laptopie, który kosztował pewnie więcej niż wynosiły moje miesięczne zarobki, choć i tak zarabiałem prawie najlepiej spośród tych, którzy niczym tutaj nie zarządzali, a jedynie dokładali węgla do pieca ogrzewającego ego naszego słońca. Słońca było dużo w prezentacji, prawie na każdym slajdzie młodzi ludzie biegali w słońcu po plaży z deskami albo jeździli w słońcu na nartach albo ścigali się kabrioletami po słonecznych bulwarach.

Zaniemówiłem, widząc te wszystkie zdjęcia. Zdjęcia pokazywały bowiem najtańsze marzenie, jakie mogłem sobie wyobrazić, choć przecież dorastałem w siermiędze mrocznych lat 80. i badziewiu rozhulanych lat 90., a zatem nie miałem szczególnie kolorowych objawień na temat swojej przyszłości. Przyszłości jednak nie widziałem także w stockowych zdjęciach, które zaserwował mi człowiek, który myśli, że jeszcze nie raz rzuci świat na kolana. Kolana mi zmiękły z przerażania, gdy dodałem sobie to co widzę, to co słyszę i to co przeżyłem przez ostatnich kilka miesięcy, jakie przepracowałem w imperium. Imperium jawiło mię teraz niczym domek zbudowany nawet nie z klocków lego, ale takich drewnianych dla mniejszych dzieci, co się nie zczepiają a tylko układają. Układają się w głowie czasami obrazy, które wcześniej wyświetlały się we fragmentach, jakby się miało oczy zamknięte to z czego wynikają, z czym są połączone i do czego służą. Służą temu specjalne techniki zasłaniania obrazów, żeby się człowiek za szybko nie zorientował i nie uciekł gdzie bądź. Bądź poważny, powiedział Pan Wacek, nie odrzucaj przyszłości w imperium. Imperium dziś jest w kryzysie, ale za kilka lat, z Twoją pomocą, osiagiemy taki stan, że młodzi ludzie w knajpach będą rozmawiać o tym, że marzą o pracy u nas.

Nie lubię słońca, Panie Wacku, powiedziałem, i nie rozumiem dlaczego Pan mi to pokazuje. Pokazuje, Pan Wacek nie stosował raczej końcówek „ę” i „ą”, co było powodem wielu żartów, żeby pokazać, iż każdy w naszej firmie może spełnić swoje marzenia. Marzenia, Panie Wacku, mam inne, ale doceniam, że zechciał mi Pan pokazać swoją wizję przyszłości, z pewnością spodoba się ona wielu młodym i zdolnym ludziom. Ludziom, którzy pomogą Panu odbudować potęgę imperium, nad którym słońce nie zachodzi. Zachodzi jednak między nami pewna różnica w ocenie rzeczywistości, której nie możemy nie brać pod uwagę. Uwagę Pana Wacka przykuła accountka, jedna z dwóch, które zatrudnił niedawno w miejsce dwóch osób, które odeszły, honorowo nie zabierając z firmy niczego poza nieprzekonującym know-how oraz przekonaniem, że nie wrócą tu za żadne pieniądze. Pieniądze, Panie Wacku, potrzebuję na herbatniki dla Pana Szachraja, który dziś przyjeżdża na spotkanie. Spotkanie miało się odbyć za jakąś godzinę, skądinąd wiedziałem, że Pan Szachraj rozmawia równocześnie z osobami, które już opuściły imperium i prawdopodobnie będzie chciał to tak rozegrać, żeby dostać produkt, nie płacąc ani Panu Wackowi, ani tym, co chcą Pana Wacka jakby pominąć.

Accountka dostała pieniądze na herbatniki, Pan Wacek spojrzał na mnie. Mnie się zrobiło smutno, że mu odmawiam i jakby opuszczam w potrzebie, zostawiając na łaskę i niełaskę Szachraja. Szachraja, który jeździł jeszcze większym samochodem niż Pan Wacek, a także prawdopodobnie miał imperium większe niż Pan Wacek sobie wyobrażał, a wszystko tylko dzięki temu, że w odpowiednim miejscu i czasie miał odpowiednią ilość lat, tupetu oraz, co za tym idzie, dolarów. Dolarów, które gromadził na wycieczkach Orbisu, pracując jako pilot w latach 80. 80. lata to była kuźnia biznesmenów polskich, łza się w oku kręci, Pan Wacek się nie załapał na kuźnię, ale miał tyle szczęścia, że sie załapał na pierwsze lata dobrobytu. Dobrobytu, który wywindował go na niemal sam szczyt piramidy pokarmowej kapitalizmu. Kapitalizmu, który twarz miał niezbyt mądrą, niezbyt przenikliwą i niezbyt interesującą. Niezbyt interesującą jak cały Pan Wacek i jego imperium.

Biuro Pana Wacka to był najpyszniejszy pokój w kamienicy. Kamienicy jego. Jego bowiem było wszystko jak okiem sięgnąć. Sięgnąć po cokolwiek było jednak w gabinecie dość łatwo, bo nieduży był, choć mieścił imponujący stół i jeszcze biurko. Biurko nie musiało być duże, bo Pan Wacek był raczej nikczemny wielkością. Wielkością grzeszyły natomiast meble, które pomieściłyby pewnie ega większe od mojego czy, trudno w to uwierzyć, Pana Wackowego, jak choćby Szachraja ego. Ego, okazuje się, często idzie w parze. W parze z powodzeniem. Powodzeniem też Pan Wacek grzeszył. Grzeszył, bo kobiety się wprost na niego rzucały. Rzucały wszystko, bo widziały w nim coś, czego nie dostrzegali ludzie małej wiary.

Wpatrywałem się po raz już ostatni w oczy Pana Wacka, próbując sobie odpowiedzieć, co ja tam właściwie widzę? Widzę, myślę, że to nie jest szaleństwo, to nie jest geniusz, bo gdzieżby tam geniusz, to nie jest też paranoja, inna choroba nie. Nie, to jest coś bliskiego absolutnej pustce, przezroczystej, nieskończonej, nieuchwytnej pustce. Pustce, której można nadać nazwę, ale musiałaby to być nazwa zupełnie nowa. Nowa jak…. Jak pan tego nie czuje to pan tego nie zrobi, przeszedł nagle na „pan” i przerwał mi tok myśli. Myśli się rozsypały, ja się zacząłem zbierać do wyjścia. Wyjścia, przez które weszła jedna z dwóch nowych accountek z herbatnikami. Herbatnikami z cukrem godnymi nowej lepszej sprawy. Sprawy się tak poukładały, że nie miałem skosztować ani jednego.

/tekst sponsorują literki c,e,s,a,r,z/

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s