Paulina Danecka – potem nie wie

Wracając do Warszawy. Wyborem nie jest: wieś czy miasto, raczej: sama, czy z kimś. Sama ale nie samotna – serialowe zamydlenie. Wyboru brak. Czysta prawda po wódce : zawsze samotna. I pije coraz więcej. Samotna w wielkim mieście. Bez seksu i bezdzietna. Po trzydziestce i podróżowała. Pogubiła pióra.
Kilka dróg niewyjścia i nielotu – kręgi zawężają się wskazując dwa jako liczbę najlepszą, bo ostateczną – a przecież to nic innego, jak suma 1+1 – jak różnica pomiędzy. Znacząca.
Stado dzieli się, żeby się mnożyć. Za długo kalkulowała. Wraca do miasta i widzi jak niespokojne, kiedyś przyjazne duchy orłów i sokołów sowieją, kurzą się i nie umieją chodzić inaczej jak o lasce, a laski inaczej jak za rękę. Ko, Ko. To nic złego – czasami wierzy w ten podstawowy system działań, częściej obserwuję odejmowanie.
Mijanie. Jeszcze nie ostateczne, nie słów, nie znaczeń tego co zaszło, relacji nadal istniejących (przeszłość nie straci swej wartości dodatniej), ale odkąd u duchów-druhów przeszłości wartość dodana – on/ona, narzeczony/narzeczona, relacja pomiędzy przeszłościami zmienia się – emocje stygną – ciepło i uprzejmie. Jak przez mgłę.
Kilka motyli łopoce na firankach podobnie urządzonych mieszkań. Zrób to sama. Myśli i mija. Po trzydziestce. Stoi na parapecie. Uczy się w tym trwać i nie wyrywać piór, nie prowokować wiatru, nie poddawać się. Oddycha. Patrzy jak się pozmieniało pod dachem nieba. Więcej tlenu. Zmieniły się pytania. Już nie: jak to?, ale: jak łatwiej? Bo zima wzywa do odlotu.
Która nie dodaje, stoi na jednej nodze z jednym skrzydłem bardziej różowym. Wyskubana z nadziei. Do pewnego momentu odlotowo, potem nie wie – nie musi wiedzieć potem. Szczęście puka do drzwi. Ktoś otwiera. Przeciąg. I do widzenia.

/tekst sponsorują literki t,r,z,y,d,z,i,e,ś,c,i/

Paulina Korzeniewska – Wuja Junder i świadkowie Jehowy

Wuja Junder rąbał drewno w podwórku i rozmyślał. Przerwała mu para elegancko ubranych młodych ludzi, którzy pewnym krokiem przeszli przez furtkę i stanęli obok czekając, aż poświęci im uwagę.

– Dzień dobry! Możemy przeszkodzić? Chcielibyśmy z Panem porozmawiać o Bogu, który pomaga nam przejść przez najgorsze i dokonuje cudów na naszych oczach. Może zechciałby Pan wówczas dołączyć do naszej wspólnoty.

Junder zaszczycił ich spojrzeniem, oparł ręce na siekierze i odparł:

– Jeśli położycie tu głowy, a ja je wam upierdolę, i mimo to wstaniecie i będziecie chcieli rozmawiać, to to będzie cud. Wtedy się zgodzę.

To był początek końca tej rozmowy. Wuja Junder pozostał katolikiem.

/tekst sponsorują literki p,o,c,z,ą,t,e,k k,o,ń,c,a/

Filip Makowiecki – Jaskra

Janina z wielkim trudem odczytywała instrukcję przyrządzania zupki chińskiej i rozmyślała, jakie to wpierw było zabawne: te żółte na góra-lewo i fioletowe na prawo-dół cienie wokół każdej litery. Było, ale przecież szybko zaczęło jej przeszkadzać. Mrużąc oczy w wąskie, wąskie szparki, Janina zajrzała do Wikipedii i już wiedziała, że nie ma dla niej ratunku. Rozsiadła się zatem w fotelu i postanowiła, że teraz nic, tylko czeka z wielką łychą, aż cały świat przeobrazi się w jej oczach w morze nieznacznie rozgotowanej kaszy jaglanej.

– Mniam! – szepnęła z zadowoleniem.

/tekst sponsorują literki p,o,c,z,ą,t,e,k k,o,ń,c,a/

Filip Makowiecki – Rak skóry

W przypływie dobroci Radek postanowił pomóc światu, to bardzo nienaganne postanowienie przecież. Pewnego marcowego poranka wyruszył więc wraz z innymi wolontariuszami na kwestę uliczną. Z najbardziej entuzjastycznym z uśmiechów przechadzał się od przechodnia do przechodnia:

– Dzień dobry, zbieramy na falę tsunami! Dzień dobry, zbieramy na falę tsunami!

– Ale przecież dopiero co była – zafrasowała się pewna staruszka – Ale podoba mi się twój zapał.

Wrzuciła do puszki całą stówkę, która po sześciu godzinach zbierania złożyła się na kwotę stu jedenastu złotych i siedemdziesięciu groszy. To był dobry wynik, za który Radek otrzymał pamiątkowy dyplom i wzmiankę w lokalnej gazecie. Jak tu się nie cieszyć?

Wieczorem Radek odkrył, że mięśnie mimiczne zdrętwiały mu w uśmiechu, który bardziej niż uśmiech przypominał teraz grymas monopolowego żula. Starał się rozmasować zmartwiałą twarz, lecz zamiast ulgi czuł tylko, że skóra rozwarstwia mu się jak tanie chusteczki higieniczne. Rano natomiast obudziło go dojmujące pieczenie. Przerażony pobiegł do lustra i zobaczył nagie, czerwone mięśnie z delikatnie zaznaczonym prążkowaniem. Rozejrzał się po pokoju i dostrzegł swoją twarz uciekającą pełzakiem w kierunku drzwi.

– Wracaj! – wrzasnął, a zaraz potem wrzasnął po raz drugi, z bólu.

– Nie! – odpowiedziała twarz z uśmiechem.

/tekst sponsorują literki ż,e,l,k,i/

Filip Makowiecki – Astma

Było upalne popołudnie, a Anna po czterech godzinach pielenia astrów była dopiero w połowie trzeciej rabatki. Przysiadła na rozkładanym krzesełku i westchnęła cicho:

– Ach, jak ciężko mi się dzisiaj oddycha.

– Ochdpocznij schobie – szepnęła jej wdrukowana w płuca przyjaciółka – Ochdpocznij!

– Ach, ach, chhhhhhhhkqwerty…

/tekst sponsorują literki z,n,i,k,ą,d p,o,m,o,c,y/

Mateusz Łapiński – Wielka stopa

Oficjalnie podniosłem stopę bezrobocia. Byłem mały, a ona taka wielka! Popatrzyłem na nią, powąchałem. Była brudna i śmierdziała. Nie chciałem mieć z nią więcej do czynienia. Pragnąłem ją jak najszybciej opuścić. Zacząłem uciekać, ale cień stopy cały czas nade mną krążył. Pobiegłem w prawo – bez szans, w lewo – jakieś krzaki, ale wciąż czułem jej obecność. Szamotałem się w chaszczach, ale bezskutecznie – nie było stąd wyjścia. Krzyczałem, płakałem, nie mogłem.

* * *

– Przepraszam, teraz chyba pana kolej? – odezwała się do mnie jakaś kobieta, budząc mnie ze snu. Miała na oko jakieś pięćdziesiąt lat i zauważyłem, że było jej raczej wszystko jedno. Rozejrzałem się. Fakt: nie byłem u siebie w łóżku, tylko w poczekalni. Żywiłem cichą nadzieję, że nie przebierałem nogami (to mój odruch podczas biegu we śnie). Odwróciłem się przez ramię: za mną rozciągała się spora kolejka petentów PUPy. Wszyscy  oni patrzyli na mnie tak jakby chcieli powiedzieć: „Idiota, noclegownię sobie znalazł. A kolejkę zapycha”. Chciałem to wrażenie jakoś odnieść do postaci księcia Myszkina (akurat był ze mną Dostojewski), ale nie udało się. Podniosłem się zatem czym prędzej. Fiodor też wstał. Powiedziałem mu:

–  Michałycz, odpocznijcie sobie. Ja to załatwię.

Ale uparł się chłopina i ruszyliśmy razem do konsultantki.

* * *

Wprowadzanie moich danych osobowych oraz doświadczenia zawodowego zajęło tej pani około pół godziny. Nie było w tym nic dziwnego, skoro podczas wspomnianego zadania konsultantka nie wykorzystała możliwości pisania bezwzrokowego na dwie ręce. Sam bym  wprowadził niezbędne informacje przez Internet, ale nie mogłem tego oczekiwać, skoro na polu informatyzacji administracji publicznej mój kraj został sklasyfikowany za Kazachstanem. Nagle pani konsultantka zauważyła Dostojewskiego i poprosiła go o zajęcie miejsca w kolejce (obsługiwana może być tylko jedna osoba). Fiodor, który doskonale znał polski, poinformował ją, że chciałby znaleźć pracę, dlatego przyszedł.

– Czym się pan zajmował dotąd?

– Pisaniem i katorgą.

– Przykro mi, ale nie mamy ofert pracy dla redaktorów. Natomiast gdy zostanie pan zarejestrowany, będzie pan musiał regularnie stawiać się co miesiąc i meldować o swoim aktualnym statusie (zatrudniony/niezatrudniony), abyśmy mogli każdorazowo stwierdzić pańskie prawo do zasiłku dla bezrobotnych.

* * *

Ergo: w tym kraju nie ma miejsca dla ludzi pióra. Ale katorga zawsze się znajdzie.

/tekst sponsorują literki s,t,ą,d d,o,t,ą,d/

Marcin Muth – Biedny bogaty człowiek

Byłem w jego gabinecie wtedy. Wtedy, gdy jego imperium miało przeprowadzić decydujący kontratak. Kontratak, który miał przywrócić dawną świetność. Świetność, w którą nie zwątpił tylko on. On – twórca imperium reklamowego rozciągającego swoje wpływy na cały kraj i działającego na wszelkich możliwych polach przekazu, nie wyłączając globalnej sieci, która niedawno zdobyła sporą popularność także w naszym kraju, podkopując jednocześnie pozycję tradycyjnych mediów, których wzorowe wykorzystanie zapewniło pozycję hegemona małej firmie stworzonej nie tylko na obrzeżach wielkiego świata, ale nawet na obrzeżach miasta, a można rzec, na obrzeżach obrzeży. Obrzeży urokliwych, ale zawsze obrzeży.

Pan Wacek, tak go bowiem zawsze nazywaliśmy, albowiem nie było nam wolno zwracać się do niego po imieniu. Po imieniu to będę do was mówił ja, a wy do mnie będziecie mówić „Panie Wacku”, wytłumaczył kiedyś współpracownikom. Współpracownikom, którzy zaliczali się do starej gwardii i mieli zaszczyt usłyszeć z ust Pana Wacka więcej niż ci, którzy dołączyli później. Ci, którzy dołączyli później musieli się zadowolić opowiadaniami starogwardzistów, którzy jednak argumenty Pana Wacka częstokroć przekręcali i dopasowywali do sowich potrzeb. Potrzeb, które rosły w miarę rozwoju imprerium a nie zmalały jakoś dziwinie, gdy imperium zaczęło się chylić ku upadkowi. Ku upadkowi, którego miałem stać się przypadkowym świadkiem.

Pan Wacek siedział naprzeciw mnie, patrząc głęboko w oczy. Oczy jego nie zdradzały żadnego stanu psychicznego tak jakby po prostu nic zza nich nie patrzyło na mnie. Mnie to fascynowało. Fascynowało szczególnie, bo znałem go od niedawna i to pierwszy raz kogoś takiego. Takiego nietuzinkowego. Nietuzinkowego nawet nie w sensie, że jakoś szczególnie potężnego czy predysponowanego do działań heroicznych czy coś. Coś było w nim raczej innego, niesłychanie ulotnego. Ulotnego jak nic. Nic nas nie powstrzyma, zobaczysz, dzisiejsze spotkanie to będzie początek odbudowy naszych wpływów, powiedział optymistycznie. Optymistycznie to znaczy z olbrzymią wiarą, że musi się udać. Musi się udać, bo przecież zawsze się udawało. Udawało się Panu Wackowi zdobywać klientów, którzy powierzali mu przeogromne budżety, dzięki którym on mógł rozmnażać ich klientów przy pomocy wyjątkowo skutecznych metod perswazyjnych.

Panie Wacku, jestem pewien, że wszystko pójdzie świetnie odbijecie się od dna. Odbijecie, powiedziałem, bo już wcześniej było wiadomo, że ja odchodzę. Odchodzę, bo nie złapałem chemii z Panem Wackiem i uległem podszeptom jego wrogów. Wrogów, których na własnej wątłej piersi wyhodował, karmiąc przez lata swoją próżność ich fałszywymi pochlebstwami, jednocześnie karmiąc ich bajkami o przyszłych sukcesach i wysokich apanażach. Apanażach, które zawsze zostawały tylko w jego ustach łapiących marzenia młodych ludzi jak siatka motyle kolorowe. Kolorowe było towarzystwo, które zgromadził wokół siebie, licząc, że znowu, jak niegdyś, poprowadzi je do sukcesów. Sukcesów, które jednak teraz były bardziej rojeniem wariata niż realną możliwością mogącą zajść w tym czasie i tej przestrzeni.

Malutki stryszek mieszczący serce agencji znajdował się dokładnie nad naszymi głowami i skrzypiał. Skrzypiał pod ciężarem goniących się po nim pracowników działu kreacji. Kreacji, która nigdy nie była znakiem rozpoznawczym firmy, ale ostatnio jakby zyskała na znaczeniu głównie ze względu na wycieńczające osłabienie innych działów. Innych działów było około pięciu. Około pięciu, bo nie wszystkie dawało się zidentyfikować czy też uzasadnić ich istnienie. Istnienie działu strategii i obsługi klienta z pewnością było niepodważalne, ale już w przypadku księgowości, kadr oraz fundacji trudno było wyznaczyć granice, a także znaleźć głębszy sens w działaniach jego pracowników. Pracowników pozostałych, tych wyraźniejszych, działów także trudno było przyłapać na robieniu czegokolwiek sensownego, w ich przypadku było to związane z polityką ich szefów, podczas gdy działy księgowości, kadr oraz fundacja stanowiły udzielne księstwo samego Pana Wacka, który uważał je za stragicznie podstawowe. Podstawowe, zapewniały bowiem byt nie tylko agencji, ale także innym częściom imperium, o których istnieniu wiedziałem bardzo niewiele, choć krążyły o nich fantastyczne legendy.

Jedna z legend mówiła na przykład o tym, że w skład imperium wchodzą nie tylko liczne firmy i firemki działające na pograniczu reklamy i marketingu, ale także niesłychanie intratne przedsięwzięcia Na Wschodzie oraz sieć sklepów spożywczych Maślanka jak i niezliczone osiedla mieszkaniowe coraz wyższej klasy na coraz głębszych peryferiach miasta. Miasta, które zdawało się dość rozwlekłe, by zmieścić mniej więcej milion osób zmuszonych do korzystania z towarów i usług, które Pan Wacek reklamował i sprzedawał, ale było zbyt małe, aby zmieścić ego Pana Wacka. Ego Pana Wacka, choć kompletnie puste w środku, to jednak ogromne było jak nie wiadomo co. Jak nie wiadomo co, bo nie ma rzeczy tak wielkiej, do której dałoby się je przyrównać. Przyrównać od biedy można je było jedynie do skąpstwa Pana Wacka. Skąpstwa Pana Wacka zaznało wielu jego współpracowników i podwładnych, którzy w pocie czoła budowali potęgę jego imperium, zorientowawszy się jednak, że nigdy nic z tego nie będą mieli poza wdzięcznością Pana Wacka, jak jeden mąż zabierali kawałki Pańskiego Wackowego królestwa i szli sobie.

Teraz ja też miałem pójść, bo nic to po mnie, myślałem. Myślałem tak, ale Pan Wacek myślał jednak inaczej. Inaczej, bo w głowie mu się nie mieściło, że ktoś może nie widzieć wszystkich wspaniałości jego imperium, przewag nad konkurencją i profitów wszelakich, jakie przecież obiecywał, pokazując prezentacje powerpointowe pełne zdjęć z ciepłych krajów oraz zawiłych teorii motywacyjnych, które wydawały się tyleż chytre, co naciągane. Naciągane były również argumenty, którymi próbował mnie przekonać do pozostania w firmie. W firmie mojej możesz liczyć na to, że jak będziesz miał sukces, to będziesz miał pieniądze. Pieniądze liczyły się dla Pana Wacka bardzo, z tym jednak zastrzeżeniem, że był pewien, iż wszystkie pieniądze powinny być w jego rękach i nie mógł pojąć, dlaczego inni ludzie chcą mu je zabrać. Zabrać jego pieniądze chcieli przede wszystkim jego pracownicy, ale nie tylko. Nie tylko, bo także państwo chciało je zabrać, konkurencja chciała je zabrać i klienci chcieli je zabrać najbardziej. Najbardziej chcieli je zabrać klienci, którzy bez Pana Wacka byliby nikim. Nikim jest ten drugi, do którego idziesz, on jest skończony, wyrwało się mu, gdy tak siedzieliśmy słuchając skrzypania strychu nad nami.

Nie ma ludzi skończonych i nieskończonych, odparłem, są tylko ludzie, których znam i których nie znam, a ja wolę raczej w tym przypadku wybrać tych, których nie znam. Nie znam drugiego tak upartego człowieka jak ty, odpowiedział niezniechęcony, to pewnie dlatego, że nie byłeś na spotkaniu, na którym pokazywałem prezentację. Prezentację pokazywaną na spotkaniu pracowników, którzy nie zdecydowali się jeszcze na odejście, znałem z opowieści. Opowieści mówiły o czymś tak dziwnym, że trudno było im dać wiarę, zwaliłem zatem ich treść na karb specyficznego poczucia humoru oraz zwyczaju nabijania się z dziwnych pomysłów Pana Wacka w taki sposób, że się je ubarwiało oraz hiperbolizowało bez umiaru. Umiaru jednak Pan Wacek nie znał chyba również, bo prezentacja, którą otworzył na swoim laptopie, który kosztował pewnie więcej niż wynosiły moje miesięczne zarobki, choć i tak zarabiałem prawie najlepiej spośród tych, którzy niczym tutaj nie zarządzali, a jedynie dokładali węgla do pieca ogrzewającego ego naszego słońca. Słońca było dużo w prezentacji, prawie na każdym slajdzie młodzi ludzie biegali w słońcu po plaży z deskami albo jeździli w słońcu na nartach albo ścigali się kabrioletami po słonecznych bulwarach.

Zaniemówiłem, widząc te wszystkie zdjęcia. Zdjęcia pokazywały bowiem najtańsze marzenie, jakie mogłem sobie wyobrazić, choć przecież dorastałem w siermiędze mrocznych lat 80. i badziewiu rozhulanych lat 90., a zatem nie miałem szczególnie kolorowych objawień na temat swojej przyszłości. Przyszłości jednak nie widziałem także w stockowych zdjęciach, które zaserwował mi człowiek, który myśli, że jeszcze nie raz rzuci świat na kolana. Kolana mi zmiękły z przerażania, gdy dodałem sobie to co widzę, to co słyszę i to co przeżyłem przez ostatnich kilka miesięcy, jakie przepracowałem w imperium. Imperium jawiło mię teraz niczym domek zbudowany nawet nie z klocków lego, ale takich drewnianych dla mniejszych dzieci, co się nie zczepiają a tylko układają. Układają się w głowie czasami obrazy, które wcześniej wyświetlały się we fragmentach, jakby się miało oczy zamknięte to z czego wynikają, z czym są połączone i do czego służą. Służą temu specjalne techniki zasłaniania obrazów, żeby się człowiek za szybko nie zorientował i nie uciekł gdzie bądź. Bądź poważny, powiedział Pan Wacek, nie odrzucaj przyszłości w imperium. Imperium dziś jest w kryzysie, ale za kilka lat, z Twoją pomocą, osiagiemy taki stan, że młodzi ludzie w knajpach będą rozmawiać o tym, że marzą o pracy u nas.

Nie lubię słońca, Panie Wacku, powiedziałem, i nie rozumiem dlaczego Pan mi to pokazuje. Pokazuje, Pan Wacek nie stosował raczej końcówek „ę” i „ą”, co było powodem wielu żartów, żeby pokazać, iż każdy w naszej firmie może spełnić swoje marzenia. Marzenia, Panie Wacku, mam inne, ale doceniam, że zechciał mi Pan pokazać swoją wizję przyszłości, z pewnością spodoba się ona wielu młodym i zdolnym ludziom. Ludziom, którzy pomogą Panu odbudować potęgę imperium, nad którym słońce nie zachodzi. Zachodzi jednak między nami pewna różnica w ocenie rzeczywistości, której nie możemy nie brać pod uwagę. Uwagę Pana Wacka przykuła accountka, jedna z dwóch, które zatrudnił niedawno w miejsce dwóch osób, które odeszły, honorowo nie zabierając z firmy niczego poza nieprzekonującym know-how oraz przekonaniem, że nie wrócą tu za żadne pieniądze. Pieniądze, Panie Wacku, potrzebuję na herbatniki dla Pana Szachraja, który dziś przyjeżdża na spotkanie. Spotkanie miało się odbyć za jakąś godzinę, skądinąd wiedziałem, że Pan Szachraj rozmawia równocześnie z osobami, które już opuściły imperium i prawdopodobnie będzie chciał to tak rozegrać, żeby dostać produkt, nie płacąc ani Panu Wackowi, ani tym, co chcą Pana Wacka jakby pominąć.

Accountka dostała pieniądze na herbatniki, Pan Wacek spojrzał na mnie. Mnie się zrobiło smutno, że mu odmawiam i jakby opuszczam w potrzebie, zostawiając na łaskę i niełaskę Szachraja. Szachraja, który jeździł jeszcze większym samochodem niż Pan Wacek, a także prawdopodobnie miał imperium większe niż Pan Wacek sobie wyobrażał, a wszystko tylko dzięki temu, że w odpowiednim miejscu i czasie miał odpowiednią ilość lat, tupetu oraz, co za tym idzie, dolarów. Dolarów, które gromadził na wycieczkach Orbisu, pracując jako pilot w latach 80. 80. lata to była kuźnia biznesmenów polskich, łza się w oku kręci, Pan Wacek się nie załapał na kuźnię, ale miał tyle szczęścia, że sie załapał na pierwsze lata dobrobytu. Dobrobytu, który wywindował go na niemal sam szczyt piramidy pokarmowej kapitalizmu. Kapitalizmu, który twarz miał niezbyt mądrą, niezbyt przenikliwą i niezbyt interesującą. Niezbyt interesującą jak cały Pan Wacek i jego imperium.

Biuro Pana Wacka to był najpyszniejszy pokój w kamienicy. Kamienicy jego. Jego bowiem było wszystko jak okiem sięgnąć. Sięgnąć po cokolwiek było jednak w gabinecie dość łatwo, bo nieduży był, choć mieścił imponujący stół i jeszcze biurko. Biurko nie musiało być duże, bo Pan Wacek był raczej nikczemny wielkością. Wielkością grzeszyły natomiast meble, które pomieściłyby pewnie ega większe od mojego czy, trudno w to uwierzyć, Pana Wackowego, jak choćby Szachraja ego. Ego, okazuje się, często idzie w parze. W parze z powodzeniem. Powodzeniem też Pan Wacek grzeszył. Grzeszył, bo kobiety się wprost na niego rzucały. Rzucały wszystko, bo widziały w nim coś, czego nie dostrzegali ludzie małej wiary.

Wpatrywałem się po raz już ostatni w oczy Pana Wacka, próbując sobie odpowiedzieć, co ja tam właściwie widzę? Widzę, myślę, że to nie jest szaleństwo, to nie jest geniusz, bo gdzieżby tam geniusz, to nie jest też paranoja, inna choroba nie. Nie, to jest coś bliskiego absolutnej pustce, przezroczystej, nieskończonej, nieuchwytnej pustce. Pustce, której można nadać nazwę, ale musiałaby to być nazwa zupełnie nowa. Nowa jak…. Jak pan tego nie czuje to pan tego nie zrobi, przeszedł nagle na „pan” i przerwał mi tok myśli. Myśli się rozsypały, ja się zacząłem zbierać do wyjścia. Wyjścia, przez które weszła jedna z dwóch nowych accountek z herbatnikami. Herbatnikami z cukrem godnymi nowej lepszej sprawy. Sprawy się tak poukładały, że nie miałem skosztować ani jednego.

/tekst sponsorują literki c,e,s,a,r,z/

  • Kalendarz

    • Lipiec 2017
      Pon W Śr C Pt S N
      « Lip    
       12
      3456789
      10111213141516
      17181920212223
      24252627282930
      31  
  • Szukaj