Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (VII)

Tory! Tory! Tory!

Tory, zawsze tory, gdy próbuję sobie przypomnieć dokąd jechałem. Musiałem jechać, skoro widzę tory. Przez lata, kiedy samochód siłą rzeczy stał się jedynym środkiem transportu, pielęgnowałem pamięć o podróżach koleją, bo jedynie kolej potrafi wcisnąć ci ten obłędny obraz świata niczym za pociągnięciem pędzla na płótnie. Jedynie w pociągu można sensownie poczuć się częścią jakiejś większej całości, bo przedziały znoszą granice i akceptują wszelkie odmiany człowiecze. Tęskniłem do wagonów PKP szczerze i żarliwie, spędzając samotne godziny, setki godzin, za kółkiem trzynastoletniej hondy, która przy wyprzedzaniu ryczała jak zarzynana świnia. Kiedy próba mieszczańskiego stylu życia zakończyła się katastrofą, perspektywa posiadania samochodu wydała się idiotyczna. Coraz częściej więc zostawiam go na Wyspiańskiego pod domem i udaję się na dworzec, żeby razem z tymi wszystkimi smutnymi ludźmi podróżować z miasta do miasta. Tłoczymy się w korytarzach, rozpychamy w przejściach, zmuszamy do nadludzkiego wysiłku, by zachować jakieś normy i nie rzucić na siebie jak zaszczute psy. Sytuacja kolei w Polsce uległa w ostatnich latach dramatycznemu pogorszeniu, ale jedno się nie zmieniło – poczucie, że przedział, do którego wsiadłem pierwszy, należy do mnie. No i jeszcze szlugi, tradycyjnie, pali się po kiblach. Teraz ma to przynajmniej uzasadnienie. Nasze prostoduszne i głupkowate państwo o to zadbało.

Od zawsze marzyła mi się książka o kolei. Robiłem notatki, zapisywałem widoki, gromadziłem kolosalny materiał, całą śmierdzącą i olśniewającą epopeję ludzką na dziesiątkach karteluszek, biletów. Dzisiaj jednak rozumiem, że nigdy nie zamknę tego ani w jednym tomie, ani nawet w calej encyklopedii, bo zbyt łatwo rozdzierający, zachwycający lament zmienia się w radosny jarmark, lapidarną notatkę. Muszę ograniczyć się do chwiejnej pamięci. Do pamięci kurczącej się nieubłagalnie. Zostać z nią sam na sam, jedyne wyjście. Bo każda, nawet banalna podróż dajmy na to z Torunia do Ciechocinka, niechby w towarzystwie najwytworniejszej kompanii, wynosi mnie na nieboskłon samotności, otwiera długaśną drogę w rejony niedostępne dla człowieka w spoczynku. Żaden z tych obrazów nie układa się w porządek. Nie odpowiada na żadne pytanie. Nie definiuje, nie kategoryzuje. Po prostu jest ustępem z wielkiej niepisanej księgi czarów, która – gdyby tylko ją spisać – na papierze straci swoje magiczne właściwości. Kto zresztą zrozumie podróż drugiego człowieka? Dogłębnie, odpowiednio? To jak z opowiadaniem snów, które nikogo nie obchodzą, oprócz tych, którzy je wyśnili (wyjąwszy oczywiście sny Wiedemanna). Tak myślę, jednocześnie obracając w głowie widoki z okien śmierdzących przedziałów.

Pamiętam na przykład jazdę z Grudziądza do Torunia bladym świtem, kiedy to zbiegłem z obozu koncentracyjnego dla początkujących poetów – czytałem wówczas z przejęciem „Bieg zjazdowy” Majzla i zanotowałem ogrom słońca. Albo trasę Wrocław-Toruń, którą pokonywałem z Klementyną – śmialiśmy się bardzo dużo, jak nigdy dotąd, z jakiegoś powodu, nie pamiętam już. Albo podróż z Zakopanego do Małkini, sprzed kilkunastu już lat, z moją matką i zakonnicą, która dopytywała się, kim chcę zostać, jak będę już duży – odpowiedziałem wreszcie tej upartej, pogodnej kobiecinie, że zostanę sławnym pisarzem i zachleję się na śmierć. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć z czystym sumieniem, że robię wszystko, co w mojej mocy, żeby słowa dotrzymać, przy okazji spędzając setki kilometrów w korytarzach, śpiąc na manelach, śpiąc na stojąco. Pisania jest niewiele, ale czytania starczy na podróż do końca świata i z powrotem. Niezliczona ilość stron przewróconych w przejściach między wagonami. Normalni ludzie potrzebują czegoś do czytania w pociągu, żeby zabić nudę. Czytają więc kryminały i harlequiny, tak zwaną „literaturę pociągową”, która podobno jest w „sam raz”. Niepojęte, że komuś chce się marnować czas na coś, na czym mu nie zależy. Każda literatura nadaje się do pociągu, a najbardziej kanoniczna, trudna. W drodze sprawdza się jej wiarygodność, w drodze sprawdza się skuteczność wierszy. Bo pociąg jest środekiem transportu dla melancholików, którzy nie mają kiedy czytać. Trudno o lepsze miejsce do studiowania filozofów i pielęgnowania mizantropii.

Tym bardziej trudno o lepsze miejsce do zrozumienia Canettiego: „Najlepiej siedzi się wśród ludzi, których się nigdy więcej nie zobaczy, i można zniesć ich dopóty, dopóki się wierzy, że nigdy nic nam nie zrobią”. Zazdroszczę tym, którym dane są trasy rzadko uczęszczane, zapomniane, ale jeszcze jakimś cudem obsługiwane przez kolej. Czym się różni pragnienie posiadania przedziału na własność od chęci posiadania własnego domu? Dla ludzi takich jak ja – bez adresu zameldowania, bez nieruchomości za rogiem, bez rodziny – niczym. Co prawda ciężko byłoby zmieścić w nim przeklęty księgozbiór (którego należy się czym prędzej pozbyć, o czym napiszę w przyszłości), ale wystarczy stolik, żeby postawić butelkę wódki i rozdać karty. Jedno miejsce dla ciebie, pozostałe dla widm. Przedział (dla palących!) spowity secesyjnymi nitkami dymu. Za oknem puchaty garb Syberii albo po prostu pryszczate plecy Mazowsza – wielka niespełniona obietnica. Pamiętam naszą podróż dryndą z Hajnówki na Siemianówkę. Silnik darł się w niebogłosy, a dla nas liczyło się tylko „tu i teraz”. Ewidentnie podróżowaliśmy do celu, ale chcieliśmy, żeby nigdy nie został osiągnięty. W zawieszeniu jest cała poezja tego świata. Do stacji docelowej docieramy niepełni, czegoś nam brakuje. Odzyskamy to dopiero, kiedy znowu wskoczymy do ostatniego nocnego ekspresu w kierunku domu, którego nie mamy. Po drodze wszystko się może zdarzyć. Jesteśmy zwolnieni z obowiązku wyboru, nie mamy wyjścia, mityczny hamulec bezpieczeństwa jak zwykle pozostanie nietknięty, nie odważymy się, a może po prostu nie będziemy chcieli, sprawdzić co też mogłoby się stać. Wielka niespełniona obietnica. Prawda, siostro?

Nie pamiętam pierwszego samochodu w rodzinie, pamiętam za to pierwsze podróże koleją z moją matką. A to nad morze, a to w góry, a to do Białegostoku, a to do Warszawy. Od wczesnego dzieciństwa wpajano mi silne opozycje: góra – dół, prawo – lewo. Niepotrzebne były samochody, autobusy, żeby z naszego miasteczka dostać się w dowolne miejsce. No, może oprócz Ostrowi (tam było liceum), tam jedynie autobus. Kiedyś była linia. Pozostał po niej opuszczony dworzec PKP i zarośnięty peron, na którym piło się wino. A u nas? U nas poważny węzeł kolejowy między wschodem a zachodem. Punkcik na mapie, gdzie kończy się jedno, zaczyna drugie. Granicę wyznaczała rzeka. Już o tym pisałem, nie będę się powtarzał. Dziwnie było przejść most siedlecki i wylądować niezwłocznie na niemal zapadłych podlaskich wiochach. Ludziom tam dziwnie z oczu patrzało. Jakoś ich więcej przed domami stało, niż gdzie indziej. Ostatnio zapuściłem się w te rejony z ciekawości, żeby zobaczyć, co zrobili z mostem, przez który jeździły i pociągi, i samochody. Ruch mógł się odbywać tylko w jednym kierunku na raz. Klasyczna wojskowa robota. Nie został po niej nawet ślad. Teraz piękny asfalt, lśniąca konstrukcja, nawet byś nie wiedział, że jesteś już po drugiej stronie, gdyby nie droga. Bowiem po drugiej stronie droga od razu się rozpada, kurczy, jakby dokładnie tędy można było dostać się na sam koniec. Ale dalej jest jeszcze Treblinka. Jakieś trzy godziny marszu wzdłuż torów, o ile dobrze pamiętam. Może cztery. Do Treblinki chodziliśmy raz do roku, by w tamtejszych kamieniołomach spędzić noc, a potem wracaliśmy wyczerpani śpiąc w marszu, podczas gdy boskie stworzenie budziło się do życia. Ten obraz na zawsze pozostanie w mojej pamięci i nie przestanę go pielęgnować, bowiem tory zostały zerwane, nie ma mowy o powrocie.

Dlaczego mówię o torach? Ponieważ dopiero co przeczytałem w pociągu pierwsze polskie tłumaczenie najważniejszej książki Kerouaca (przynajmniej według jego samego) “Big Sur” oraz dlatego, że rozpadło się moje małżeństwo, podczas którego podróżowanie koleją zeszło na dziesiąty plan i właściwie każda nasza wspólna wyprawa pociągiem (jeśli już do niej dochodziło) była wyprawą małżeńską, a jest to zupełnie coś innego, wierzcie mi, wiem co mówię. Zabawne, że z ostatnich wydarzeń potrafię ułożyć piękny obrazek, w którym kolejne fakty układają się w srodze logiczną całość, jakby nie było szansy na inny rozwój wypadków, niż ten jedyny słuszny, jedyny przeznaczony. Co za koszmar! Cóż, takie są skutki Wielkiego Wybuchu. Tak czy inaczej, najjaśniejszy fragment tej układanki jest taki, że to właśnie Kerouac (oraz oczywiście ty, księżycowa siostro) wyciągnął mnie z odmętów rozpaczy za pomocą dwóch męskich zdań (akurat nie z „Big Sur”): „Wyszedłem właśnie z ciężkiej choroby, o której nie chce mi się nawet wspominać, poza tym, że w pewnym stopniu złożyły się na nią potwornie męczące rozejście się z żoną i moje poczucie, że wszystko skończone. Wraz z przyjazdem Deana Moriarty’ego zaczął się nowy rozdział mojego życia, który można by nazwać życiem w drodze”. Rozumiecie to? – „ciężkiej choroby, o której nie chce mi się nawet wspominać”! Cała głębia i czerń studni zamknięta, a właściwie szlachetnie pominięta, w TAKIM zdaniu. Zobaczyłem swoje odbicie w tym akapicie niczym w lustrze wody. Dotarło do mnie, że błędem jest próba opisania rozpaczy, bo rozpacz jest nieogarniętym zawieszeniem. Rozpacz się przemilcza. Można o niej opowiedzieć dopiero jak się nauczy o niej kłamać. Wówczas można ją zrelacjonować jako podróż.

„Big Sur” to smutna książka, o czym wiedziałem jeszcze zanim ją przeczytałem. To jest powieść o stacji pośredniej, na której siedzi się zbyt długo. Na tyle długo, by uznać ją za kres. Są zdania, których nie powinno się rozwijać, ponieważ im dłużej obraca się je w ustach, tym więcej znaczą. Każde dopowiedzenie będzie zaciemniało, myliło tropy. Kerouac podjął się desperackiej próby wyjaśnienia swojej drogi. Nie mógł inaczej, to oczywiste, w końcu był sobą. Choroba „o której nie chce [mu] się nawet wspominać” jest teraz moją chorobą. Marzę, żeby się z niej kompletnie wyspowiadać, w twojej chatce, nad rzeką. Jeszcze raz. A potem położyć się na torach (na wskroś „pisarski” gest). Kolej mnie wydała na świat, więc niech w godzinę śmierci przyjmą mnie jej koła.

/tekst sponsorują literki p,a,p,i,e,r/

Reklamy

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (VI)

Co tu robisz, chłopcze?

Do mieszkania na Widnichowskiej trafiłem przypadkiem. Cień miał klucze od właścicieli, potrzebowaliśmy gdzieś się zamelinować. Na dworze było za zimno, w Satelicie zbyt tłoczno, do Edenu droga daleka. Mieszkanie należało do braci Zet., odziedziczyli je po dziadku. Nie znam detali, wiem jedynie, że zostało sprzedane jakiś czas temu nieprzyzwoicie tanio. Znajdował się w nim jeden pokój, łazienka i kuchnia. W pokoju stało trochę starych mebli, brudny tapczan, rozpadający się fotel, stolik nocny, na nim lampka. O ścianę oparte było półtorametrowe lustro. Do kuchni ledwo dało się wejść, ponieważ cała była zagracona. Upchnięto tam chyba wszystko, co nie zmieściło się w piwnicy lub czego nie udało się wynieść na śmietnik. Pamiętam rowery, sterty zbutwiałych butów, rzędy butelek po alkoholach, zardzewiałe gary. Rury ciągnęły się nad zlewem i dalej za ścianą rozgałęziały się. Łazienka wyglądała jak szkielet od wewnątrz. Zresztą w całym mieszkaniu można było poczuć się jak w żołądku kogoś, kto się bardzo źle odżywia. Za opłakany stan miejscówki odpowiedzialni byli sami bracia Zet., którzy postanowili wykorzystać spadek dla potrzeb nieustających imprez. Gdy ma się siedemnaście lat, nietrudno o dobre miejsce do picia, jednak klucze do pustego, niezamieszkanego lokum, zapewniały dach nad głową i coś miękkiego do siedzenia. Przez jakiś czas dzielnica oglądała przeróżne towarzystwo w postaci nieszczęśliwców, marihuanistów, punków, dilerów, ściemniaczy, początkujących muzyków, początkujących poetów, dresiarzy, po prostu nastolatków, a policyjny kogut nieraz rozświetlał ciemne podwórko pod blokiem. Klucze do Widnichowskiej w pewnym momencie wymknęły się z rąk braci Zet. i zaczęły krążyć po ludziach, którzy potrzebowali nie przebywać we własnych domach. Macio opowiadał, że policja nękała go nawet wtedy, gdy siedział grzecznie u rodziców przed telewizorem, podczas gdy kilka kilometrów dalej odbywał się niekontrolowany zlot dzikich lokatorów, o którym huczało całe centrum. Oczywiste było, że taki proceder musi zostać w trybie natychmiastowym ukrócony. Zanim to jednak nastąpiło, przeżyłem samotnie noc na lepiącym tapczanie, skulony, okryty zakurzonym kocem. Nigdy wcześniej ani później nie czułem się bardziej opuszczony, chociaż jak się pisze, to poczucie osamotnienia ma się z urzędu.

Z Cieniem mieliśmy pomysł na kilka scen do filmu o człowieku, który traci osobowość i zaczyna się multiplikować. Miały mu się przydarzać incydenty w stylu: kot dzwoniący do niego domofonem. Roboczy tytuł – „Nocą w starej kamienicy”. Pokłosie Lyncha i Bergmana, mniejsza z tym. Zabrałem do szkoły kamerę i po lekcjach zaczęliśmy kręcić najpierw na mieście, dopóki nie wyczerpał się akumulator, potem przenieśliśmy się na Widnichowską. Tam chcieliśmy sfilmować monumentalną sekwencję, w której główny bohater, grany swoją drogą przez Cienia, opowiada Szatanowi swój bajeczny sen rozgrywający się w dworku szlacheckim. Szatanem miał być Darek. Specjalnie na tę noc zatrzymał się u przyjaciółki. Dotarł do nas późnym wieczorem, kiedy mieliśmy już kilka fajnych ujęć, a stół zdobiły opróżnione butelki wina. Sfilmowaliśmy go z balkonu, jak wychodzi z mroku i przemierza krótki oświetlony odcinek chodnika. W tej złowrogiej ciszy można było niemal usłyszeć alkohol, który przelewał się w naczyniach wypełniających plecak Darka. Nasz Szatan musiał być filozofem, nikt nie potrafiłby lepiej tego zagrać. Nakręciliśmy ekstremalnie długą scenę, w której bohater opowiada sen, potem wstaje i zaczyna chodzić po mieszkaniu. Wszędzie widzi swoje sobowtóry. Jedyne światło pochodzi od lampki ustawionej przy czerwonej zasłonie. Cały kadr jest czerwony. Telewizor emituje zakłócenia. Transfokacja. Zaczyna się trans. „Nocą w starej kamienicy trzech szaleńców pije krew” – słowa wypowiadane przez Maestro, mistrza ceremonii, który wyłania się z ciemności klatki schodowej. Akcja (jaka akcja?) przenosi się do mieszkania, które w owym czasie wynajmowała Agata. Widać jak się budzimy, przecieramy oczy, podnosimy z podłogi. Zostawiamy inne śpiące ciała i wychodzimy na dwór. Jest trzecia albo czwarta nad ranem, noc się przerzedza. W kolejnym ujęciu Cień i Darek niosą wina w reklamówce. Z głośników leci „Early To Bed” Morphine’y. Cień przechyla otwartą butelkę i pijąc wykonuje ruchy trębacza. Kot umyka z drogi i znika za garażami. Gdy się pisze, droga do nocnego to rytuał.

Pomieszałem ujęcia z kilku różnych lat, bo uświadamiają mi z całą stanowczością, że nawet gdy byliśmy razem, byliśmy samotni. Samotność wymaga pielęgnacji podobnie jak małżeństwo. Wiedział o tym bohater „Auto Da Fe”. Można powiedzieć, że był ekspertem w tej dziedzinie. Żaden smutek nie przebije nauki biednego Kiena. Srogie oblicze losu objawiło mu się w najgorszy możliwy sposób, czyli pod postacią kobiety o jakże stanowczo brzmiącym imieniu – Teresa, metodycznie obdzierając go z samotności. Czy można sobie wyobrazić coś gorszego, niż konieczność wchodzenia w relacje społeczne? Kien ma bodaj przez ułamek dnia wrażenie, że oto otwiera się na świat ludzi, który być może zaoferuje mu coś więcej, czego nie znalazł w księgach. Chwilę potem Canetti przechyla wiadro podłości, chciwości, lepiącej namiętności, jakiejś nieposkromionej głupoty człowieczej, która dosłownie zmiata z powierzchni globu wątłego starca oraz przy okazji kilku innych nieszczęśliwców. Płakać mi się chce, gdy o tym myślę. No po prostu czasami można zobaczyć w oczach sąsiadów prawdziwą tragedię, rozgoryczenie i niezdecydowanie, jakby desperackie zawodzenie „nie tego chciałem, to nie moje życie!”. Zdrada to w ich słowniku najlepiej opisane hasło. Swoją drogą, kto żyje swoim życiem? Jeśli ktoś kiedyś chciałby rozpatrywać bezwzględność literatury (nie spodziewam się tego po moich sąsiadach), powinien przede wszystkim przeanalizować wątek garbatego karła i porażającą scenę, w której garbu zostaje pozbawiony. Garb w tym przypadku to oczywiście symbol głupoty. W wieku czternastu lat byłem prawie tak stary jak Kien. Poza bzdurnymi książkami niewiele się dla mnie liczyło. Niezmiernie poukładany i zdyscyplinowany, ostrożny w wypowiadaniu czegokolwiek, ale stanowczy w osądach, cierpiałem z samotności. Po latach – w miarę postępującego dziecinnienia – doceniłem jej grozę oraz nade wszystko zbawienność. Zaniedbana może doprowadzić cię na skraj, ale starannie pielęgnowana – pomoże ci przetrwać najgorsze. Nie potrafię normalnie funkcjonować w społeczeństwie mając w pamięci garbusa z „Auto Da Fe”. Mimo to każdego dnia mówię do was i wy mówicie do mnie. Musiałbym przeczytać inskrypcję na swoim nagrobku, żeby sprawdzić, czy dobrze udaję. Komunikowanie się jest mniej lub bardziej do czegoś potrzebne, pod warunkiem, że się pisze.

„Potem ja też zacząłem pisać i między swoje wdzięczne wersy, feeryczne i agresywne, wtrącałem niekiedy jakiś niezrozumiały, jakby podyktowany mi przez kogoś passus, który, gdy go czytałem ponownie, przerażał mnie jak spełniająca się przepowiednia”. Jestem pewny, że gdzieś już przywoływałem ten akapit z „Olśniewającego” Cartarescu. W pierwszej chwili mieszkanie braci Zet. zrobiło na mnie jak najgorsze wrażenie. Lecz nadawało się do filmu. Nawet dzisiaj, gdy oglądam te kilka nikomu niepotrzebnych scen, jest mi nieprzyjemnie, jakbym uczestniczył w teatrzyku sparciałych kukieł albo żelaznych golemów. Wiem, że pod powłoką skrzywionych ruchów, tych śmiesznie „granych” min, jest cała metafizyka, egocentryczne uniwersum, do którego droga jest już zamknięta. Obraz zawsze zwraca się ku obiektywowi, jest mu coś winien. Kamienica w kadrze sprzed dziesięciu lat może być oczywiście wspaniałą pamiątką architektoniczną i historyczną, ale nadto przypomina o bezdomności tego, kto kadrował. Opowiedziany lub zapisany sen, który odtwarza się po latach, jest czaszką suma przytwierdzoną do drewienka, kawałkiem szkieletu, nic ponad to. Trudno nawet przypomnieć sobie, z jakiego powodu było to całe poruszenie, gdy ojciec przyniósł rybę do domu. Na Widnichowskiej filmowaliśmy dopóki nie skończył się alkohol. Potem zostałem sam. Dom moich rodziców, w którym wtedy mieszkałem, znajdował się 20 kilometrów w kierunku Siedlec i nie było żadnej możliwości, żeby się do niego dostać. Przynieś mi rano klucze, powiedział Cień. Cześć. Bałem się zasnąć. Usiadłem pod oknem, zapaliłem papierosa i zacząłem się wpatrywać w światła latarni. Latarnie na zadupiach mają inną, niż w miastach, poświatę. Jest to poświata wymowna, jedyna, przypisana do iluminowanego kadru, który staje się święty dla obserwującego. Olśniewający. „I rzeczywiście – siedząc tak po nocach na skrzyni, ze stopami na kaloryferze, nie tylko ja kontemplowałem miasto, ale i ono mnie szpiegowało, i ono śniło o mnie, i ono ekscytowało się mną; było niczym innym jak substytutem mojego żółtego fantomu, który przyglądał mi się z okna, gdy zapalałem światło”. Czułem wyraźnie (być może podobnie jak Cartarescu), że tajemnicza istota opanowała uśpione Miasto (miasteczko było wtedy Miastem) i czeka, aż zamknę oczy (ja – ostatni, który nie śni), by się wedrzeć do tej rudery i wyrwać mi serce, wątrobę, nerki, narządy, wszystko. Zostawić wypatroszonego. Przemykałem niekiedy pod garażami jak zaszczuty pies, wiem o czym mówię. Gdy się pisze, naturę bezpańskiego psa ma się we krwi.

Pewnej zimowej nocy postać wybiega z bloku, przedziera się przez zaspy. Jest tak biało, że ledwo można dostrzec zapisane kartki papieru, wyfruwające spod płaszcza uciekiniera. Od razu rozpływają się w kałużach. Tak się zaczyna ta historia.

30-01-2011

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (V)

Przeniesiony człowiek, vol.2

Bułkowi jest wszędzie niewygodnie. Dlatego cały czas się przeprowadza. Zmienia powiaty, zmienia stolice. Parę tygodni temu przeniósł manele ze stolicy Wielkopolski do stolicy Polski. Kilka dni przed moim przyjazdem. Gdybyśmy się spotkali, skończylibyśmy na dachu, ponieważ dach to jest najlepsze miejsce do niekończących się rozmów. Szkolenie, na które firma wysłała mnie do Poznania rok temu, skończyło się na dachu. Festiwal literacki sprzed paru lat skończył się na dachu, z którego ściągnęła nas straż. Ludzie rozpadają się jak taśmy Basinskiego. Po niektórych tego nie widać, ponieważ umykają miejscom. A miejsca są zawsze w ryzach czasu. Świadczą o tym butwiejące dachówki. Gdybyśmy tak mogli całymi latami przesiadywać na gzymsie, w końcu odpadłyby nam głowy. A tak, jedynie zgniłozielony ślad na rękawie… pamiątka po upadku z podwórkowej szopy. Wieczór spędzony wewnątrz fontanny przy moście Świętokrzyskim… wyszedłem z tego całkiem suchy. Co byłoby zupełnie niemożliwe, gdybyśmy zapuścili się na łęg, powiedzmy w marcu lub kwietniu, o świcie. Przepraszam za przeskok, dach jeszcze wróci.

Nie wiem, czy używanie słowa „łęg” w odniesieniu do terenu zielonego nad Bugiem, który mam teraz na myśli, jest poprawne. Powinienem raczej powiedzieć „łąka łęgowa”. Ale byłoby to równie nietrafione. Ponieważ nasz łęg nigdy nie był pojmowany jako łąka, raczej jako tundra. Zresztą w czasach, gdy eksplorowaliśmy ten akurat fragment obrzeży Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego, jego skala była skalą tundry. Chodźmy na łęg. Tak się mówiło i mówi. Aby dojść do rzeki z dworca (a raczej z tego, co z niego zostało), należało przeciąć ulicę, ominąć sklep z materiałami elektrycznymi, kilka domostw i wreszcie przemierzyć łęg. Zależy, które miejsce rzeki było akurat na celowniku. Weźmy most Siedlecki, w miarę prosta droga. Uświadomiłem sobie, że nigdy tędy nie szedłem dopiero dwa, czy trzy lata temu. Przypadkowo, przy okazji, wysiadłem z pociągu i nie chciało mi się od razu iść do domu. Lato, gorąc. Trawa na całej równinie wyjątkowo wysuszona. Ni krów, ni koni. Zresztą coraz trudniej natknąć się tam na spętane bydło, które zwykle pasło się w małych stadach. Kiedyś… norma. I strach, że któraś z jałówek się zdenerwuje i pogoni. Dzisiaj nie. Przeminęły czasy letnich kąpielisk. Nurt zbyt silny, woda zbyt brudna. Kiedyś miało się mniejsze wymagania. Pielgrzymki dzieci i matek z ręcznikami, sunące w tę i z powrotem po dnie dawno wyschniętego koryta. Parasole, opalacze, spreparowane plaże, pontony. W latach sześćdziesiątych Warszawa przyjeżdżała tutaj na kolonie. Wyparowało. Woda pożarła łagodne zejścia, zostały stromizny. Ryby można co najwyżej połowić. Posiedzieć, popatrzeć. Ale chyba i ryby już nie te.

Most Siedlecki był troszkę dalej. Nie przypominam sobie kąpielisk w pobliżu. Tam chodzili głównie rybacy. Ojciec zasadził się kiedyś nad ranem na filarze i złapał półtorametrowego suma. Dwóch gości, którzy stacjonowali niżej, musiało schwycić go za skrzela, inaczej by się zerwał. Tę głowę ojciec sobie oporządził. Przytwierdził do drewienka. Straszliwie śmierdziała, więc wyniósł ją na balkon, skąd niedługo potem zniknęła. Żeby złowić takiego kolosa, należało mieć odpowiednią przynętę. Żeby mieć odpowiednią przynętę, jechało się w nocy nad wodę. Podjeżdżało nad brzeg, rozkładało folię przed maską samochodu i zapalało światło. Po jakimś czasie miało się na tacy tuziny jętek. Zakazane, wiem. Dziwne owady. Czasami oblegają okna, lub pokrywają dachy jak śnieg. Tak słyszałem. Żyją tylko po to, żeby się rozmnożyć. Brzmi znajomo? Pamiętam martwego kota, za którym ciągnął się sznurek wnętrzności. Siedziałem na kamieniach, suszyłem się po kąpieli. Nurt przepchnął truchło przez szczeliny i poniósł w kierunku działek. Nigdy więcej nie wszedłem do Bugu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego przywołuję obrazek mostu Siedleckiego, który dzisiaj już nie istnieje, albo istnieje w zupełnie innej postaci. To właśnie tam jeździłem rowerem, żeby skulony i zrozpaczony, zdradzony przez rodzinę i jako ten zdradzający, czytać „Włóczęgów Dharmy”. Blisko miejsca, w którym utopił się ten chłopak. Wciągnięty pod wodę, opatulony w ciężkie buty wojskowe, wojskowy plecak, wojskową odzież maskującą. Trafił mu się wir. Ciała szukano chyba przeszło tydzień, może dłużej, nie jestem pewny. Znaleziono je kilkanaście kilometrów dalej. Doszedłem więc do wniosku, że jeśli już mam się modlić, to właśnie tutaj, przy wiekowej kolumnie, wśród pijanych rybaków, mocząc nogi w zimnym nurcie. Kontemplując ścieżki pająków wodnych, przemierzających kontynenty kamieni, uświadomiłem sobie, że jestem żywy. I zdecydowany żywym pozostać, porzuciłem wszystko, co przynależy do rodziny. Tak zwaną Tradycję. Już wtedy most był zamknięty, a tory zwijane kawałek po kawałku. „Przepraszam, wielebni teologowie, za ton nie licujący/ z fioletem waszej togi”. Nie znałem jeszcze tego wiersza Miłosza, gdy w letnie niedzielne popołudnia trwoniłem czas nad rzeką, wypełniając płuca wilgocią, czytając alfabet zadrapań zapisany na żelaznych filarach, nie myśląc jeszcze, by to wszystko opisać, nazwać. Dzień święty niech się święci, ale i tak wszyscy pójdziemy do diabła, wzorem amerykańskich bogów bebopu. Drodzy parafianie.

Siedziałem tam przeciwko mojej matce, która powiedziała kiedyś: „Kościół cię wydał na świat, więc się nie odwracaj od niego jakbyś był na gigancie, bo nie jesteś”. Oczywiście byłem na duchowym gigancie już od dłuższego czasu. Niewykluczone, że szukałem przesłania serwowanego również przez religię mojej matki. Nie oświeciły mnie jednak ani zimne mury świątyni, ani cmentarze. Absolut znajdował się „na dołku”, gdzie obfite piersi ekspedientek były zawsze za daleko, żeby po nie sięgnąć. Przemierzałem pola, włóczyłem się po ulicach, w butach miałem pluchę, byłem głodny jak zwierzę. I jak zwierzę szamotałem się w ciemności mojego pokoju na Leśnej, spragniony ulewy, potopu, kataklizmu. „Dopiero później stałem się małym hipokrytą, trochę zmęczonym odklepywaniem pacierzy niedowiarkiem”. Być może hipokryzja, którą Jack Kerouac włożył swojemu alter ego – Rayowi Smithowi – w usta, a która dotyczyła jego samego, polegała na tym, że nigdy nie udało mu się kategorycznie zanegować ortodoksyjnego wychowania, jakie odebrał. Przez całe życie zresztą prezentował konserwatywne poglądy na wiele spraw, co wywoływało przyjazny uśmiech politowania Ginsberga. Bohater „Włóczęgów Dharmy”, siedzący pod drzewem, w rodzinnym mieście. Zamroczony swoją urojoną wolnością, powoli i dyskretnie łamany przez alkohol („skoro tylko zamknąłem oczy, miałem widzenie butelki brandy”). Maszkaron na tle mieszczańskich obrazków rodzajowych, ale zespolony z nimi w jakimś potwornym, fatalistycznym mariażu. „Mijały dni. Chodziłem w kombinezonie, nieuczesany, nieogolony, przestając jedynie z psami i kotami. Prowadziłem szczęśliwe życie człowieka, który odzyskał dzieciństwo”. Pustelnia w górach nie przyniosła ostatecznie żadnych odpowiedzi, żadnego wyzwolenia, jakiego doświadczył choćby Sal Paradise w drodze. Wystarczy uważnie przeczytać „Włóczęgów…”.

Jestem u podnóża „góry”, patrzę na swoje zdjęcie komunijne. Okrąglutki chłopczyk z równo przyciętą grzywką. Nie znajduje miejsca dla siebie pośród innych dzieci i ściska kurczowo mały czerwony modlitewnik, który wkrótce stanie się kością niezgody. Gdy wróci do domu, rzuci się na ostatnie tabliczki opłatka, żeby je zjeść z łapczywością kundla. Chryste, ładnie żeś nas urządził. Rączki złożone do modlitwy, buzie w dzióbki, za chwilę każdy z nas otrzyma zegarek lub BMX-a. A za kilka lat jeden wyląduje w pierdlu, a drugi na wiejskim bazarze, wybierając kurtkę z brązowej „skóry ekologicznej” i dziadowskie pantofle za dwadzieścia złotych, będzie kombinował kolejny złoty interes. Zresztą ślad jego podeszwy znajdzie swoje pocieszne miejsce na odzieży opinającej czyjś tyłek. Bywalcy kościołów zaludniający stronice kronik kryminalnych. Mniejsza z nimi. Na razie jeszcze stoją w szeregu ze świecami i myślą o tym, by jak najprędzej usunąć się z kadru i pograć w nogę. Niedola przeniesionego człowieka polega na tym, że z całej siły pragnie zanegować dom, z którego wyrósł, a jednocześnie nie jest w stanie po prostu go podpalić. Boi się, że jeśli by to zrobił, druga strona również go rozczaruje. Cena jest zbyt wysoka. Trochę więc podróżuje, ale nie za dużo i nie za daleko. Niby się oddala, ale w istocie się nie przemieszcza. Jest teleportowany do miejsc, do których coraz bardziej dotkliwie nie przystaje. Ponieważ nie miał kiedy do nich dorosnąć. Opleciony sentymentami jak patyk watą cukrową – zaczyna bredzić. Błądzi. Wyciąga przed siebie ręce jak ślepy. I nieustannie wraca nad swoją rzekę, nad sukcesywnie pożerany przez wodę brzeg. Z coraz większym trudem rozpoznaje swoje miejsce. A miejsce z coraz większym trudem rozpoznaje gościa.

Bułek jest w drodze. Śle zdjęcia z egzotycznych dachów świata. Ray, siedząc pod swoim drzewem Buddy, zapisuje przekleństwo na kartce papieru. Sal, zwieszając nogi z krawędzi wagonu towarowego, przekazuje butelkę z wiśniówką ciemnoskóremu uśmiechniętemu obdartusowi. Co mi pozostało z tej łapczywości – myśli w tym czasie przeniesiony człowiek – oprócz latarni pod oknem i wieczornego lamentu płomykówki na początku sezonu, kiedy kumuluje się lęk przed skokiem? I jeszcze drogi nad rzekę i samej rzeki? Na miejscu dworcowego budynku rośnie teraz jakaś beznadziejna trawa, która nikogo nie obchodzi, może tylko krowy. Rośnie tam, żeby ładnie wyglądała, czyli bez celu. Midnight Ghost odjechał beze mnie, ponieważ opierałem się na przedawnionym rozkładzie. Prawdopodobnie łęg na wiosnę znowu zostanie doszczętnie zalany i przeprawa do okolicznych posesji będzie możliwa jedynie przy użyciu łodzi. Ale czy ktoś będzie potrafił się tym nasycić? Czy ktoś pójdzie tam, żeby zamoczyć nogi i wpuścić do płuc kawałek tego przedziwnego powietrza? Maleńki wycinku ziemi – jestem twoim synem wytrąconym z krajobrazu. Jestem twoją pocztówką z pozdrowieniami. Jestem twoim słowem, kiedy znowu nie mogę zasnąć. Wystarczy tylko krok, żeby wszystko zaprzepaścić.

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Cezary Domarus – 21 tez przybitych do drzwi biblioteki publicznej w Pszczółkach

1.
Wyobraźmy sobie – kiedy „znika ironia”, „ostry harpun zachwytu” zabija deficytowego wieloryba.

2.
Zdania są czyste nie dlatego, że cechuje je przejrzystość.

3.
Usłyszeliśmy: „słowo zasłania dokładnie tyle ile odsłania”.
Słowo „dokładnie” jest w tej frazie dekoracją. Skoro nie wiemy, ile zasłania słowo, skąd wiadomo, ile odsłania?

4.
„Śmierć” jest słowem. „Prawda śmierci” to dwa słowa. Z kolei „odległość między nimi” składa się z trzech słów. Prawda zapisana kursywą i prawda zapisana normalną czcionką są tym samym słowem. Nawet jeśli chcemy, żeby prawda zapisana normalną czcionką była prawdą spoza świata słów. To niefortunne, ale słowa nie brzmią poza światem ludzkim.

5.
Kiedy jest mowa, możliwość znaczenia staje się pokusą.

6.
Ogłosić, że „poetyckość nie mieści się w języku” znaczy użyć gry językowej polegającej na stworzeniu sugestii, iż mówiący uzyskał wgląd w sferę pozajęzykową, i stara się umieścić swoje językowe zabiegi w kontekście jakiegoś nieludzkiego brzmienia.

7.
Użycie wyrażenia, w którym ktoś mówi, że stara się tworzyć wiersz, który jest „domówiony a zarazem otwarty”, świadczy o wierze autora, iż wyrażenie oksymoroniczne jest świetnym/świętym wyjściem. Ale czy ta sama osoba użyłaby wyrażenia w rodzaju: „dążyli do tego, by grzeszyć, a zarazem dostąpić zbawienia”?

8.
Jeśli wiara w moc użycia oksymoronu prowadzi do stwierdzenia, że jest on „wyrzuceniem poza dialektykę”, to warto rzucić okiem na źródłosłów: oksys – ostry, moras – głupi.

9.
Pisklę prawdy patrzy w stronę pękniętej skorupki wiersza i brak mu słów.

10.
Pomiędzy pomiędzy leży pomiędzy.

11.
Pewnej nocy sen przynosi takie oto następstwo zdań:
Hymn „opowiada się po stronie wartości nieprzedawnionych”. To przynosi korzyść. Największą korzyścią jest akceptacja, która jest wartością nie do przecenienia. Na drugim biegunie leży niepożądane zjawisko niedocenienia. „Ostry harpun zachwytu” zabija brak zachwytu.

12.
Istnienie reguł użycia języka bywa przemilczane.

13.
Jedną z modlitw zakończyć zdaniem: „Jak wszystko co metafizyczne, harmonia między myślą i rzeczywistością jest sprawą gramatyki języka”.

14,
Wycinamy i wklejamy: „Metafizyka jako cień gramatyki”.

15.
Pierwsza para słów: „ludzka konwencja”.

16.
Konwencja użycia zwrotu „wielka tradycja metafizyczna” polega na złożeniu słów, z których każde z osobna budzi nieśmiałość, może nawet żal, że kiedyś pokładaliśmy w nich spore nadzieje, podczas gdy one pozostały bezdzietne. Konwencja ta jest realizacją zawołania: „kupą, panowie!”.

17.
„Skubanie ze słów” następuje przed posiłkiem. Rosół z prawdy daje siłę do ubiegania się o akceptację.

18.
„Pisklę prawdy” załatwia się do własnego gniazda.

19.
Gniazdo – jak to gniazdo – znosi wszystko.

20.
Dziwny sen: pisklę przebite harpunem. Ten widok towarzyszyć nam będzie w najgorszych momentach życia.

21.
Wpływając do zatoczki, wieloryb wydaje na siebie wyrok. Harpun pozostaje czysty.

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (IV)

Przeniesiony człowiek, vol.1

Coś jest nie tak – pomyślałem, gdy zaczęliśmy się wtaczać na peron. Stałem w przejściu z ręką na dźwigni, ponieważ na tej stacji drzwi odblokowywano jak pociąg był jeszcze w ruchu. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego akurat tylko na tej stacji tak jest. Kiedyś dużo podróżowałem pośpiechami i sprawdziłem. Zresztą, nie ma to teraz znaczenia, bo nie ma już ani pośpiesznych, ani nawet osobowych. Są interregia, tanie linie i cała reszta niepotrzebnych podziałów, w których jak zwykle ciężko się połapać. Nigdy nie byłem dobry w liczeniu kasy. Pchnąłem drzwi i wystawiłem głowę. Nie trudno było zauważyć, co się zmieniło w dobrze znanym mi krajobrazie, ale w pierwszych sekundach dotarł do mnie jedynie niepokój, że najwyraźniej pomyliłem stacje. Pociąg się zatrzymał. Zeskoczyłem na peron i wówczas dopiero udało mi się nazwać to, co już wcześniej widziały oczy. Brakowało dworca, starego, spróchniałego i obdrapanego budynku pamiętającego całe moje dotychczasowe życie. Zamiast niego duży czarny kwadrat zaoranej ziemi. Wrażenie było tak duże, że kompletnie nie wiedziałem, jaki ruch wykonać wobec zastanego pola na szachownicy. Dworzec był dotychczas punktem odniesienia, miejscem, od którego zaczynało się jakąkolwiek wyprawę. Szczególnie wyprawę do domu. Musiałem wyglądać jak kretyn, kiedy stałem na peronie z plecakiem na ramieniu, podczas gdy reszta w nadzwyczajnym pośpiechu ulatniała się z tego miejsca. Poczułem się obrabowany. Kim są ludzie, którzy jednym podpisem decydują o sprzątnięciu z powierzchni ziemi najdroższej ci rzeczy, której nikt nigdy ci nie zwróci?

Dworzec to może zbyt wielkie słowo dla tego żałosnego baraku, w którym mieściły się kasy biletowe i poczekalnia, do której niczym do jakiegoś saloonu prowadziły drewniane wahadłowe drzwi. W dość obszernej sali znajdowały się szerokie drewniane ławy do siedzenia oraz olbrzymi brązowy piec kaflowy, przy którym spędziłem kiedyś noc, przytulony do ciepłych kafelków. Niemal każde wolne miejsce na obrzydliwych ścianach zapełnione było międzymiastową kaligrafią. „Najchujowszy dworzec na ziemi. Sebastian z Krakowa”. „Dwie godziny spędziłam w tym szambie. Monika-Białystok”. „Nigdy kurwa więcej tego dziadostwa! Siwy”. „Czajna to pierdolnięta suka która ciągnie druta”. I tak dalej. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek ktokolwiek z PKP próbował zamalować, zatuszować to rękodzieło. Ja również pozostawiłem tam subtelny znak, czytelny tylko dla mnie. Miałem zamiar zdeszyfrować go po latach, lecz nie zdążyłem, bo tych przeklętych ścian już nie było. Na zewnątrz budynek był obłożony żółtymi deskami i ciągnął się przez połowę peronu. Z jednej i drugiej strony, mniej więcej w połowie, znajdowały się schody prowadzące do wewnątrz. Przez środek prowadził korytarz, w którym paliło się papierosy. Najlepiej zapamiętałem właśnie to krótkie przejście z parkingu na perony. Po jednej stronie poczekalnia i kasy. Po drugiej drzwi nie pamiętam dokąd. Czy kiedykolwiek była tam dworcowa restauracja? Mało prawdopodobne. Buda z piwem i zapiekankami znajdowała się kilkanaście metrów dalej.

Zapamiętałem tę budę z jednego powodu. Była ważnym przystankiem w drodze ze szkoły. Bywało, że olewaliśmy autobus i po lekcjach wlekliśmy się do domu trzy kilometry z buta. Odpoczywaliśmy w trzech strategicznych miejscach: drzewo przed kładką, buda na dworcu, rury nad ściekiem. Na drzewo się wchodziło, po rurach przekraczało się rzekę gówna, a w budzie piło się oranżadę i jadło zapiekanki. W tamtych czasach nie było specjalnie większych atrakcji kulinarnych, oprócz może jeszcze wafli Kukuruku. Czas płynął wolniej. Po lekcjach robiło się jeszcze całą masę rzeczy, zanim rodzice wołali nas na kolację i dobranockę. Budę oczywiście zlikwidowano, ale wtedy jeździłem już do liceum, a na węzeł kolejowy chodziłem w poszukiwaniu czegoś innego. Lubiłem odprowadzać na pociąg każdego, kto do mnie przyjechał. Do domu wracałem przy nieczynnej trakcji i betonowej platformie, na której przed laty ustawiały się kolejki wozów i przyczep gotowych na załadunek węgla dostarczanego przez pociągi towarowe. Potem gminny stadion otoczony potężnymi topolami. Zamykam oczy i widzę smukłe silosy wycelowane w niebo spokojnie dorównujące drapaczom chmur. Mityczne drzewa – tak mi już zostały. Nigdy nie widziałem żadnego meczu na tym stadionie, ale one się odbywały. W końcu mieliśmy swoją drużynę. Niespecjalnie mnie to obchodziło. W niedzielne słoneczne popołudnia parafianie zasuwali na mecze, ja obierałem przeciwny kierunek. Na trybunach, jeśli już, lądowałem długo po godzinie duchów. W ciszy dopijaliśmy resztki i tańczyliśmy na mokrej murawie dopóki świt nie oświetlił zielonych plam na naszych portkach. Doskonale pamiętam zapach wilgoci gminnego stadionu i w zasadzie to wszystko, co mam do powiedzenia na temat footballu.

Nasza stacja, zlokalizowana dokładnie po środku między Warszawą a Białymstokiem, była centrum świata. Ciągnęły tutaj wszystkie okoliczne wiochy na odbywający się co sobotę bazar, zwany w tych stronach rynkiem. Dla mieszczuchów, którzy mieli nieszczęście się tutaj przesiadać, widok zarośniętych rolników sączących piwo łomża i mocarnych kobiet z naręczem toreb wypełnionych jakimś badziewiem, musiał być straszny. Ja byłem nim przesiąknięty na wskroś, byłem nim zafascynowany, ale zawsze wiedziałem, że do niego nie należę. Ponieważ byłem również przerażony, ponieważ spałem na tych wilgotnych ławkach i wydeptywałem ścieżki w tych popękanych peronach. Ponieważ przesiadywałem ze zwieszonymi nogami na zardzewiałej kładce i patrzyłem intensywnie na odjeżdżający pociąg, usiłując jak najdłużej utrzymać jego znikający zad w zasięgu wzroku. Jeśli człowiek składa się z tego, za czym tęskni, to właśnie tutaj znajduje się miejsce moich narodzin. Céline zresztą to potwierdził: „Człowiek trwoni tylko swoje sympatie. Nie chcę się już zmieniać. Mógłbym na niejedną rzecz narzekać, ale jestem z nimi ożeniony, serce mi pęka i ubóstwiam siebie, tak jak Sekwana śmierdzi. Ten, co zmieni latarnię wiszącą na rogu numeru 12, zrobi mi wielką przykrość. Mamy ograniczony czas, to fakt, ale dość już czekamy na swoją kolej”. Moja kolej jest tutaj. Podczas studiów wielokrotnie przyjeżdżałem do domu rodziców z nadzieją, że wreszcie uda mi się to miejsce zrozumieć i być może nawet opisać. Wycisnąć z tej szerokości i długości geograficznej przesłanie, wzór na człowieka, jakim się stałem. Im bardziej tego chciałem, im więcej energii wkładałem w wywoływanie duchów, tym bardziej obraz się wymykał. Nie tyle zacierał, co po kawałku odklejał od płótna i rozpływał w powietrzu. Aż wreszcie któregoś lata wysiadłem z pociągu kompletnie obcy dla tego miejsca. Zupełnie jakbym został teleportowany z innej krainy. Bez stacji pośrednich, bez tego wszystkiego pomiędzy.

W liceum należałem do reprezentacji klasy w siatkówce. Po kilku meczach wyleciałem nawet z ławki rezerwowych. Parę lat wcześniej reprezentowałem drużynę harcerską na jakiejś uroczystości kościelnej. Trzymałem sztandar w tłumie ludzi stojących na baczność. Po dwóch godzinach w dusznym kościele zemdlałem. Jakiś inny dzieciak, młodszy, prawdopodobnie dzielny zuch, przejął sztandar, a mnie wyprowadzono na zewnątrz. Jak tylko odzyskałem przytomność, zwiałem stamtąd. Okropnie się wstydziłem. To było obce miasto, impreza na wyjeździe. Niestety nie udało mi się zabłądzić, zgubić, zaginąć. Przez długi czas miałem poczucie, że gdziekolwiek się nie udam, zawsze będę mizernym reprezentantem mojej mieściny. Że za dużo jej obłędu we mnie, żeby tak po prostu pozbyć się go za najbliższym wzniesieniem. I chociaż nie ma praw miejskich, nie wygląda też jak wieś. Nie ma tu stodół, furmanek, snopków, pól kukurydzy, żadnej uprawy. Typowe miasteczko fabryczne. Osiedla, chodniki, asfalt, trawniki, place zabaw, urząd gminy, kilka supermarketów. Fabryka dawno splajtowała. Podobno zatruwała życie klasie robotniczej. Zostały po niej dwa ogromne kominy górujące nad okolicą. Oświetlone w nocy mogą służyć za drogowskaz. Żeby dotrzeć do fabryki należało przeprawić się przez rozległe torowisko. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałem pielgrzymki kobiet i dzieci donoszących prowiant dla strajkujących pracowników, wśród których był również mój ojciec. Wiele lat potem ja sam kręciłem się po tych okolicach przyciągany przez rdzę i zrujnowane wagony unieruchomione na zamkniętych rozjazdach. Pielgrzymowałem do tych zapuszczonych miejsc by odwalać prywatne egzorcyzmy, wdychać to spokojne, gęste, niczyje powietrze, słuchać muzyki opuszczonych wnętrz.

Gmina pozbyła się śmierdzącego baraku, który nikomu do niczego nie był potrzebny. Po prostu. Peron opustoszał, nie było sensu dłużej na nim tkwić. Ruszyłem przez kocie łby w stronę głównej ulicy przecinającej całe miasteczko po długości. Jestem ożeniony z każdym jej metrem, autorytarnie rozporządzanym przez istoty, które podobno mają dusze.

/tekst sponsorują literki b,a,r,b,a,r,zy,ń,c,y/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (III)

Byrona ulubione miejsce na ziemi

Byłem tam

Cierpię na paniczny lęk przed odlotem. Chociaż odkąd pamiętam, marzyłem o lataniu. W dzieciństwie roiłem sobie, że zostanę pilotem. Byłem beznadziejny z fizyki i fizycznie, nie miało to dla mnie jednak żadnego znaczenia. Po prostu nie wyobrażałem sobie, że to może się liczyć do wymagań. Patrzyłem w niebo i coś momentalnie się we mnie otwierało. Jakiś portal udostępniający mnie gwiazdom. Chciałem się zbliżyć. Przestrzeń hipnotyzuje i może działać jak delikatna trawka. Wystarczy odpowiednio długo wpatrywać się w pustkę, by rozpoznała w twojej głowie wyłącznik i go wcisnęła. Wtedy się otwierasz i wpuszczasz część tego bezmiaru do siebie. Celiné napisał: „Gdyby przedmioty, choć najbrzydsze, zabierały nas ze sobą, umierałoby się w poezji mroku”. Człowiek nosi w sobie kawałek próżni, który pielęgnuje odkąd zaczyna myśleć o krajobrazach ponad chmurami. Mitologia jest opatrunkiem na tę małą, czarną rankę. Ona usiłuje opisać poezję mroku i udzielić odpowiedzi na śmieszne pytania. Wyobraź sobie kogoś, kto jakimś cudem wymknął się mitologicznemu myśleniu. Mieszkańcy okolicznej wioski biorą huk jego eksplodującej głowy za sygnał nadchodzącej burzy.

W snach nigdy nie oderwałem się od ziemi. Wielokrotnie znajdowałem się na pokładzie samolotu, ale zawsze budziłem się na chwilę przed startem. Nie miałem żadnego wyobrażenia o tym, co poczuję, kiedy znalazłem się w pasażerskim, który miał nas przetransportować do Brukseli. Zabawne, ale w powietrzu odważyłem się wyjrzeć przez okno tylko dwa razy. Po wylądowaniu miałem ochotę klaskać z współpasażerami. Do Francji pojechaliśmy autobusem. Do Polski wracaliśmy już samochodem. 24 godziny za kółkiem. Szczęśliwy, przyczepiony do ziemi. Chyba już wtedy kiełkowało we mnie postanowienie, które dopiero przy okazji drugiego i trzeciego lotu przyjęło formę deklaracji. Nigdy więcej się nie wzniosę. To właśnie podczas powrotu z Grecji dopadł mnie atak paniki. Cichy, anonimowy. Podczas gładkiego opadania na dół. Trema to jest coś, co na chwilę ogarnia mózg. Panika zajmuje twoje ręce, mięśnie i skórę. I usta, które tysiące metrów nad ziemią zacząłem wypełniać zawartością małych buteleczek johnie walkera. Siedziałem w bezruchu, wzrok zatrzymany na oparciu fotela przede mną. Miejsce dostałem przy oknie, na skrzydle, ale udało mi się wymienić z kimś tak, żebym siedział przy przejściu. Kania widziała, co się ze mną dzieje. Próbowała dodawać otuchy. Podczas mojego ostatniego lotu odważyłem się spojrzeć na nią dwa razy, ponieważ musiałbym zahaczyć również o okno. Po wylądowaniu długo trzymałem się barierki, próbując złapać oddech jak po bardzo długiej ucieczce.

Na szczęście powietrze nie jest jedyną drogą do Grecji, gdzie znalazłem przestrzeń (lub ona mnie znalazła i zaszczepiła). Podróż nie była do końca szlachetna, jak można spodziewać się po humaniście sadzającym tyłek na rudymencie. Nie było celów, tylko mętne wyobrażenia. Musiałem mocno się starać, żeby jakoś powiązać to, co widzę, z zapleczem wyniesionym z lektur. Musiałem się starać, żeby w ogóle pamiętać o powiązaniu. Ostatecznie cała wyprawa jawi mi się jako doświadczenie bez udziału intelektu i ducha. Sama fizjologia, same zmysły. Nie wiem, czy pierwszy kontakt z tym krajem może być inny. W słońcu i piachu. Morzu tak gęstym od soli, że unosi cię na powierzchni bez twojego wysiłku. Greckie dzieciaki, brązowe i twarde jak grudki zaschniętego błota, skakały z pomostu do wody i po chwili wynurzały się rozradowane szeroko otwierając oczy. Po kilku dniach sól przylgnęła do naszych ust i już nie dokuczała. Przejechaliśmy Góry Parnasu skrywające tajemnicę, która do dzisiaj przepływa w moich żyłach. Opustoszałe wioski z kamienia w dolinach, serpentyny. Czasami przez chmury można było zobaczyć żagle statków przybijających do zatoki. Schłodziłem się w Grobie Agamemnona, odpocząłem na tronie wyroczni Delfickiej, na próżno szukałem cienia pod Świątynią Afrodyty. Najlepsze lody na świecie są w pierwszej stolicy niepodległej Grecji – Nafplio na Peloponezie. Święta Góra Athos i meduzy jak oczka w pawim ogonie. Mieszkańcy monastyrów oprowadzili nas po swoich samotniach, a myśmy odnajdywali twarze uformowane przez skały tysiące lat temu. Na Przylądku Sunio piłem mrożoną kawę usiłując utrzymać równowagę na zielonym zboczu. Chciałem zobaczyć delfiny Byrona przed odjazdem autobusu. Wyłączyłem telefon, wyłączyłem Internet, wyłączyłem Polskę. Jeśli już przychodziła mi do głowy, to myślałem jedynie o stosiku wierszy, który zostawiłem na biurku, w wynajętym mieszkaniu. Jedyny ślad, jaki chciałem po sobie zostawić, gdybym nie wrócił. Wieczorami spacerowaliśmy po pustej plaży i obserwowaliśmy światełka samolotów startujących i lądujących na lotnisku w Thessalonikach po drugiej stronie zatoki. Słuchaliśmy rozmów tubylców, byliśmy nawet świadkami małego greckiego wesela. Język cudownie melodyjny, podobnie jak polski, ale bez słowiańskiej zadziorności. W ostatnim tygodniu nasz hotel zaroił się Rosjanami, którzy rozmawiali, jakby chcieli wyciąć wszystkich w pień. Pod koniec pobytu jak pies reagowałem wewnętrzną agresją na dźwięk tego okrutnego języka, z którego nie rozumiem ani słowa. Grecki z miejsca uspokajał. Kalimera – dzień dobry, Kalispera – dobry wieczór. Souvflaki – szaszłyk. Jak nazwy dla kapel. Trzy słowa, których potrzebujesz, żeby przeżyć na obczyźnie.

Jest przestrzeń, która dorównuje tej kosmicznej i należy ona do wody. W wodzie żyje topielec i ja w niego wierzę. Szukam w toni jego bystrego spojrzenia. Nad Balatonem pomagałem sobie latarką, ponieważ Węgry nieoczekiwanie i gładko wślizgnęły się nam do oczu nocą. Wcześniej przeciskaliśmy się przez serpentyny na Słowacji i węgierskich zadupiach. Nad autostradami krążyły potężne drapieżne ptaki. Jesienią madziarskie krajobrazy po zmroku są puste. Pogaszone światła we wszystkich przydrożnych domostwach, jakby ludzie chowali się przed zmorą, którą mogli przywieźć ze sobą tacy, jak my. Ani samochodów, ani żywych dusz. Z Budapesztu wyjechaliśmy późno i natrafiliśmy na czynny po sezonie camping w Balatonfured w momencie, gdy czerń tego państwa lała się z nas wraz ze łzami. Rano ujrzeliśmy nieczynne zjeżdżalnie, nieczynne knajpy, pozamykane pawilony i budki ze sprzętem, który jeszcze trzy tygodnie temu działał na pełnych obrotach. To miejsce żyło życiem wiecznym, było rajem, w którym nikt nie myślał o zdradzie. Patrzyłem na mokre liście przylgnięte do odwróconych łódek i o mało serce mi nie pękło. Doświadczałem przestrzeni teraźniejszej, z której jeszcze nie odlepił się pot wystawionych na słońce pleców. Noc zaczynała się szybko, ulice pustoszały w mgnieniu oka. Niedobitki, głównie Niemcy lub Austriacy, upychali się w swoich przyczepach. A my siadaliśmy na ławce i świeciliśmy rybom w oczy. Gadaliśmy o rzeczach i smakach, które kiedyś były. I znowu patrzyliśmy na nieliczne światła po drugiej stronie tego czarnego jeziora. Tam było życie, które zostawiliśmy na chwilę, zastanawiając się, czy bylibyśmy w stanie zostawić je na zawsze. Raz weszliśmy do Balatonu, ale już było czuć, że to koniec wody w tym roku. Pierwszej nocy w węgierskim miasteczku minęliśmy się tylko z pulchnym jeżem. W markecie kupiliśmy ostatniego czternastoletniego Tokaja niemal za bezcen. Wypiliśmy go w Budapeszcie z Francuzem. Szwed był tak skacowany, że odmówił. Jedną noc spaliśmy z Polakami, którzy podróżowali po południowej Europie na rowerach. I znowu zdarzyło mi się patrzeć na warszawiankę jak na obcy gatunek – z ciekawością i niedowierzaniem. Z Węgier zabrałem ze sobą palinkę, wafle o smaku Kukuruku, „Szatańskie tango” na DVD i piach. A potem był Wiedeń. Chcieliśmy zobaczyć wilki, ale się schowały.

Polski chłód przyjął nas jak surowy ojciec. A jednak grecka sól nie wyparowała z mojej skóry do końca. Węgierska noc wymościła sobie gniazdo w przedsionku mojego serca. Przywiozłem ze sobą kawałek tamtych przestrzeni i domyślam się, że będę chciał je kiedyś zwrócić. Nie wchodzi się jednak dwa razy do tej samej rzeki, co znaczy tyle, że nawet jeśli wrócę w tamte miejsca, będą już należały do innych wymiarów. Nie odnajdę już tych samych fal, które ostatniej nocy przed odlotem przyjęły moje ciało i nagie ciała trzech kobiet. Balaton będzie gęsty od materaców i żagli, wieczory huczne i rozświetlone. A my, chociaż dotrzemy tam po naszych śladach, będziemy już gdzie indziej. Ponieważ z przestrzenią jest tak, jak z Waghdas Burroughsa, gdzie „dzielnice, ulice, place i mosty zmieniają kształt i z dnia na dzień przemieszczają się jak wędrowne małe miasteczka. Wygodne, drogie domy wokół schludnego placu (wszyscy mieszkańcy mają klucz do bramy) mogą zmienić się w straszne getto w chwili, gdy tam dotrzesz. Owszem, istnieją mapy, ale dezaktualizują się, kiedy tylko zostają wydrukowane”. Ponieważ jedyna słuszna mapa jest w pamięci i prowadzi do miejsc, których już nie ma.

/tekst sponsorują literki r,o,z,t,o,p,y/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (II)

Tanz Debil

W poniedziałki, wtorki i czwartki (czasami środy) chodziliśmy z Marcinem do Kredensu. Nie byłeś tam, bo gdy przyjezdżałeś, nie znałem jeszcze tej knajpy. Chodziliśy do Kredensu w wyznaczone dni, ponieważ Marcin posiadał kartki, dużo kartek, na darmowe piwo. To był chyba pomysł knajpy na przyciągnięcie studentów. Dziwne, bo Kredens był najbardziej ekskluzywnym lokalem w mieście i zawsze, gdy przychodzilismy, czułem, że jesteśmy intruzami, śmieciami, niepożądanymi łapserdakami. Co w sumie było uzasadnione – w końcu piliśmy za darmo. Karteczki odrywało się od specjalnych plakatów, które co jakiś czas pojawiały się na tablicach w akademikach i wydziałach. Marcin chyba na nie czatował, bo zawsze miał przy sobie pliczek tych niezdarnie poodrywanych papierów. Rozdawał je czasami znajomym lub po prostu tym, którzy prosili, jak banknoty. A już samo wydawanie piwa na te kartki, cóż, wyglądało idiotycznie. Trzeba było je najpierw wypisać: imię, nazwisko i nr dowodu. Wpisywaliśmy więc nazwiska nieżyjących poetów i zmyślone numery. Raz w tygodniu, albo miesiącu, odbywało się losowanie. Nigdy nie uczestniczyłem w żadnym, ale zastanawiałem się, co można wygrać i co się działo, jeśli został wylosowany np. Rafał Wojaczek. Czy był wzywany przez specjalny megafon? Czy jego nazwisko pojawiało się nad rzędem kolorowych butelek i wisiało, dopóki ktoś sugerował, że laureat raczej nie zjawi się z dowodem po odbiór nagrody (kolejnego darmowego piwa)? Kartki działały tylko w wyznaczone dni, więc kiedy budziłeś się na przykład we wtorek, mogłeś być pewny, że jutrzejszy kac będzie za darmo.

Do Kredensu przychodziło najwięcej eleganckich kobiet. Kobiet „zrobionych”, jakby wyciosanych z kawałka leszczyny, giętkich, proporcjonalnych, ubranych tak, jakby ciuchy były częścią ciała, a nie czymś co je po prostu zakrywa. Równie dobrze mogły przychodzić nago. Wyobrażałem sobie, że ściągnięcie idealnie błękitnych dżinsów z tych twardych tyłków musi być czymś w rodzaju amputacji, obdzieraniem ze skóry, torturą. A wiadomo, że jak dziewczyna wypije piwo, to nie ma zmiłuj. Kierunek WC co najmniej kilkanaście razy na wieczór. Więc najlepiej było zająć miejsce przy kiblach, żeby niczego nie przegapić. Żeby wiedzieć, na czym się stoi. A jak już się wiedziało, można było ruszać w tango. Teoretycznie. Jeśli przychodziłeś sam (ja nigdy nie byłem sam w Kredensie, ale Marcin był i opowiadał), to nagle znajdowało się wiele kobiet w sile wieku, które chciały ci postawić drinka albo dwa. Zwyczajnie. Nie miało to oczywiście większego sensu, skoro przychodziło się z kieszenią wypchaną bonami na Żywca, Lecha, Tyskie. No ale zawsze to jakaś alternatywa. Nie wiem, czy Marcin dał sobie postawić. Bo to jest mocno podejrzane, to jest odwrócenie porządku, kiedy facetka proponuje drinka. Za tym zawsze kryje się jakaś przemoc, cierpienie większe lub mniejsze. A nam chodziło o to, żeby się po prostu napić. Po to w końcu opuściliśmy domy rodzinne i zamieszkaliśmy w tych wszystkich kawalerkach, mieszkaniach studenckich i Bóg wie jeszcze jakich ruderach.

Dobrze więc było usadowić się tak, żeby jednocześnie mieć oko na parkiet, na którym zawsze ktoś się poruszał. Nawet jak był mały ruch (wczesna godzina), to przynajmniej jedna wykonywała ruchy w rytm badziewiastej muzyki XXI wieku. Jakby chciała w ten sposób zamanifestować: „a weźcie się pierdolcie wy wszyscy zasrańcy”. Nie robiło to na mnie wrażenia, zwykle kumałem o co chodzi. Taniec od zawsze łączył mi się z zawziętością. Nie z bezpretensjonalną zabawą, a zapalczywością, ślepą walką przeciwko światu. Tak czuję i dzisiaj. Dlatego stanowczo i możliwie grzecznie odmawiam. Zwykle poirytowane koleżanki nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób ratuję im życia. Bywają jednak momenty, kiedy naglę odzyskuję świadomość wśród rozbujanego tłumu i muszę potem lizać rany. Tak czy inaczej, muzyka w Kredensie była dziadowska jak rmf fm i zetka do kwadratu. Stare kawałki Kylie Minogue, zaplątane w setlistę, były jak drobne porażenia prądem, które na chwilę przywracały do rzeczywistości.

Część ścian w Kredensie wypełniały półki z książkami, których nikt nie czytał. Istniały chyba tylko dla ozdoby. Rozumiesz więc, że było to miejsce idealne dla mnie. Wcale nie miałem ochoty szperać w tym księgozbiorze, bo i tak pewnie nie znalazłbym nic dla siebie, chociaż niewykluczone, że mógłbym coś znaleźć. Wystarczyło mi, że one tam stały, poupychane w szczelinach, polakierowane wraz ze ścianą. Były swojego rodzaju gwarancją podtrzymania rozmowy. Bo kiedy nie wiedziałeś już o czym gadać, to zawsze mogłeś wykonać romantyczny gest i jakby od niechcenia zauważyć jednokolorowe grzbiety wokół, mówiąc: „a właśnie, czytałaś coś ostatnio?”. Bardzo ryzykowne. Poleciłbym w absolutnej ostateczności i jedynie komuś, kto – jak ja – w tańcu zaciska pięści do białości. Zawsze to jednak jakieś wyjście. Zresztą, nie wiem, czy w Kredensie dziewczyny w ogóle potrafiły mówić. Chyba nigdy tam z żadną nie rozmawiałem (Marcin, owszem). Zwykle przychodziłem tam, jeśli już, z chłopakami obładowanymi książkami (no, bo polonistyka, filozofia, może socjologia), których Marcin łaskawie obdarowywał karteczkami. Oczywiście rozmawialiśmy o tych książkach, obserwując uważnie drzwi od damskiego kibla. Przynajmniej ja obserwowałem, bo miałem nadzieję, że przez szparę uda mi się wreszcie zobaczyć ciało obdarte z falującej skóry, czerwone i lśniące od napiętych mięśni i stawów. Jeszcze przez jakiś czas, po tym jak Kredens się skończył, moja ciekawość do ludzi przeważała nad ciekawością do książek. Potem przegrała.

Właściciele Kredensu założyli drugą taką sama knajpę, tylko z inną nazwą, jedną ulicę dalej. Myk był tam taki, że przy barze siadało się na starych, lecz odrestaurowanych i zakonserwowanych kiblach. Taki koncept, nic dodać, nic ująć. Piwo było drogie, drinki kolorowe, barmani tępi i obrzydliwie wyperfumowani. Burdelowe, zbyt mdławe światło przeszkadzało bardziej niż koszmarna muzyka. Było go tyle, ile tego pociągowego z wiersza Andruchowycza: „żeby nie zasnąć i nie czytać, dokładnie tyle, żeby się powiesić”. Tam już nie było kobiet, tylko karykatury kobiet. Szczerbate dziewczyny o cerach, jakby co wieczór nakładały maseczkę ze spermy. Pseudo-eleganckie ciuchy z bazaru, zbyt mocarne dłonie, męskie palce z pomiędzy których nienaturalnie sterczały slimy i paznokcie ciężkie od grubej warstwy jarzącego się lakieru. Jakby kredensowe krzywe zwierciadło wypluło z siebie rój na drugi koniec ulicy, ponieważ w gnieździe nie było już dla nich miejsca. I ta szarańcza żywiła się wszystkim, co uznawała za glamour. Smutny i przerażający widok. Obraz skomponowany ze strzępów. Obłędny kolaż badziewia i syfu udający elegancję-francję. Ta wykorzeniona kopia dresiarskiego Kredensu również zawierała pomalowane półki z książkami. Patrzyłem na te zgniłozielone grzbiety i myślałem o końcu świata z dziwnym spokojem. Dzisiaj, po lekturze Krasznahorkaia, potrafię nazwać to, co wówczas czułem: „W gruzach jest wszystko, co zbudowane, wraz z rozczarowaniem i kłamstwem, tak jak w lodzie jest tlen. A w budowaniu każda rzecz jest do połowy, w gruzach każda rzecz jest całością”. Bo ten obraz, to były gruzy, w których poruszalismy się po omacku.

Wkrótce potem knajpa „kopia” spłonęła. Stwierdzono podpalenie, lecz nie sądzę, by podpalacze czytali „Melancholię sprzeciwu”. Nikt po tym specjalnie nie płakał, wszyscy rozleźli się po innych lokalach, gdzie zamiast na fosforyzujacych sedesach, siadało się na zgniłych, brudnych kanapach. Tymczasem akademiki nagle przestały wydawać kartki na darmowe piwo do super-ekskluzywnego pubu i trzeba było sobie zacząć radzić w inny sposób.

/tekst sponsorują literki d,e,r,t,o,d/

  • Kalendarz

    • Listopad 2017
      Pon W Śr C Pt S N
      « Lip    
       12345
      6789101112
      13141516171819
      20212223242526
      27282930  
  • Szukaj