Rafał Derda – żelki

– co pan myśli o żelkach witaminowych dla dorosłych?

– myślę, że to przyszłość w segmencie żelków dla dorosłych.

/tekst sponsorują literki ż,e,l,k,i/

Reklamy

Rafał Derda – ja i mój rowerek

nas nie doganiat;
smiertć nie doganiat

/tekst sponsorują literki z,n,i,k,ą,d p,o,m,o,c,y/

 

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (VII)

Tory! Tory! Tory!

Tory, zawsze tory, gdy próbuję sobie przypomnieć dokąd jechałem. Musiałem jechać, skoro widzę tory. Przez lata, kiedy samochód siłą rzeczy stał się jedynym środkiem transportu, pielęgnowałem pamięć o podróżach koleją, bo jedynie kolej potrafi wcisnąć ci ten obłędny obraz świata niczym za pociągnięciem pędzla na płótnie. Jedynie w pociągu można sensownie poczuć się częścią jakiejś większej całości, bo przedziały znoszą granice i akceptują wszelkie odmiany człowiecze. Tęskniłem do wagonów PKP szczerze i żarliwie, spędzając samotne godziny, setki godzin, za kółkiem trzynastoletniej hondy, która przy wyprzedzaniu ryczała jak zarzynana świnia. Kiedy próba mieszczańskiego stylu życia zakończyła się katastrofą, perspektywa posiadania samochodu wydała się idiotyczna. Coraz częściej więc zostawiam go na Wyspiańskiego pod domem i udaję się na dworzec, żeby razem z tymi wszystkimi smutnymi ludźmi podróżować z miasta do miasta. Tłoczymy się w korytarzach, rozpychamy w przejściach, zmuszamy do nadludzkiego wysiłku, by zachować jakieś normy i nie rzucić na siebie jak zaszczute psy. Sytuacja kolei w Polsce uległa w ostatnich latach dramatycznemu pogorszeniu, ale jedno się nie zmieniło – poczucie, że przedział, do którego wsiadłem pierwszy, należy do mnie. No i jeszcze szlugi, tradycyjnie, pali się po kiblach. Teraz ma to przynajmniej uzasadnienie. Nasze prostoduszne i głupkowate państwo o to zadbało.

Od zawsze marzyła mi się książka o kolei. Robiłem notatki, zapisywałem widoki, gromadziłem kolosalny materiał, całą śmierdzącą i olśniewającą epopeję ludzką na dziesiątkach karteluszek, biletów. Dzisiaj jednak rozumiem, że nigdy nie zamknę tego ani w jednym tomie, ani nawet w calej encyklopedii, bo zbyt łatwo rozdzierający, zachwycający lament zmienia się w radosny jarmark, lapidarną notatkę. Muszę ograniczyć się do chwiejnej pamięci. Do pamięci kurczącej się nieubłagalnie. Zostać z nią sam na sam, jedyne wyjście. Bo każda, nawet banalna podróż dajmy na to z Torunia do Ciechocinka, niechby w towarzystwie najwytworniejszej kompanii, wynosi mnie na nieboskłon samotności, otwiera długaśną drogę w rejony niedostępne dla człowieka w spoczynku. Żaden z tych obrazów nie układa się w porządek. Nie odpowiada na żadne pytanie. Nie definiuje, nie kategoryzuje. Po prostu jest ustępem z wielkiej niepisanej księgi czarów, która – gdyby tylko ją spisać – na papierze straci swoje magiczne właściwości. Kto zresztą zrozumie podróż drugiego człowieka? Dogłębnie, odpowiednio? To jak z opowiadaniem snów, które nikogo nie obchodzą, oprócz tych, którzy je wyśnili (wyjąwszy oczywiście sny Wiedemanna). Tak myślę, jednocześnie obracając w głowie widoki z okien śmierdzących przedziałów.

Pamiętam na przykład jazdę z Grudziądza do Torunia bladym świtem, kiedy to zbiegłem z obozu koncentracyjnego dla początkujących poetów – czytałem wówczas z przejęciem „Bieg zjazdowy” Majzla i zanotowałem ogrom słońca. Albo trasę Wrocław-Toruń, którą pokonywałem z Klementyną – śmialiśmy się bardzo dużo, jak nigdy dotąd, z jakiegoś powodu, nie pamiętam już. Albo podróż z Zakopanego do Małkini, sprzed kilkunastu już lat, z moją matką i zakonnicą, która dopytywała się, kim chcę zostać, jak będę już duży – odpowiedziałem wreszcie tej upartej, pogodnej kobiecinie, że zostanę sławnym pisarzem i zachleję się na śmierć. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć z czystym sumieniem, że robię wszystko, co w mojej mocy, żeby słowa dotrzymać, przy okazji spędzając setki kilometrów w korytarzach, śpiąc na manelach, śpiąc na stojąco. Pisania jest niewiele, ale czytania starczy na podróż do końca świata i z powrotem. Niezliczona ilość stron przewróconych w przejściach między wagonami. Normalni ludzie potrzebują czegoś do czytania w pociągu, żeby zabić nudę. Czytają więc kryminały i harlequiny, tak zwaną „literaturę pociągową”, która podobno jest w „sam raz”. Niepojęte, że komuś chce się marnować czas na coś, na czym mu nie zależy. Każda literatura nadaje się do pociągu, a najbardziej kanoniczna, trudna. W drodze sprawdza się jej wiarygodność, w drodze sprawdza się skuteczność wierszy. Bo pociąg jest środekiem transportu dla melancholików, którzy nie mają kiedy czytać. Trudno o lepsze miejsce do studiowania filozofów i pielęgnowania mizantropii.

Tym bardziej trudno o lepsze miejsce do zrozumienia Canettiego: „Najlepiej siedzi się wśród ludzi, których się nigdy więcej nie zobaczy, i można zniesć ich dopóty, dopóki się wierzy, że nigdy nic nam nie zrobią”. Zazdroszczę tym, którym dane są trasy rzadko uczęszczane, zapomniane, ale jeszcze jakimś cudem obsługiwane przez kolej. Czym się różni pragnienie posiadania przedziału na własność od chęci posiadania własnego domu? Dla ludzi takich jak ja – bez adresu zameldowania, bez nieruchomości za rogiem, bez rodziny – niczym. Co prawda ciężko byłoby zmieścić w nim przeklęty księgozbiór (którego należy się czym prędzej pozbyć, o czym napiszę w przyszłości), ale wystarczy stolik, żeby postawić butelkę wódki i rozdać karty. Jedno miejsce dla ciebie, pozostałe dla widm. Przedział (dla palących!) spowity secesyjnymi nitkami dymu. Za oknem puchaty garb Syberii albo po prostu pryszczate plecy Mazowsza – wielka niespełniona obietnica. Pamiętam naszą podróż dryndą z Hajnówki na Siemianówkę. Silnik darł się w niebogłosy, a dla nas liczyło się tylko „tu i teraz”. Ewidentnie podróżowaliśmy do celu, ale chcieliśmy, żeby nigdy nie został osiągnięty. W zawieszeniu jest cała poezja tego świata. Do stacji docelowej docieramy niepełni, czegoś nam brakuje. Odzyskamy to dopiero, kiedy znowu wskoczymy do ostatniego nocnego ekspresu w kierunku domu, którego nie mamy. Po drodze wszystko się może zdarzyć. Jesteśmy zwolnieni z obowiązku wyboru, nie mamy wyjścia, mityczny hamulec bezpieczeństwa jak zwykle pozostanie nietknięty, nie odważymy się, a może po prostu nie będziemy chcieli, sprawdzić co też mogłoby się stać. Wielka niespełniona obietnica. Prawda, siostro?

Nie pamiętam pierwszego samochodu w rodzinie, pamiętam za to pierwsze podróże koleją z moją matką. A to nad morze, a to w góry, a to do Białegostoku, a to do Warszawy. Od wczesnego dzieciństwa wpajano mi silne opozycje: góra – dół, prawo – lewo. Niepotrzebne były samochody, autobusy, żeby z naszego miasteczka dostać się w dowolne miejsce. No, może oprócz Ostrowi (tam było liceum), tam jedynie autobus. Kiedyś była linia. Pozostał po niej opuszczony dworzec PKP i zarośnięty peron, na którym piło się wino. A u nas? U nas poważny węzeł kolejowy między wschodem a zachodem. Punkcik na mapie, gdzie kończy się jedno, zaczyna drugie. Granicę wyznaczała rzeka. Już o tym pisałem, nie będę się powtarzał. Dziwnie było przejść most siedlecki i wylądować niezwłocznie na niemal zapadłych podlaskich wiochach. Ludziom tam dziwnie z oczu patrzało. Jakoś ich więcej przed domami stało, niż gdzie indziej. Ostatnio zapuściłem się w te rejony z ciekawości, żeby zobaczyć, co zrobili z mostem, przez który jeździły i pociągi, i samochody. Ruch mógł się odbywać tylko w jednym kierunku na raz. Klasyczna wojskowa robota. Nie został po niej nawet ślad. Teraz piękny asfalt, lśniąca konstrukcja, nawet byś nie wiedział, że jesteś już po drugiej stronie, gdyby nie droga. Bowiem po drugiej stronie droga od razu się rozpada, kurczy, jakby dokładnie tędy można było dostać się na sam koniec. Ale dalej jest jeszcze Treblinka. Jakieś trzy godziny marszu wzdłuż torów, o ile dobrze pamiętam. Może cztery. Do Treblinki chodziliśmy raz do roku, by w tamtejszych kamieniołomach spędzić noc, a potem wracaliśmy wyczerpani śpiąc w marszu, podczas gdy boskie stworzenie budziło się do życia. Ten obraz na zawsze pozostanie w mojej pamięci i nie przestanę go pielęgnować, bowiem tory zostały zerwane, nie ma mowy o powrocie.

Dlaczego mówię o torach? Ponieważ dopiero co przeczytałem w pociągu pierwsze polskie tłumaczenie najważniejszej książki Kerouaca (przynajmniej według jego samego) “Big Sur” oraz dlatego, że rozpadło się moje małżeństwo, podczas którego podróżowanie koleją zeszło na dziesiąty plan i właściwie każda nasza wspólna wyprawa pociągiem (jeśli już do niej dochodziło) była wyprawą małżeńską, a jest to zupełnie coś innego, wierzcie mi, wiem co mówię. Zabawne, że z ostatnich wydarzeń potrafię ułożyć piękny obrazek, w którym kolejne fakty układają się w srodze logiczną całość, jakby nie było szansy na inny rozwój wypadków, niż ten jedyny słuszny, jedyny przeznaczony. Co za koszmar! Cóż, takie są skutki Wielkiego Wybuchu. Tak czy inaczej, najjaśniejszy fragment tej układanki jest taki, że to właśnie Kerouac (oraz oczywiście ty, księżycowa siostro) wyciągnął mnie z odmętów rozpaczy za pomocą dwóch męskich zdań (akurat nie z „Big Sur”): „Wyszedłem właśnie z ciężkiej choroby, o której nie chce mi się nawet wspominać, poza tym, że w pewnym stopniu złożyły się na nią potwornie męczące rozejście się z żoną i moje poczucie, że wszystko skończone. Wraz z przyjazdem Deana Moriarty’ego zaczął się nowy rozdział mojego życia, który można by nazwać życiem w drodze”. Rozumiecie to? – „ciężkiej choroby, o której nie chce mi się nawet wspominać”! Cała głębia i czerń studni zamknięta, a właściwie szlachetnie pominięta, w TAKIM zdaniu. Zobaczyłem swoje odbicie w tym akapicie niczym w lustrze wody. Dotarło do mnie, że błędem jest próba opisania rozpaczy, bo rozpacz jest nieogarniętym zawieszeniem. Rozpacz się przemilcza. Można o niej opowiedzieć dopiero jak się nauczy o niej kłamać. Wówczas można ją zrelacjonować jako podróż.

„Big Sur” to smutna książka, o czym wiedziałem jeszcze zanim ją przeczytałem. To jest powieść o stacji pośredniej, na której siedzi się zbyt długo. Na tyle długo, by uznać ją za kres. Są zdania, których nie powinno się rozwijać, ponieważ im dłużej obraca się je w ustach, tym więcej znaczą. Każde dopowiedzenie będzie zaciemniało, myliło tropy. Kerouac podjął się desperackiej próby wyjaśnienia swojej drogi. Nie mógł inaczej, to oczywiste, w końcu był sobą. Choroba „o której nie chce [mu] się nawet wspominać” jest teraz moją chorobą. Marzę, żeby się z niej kompletnie wyspowiadać, w twojej chatce, nad rzeką. Jeszcze raz. A potem położyć się na torach (na wskroś „pisarski” gest). Kolej mnie wydała na świat, więc niech w godzinę śmierci przyjmą mnie jej koła.

/tekst sponsorują literki p,a,p,i,e,r/

Rafał Derda – ja i pająki

tak naprawdę byliśmy z zupełnie innego miejsca
podziemnego nurtu nigdy tego samego
mars był tylko przesiadką
arizoną bez marzeń

/tekst sponsorują literki p,a,p,i,e,r/

Daria Danuta Lisiecka – W bieli

Dławię się bielą, która nie jest tu niczym obrus świąteczny, ale jawi się jako całun, który zatyka usta, nos, dusi nagłą lawiną, grzebiąc wybory i nadzieje.
Gawrony znaczą białe pola tysiącem śladów – symboli wszystkich kultur, stąd rysunek ich zagmatwany, nieczytelny, niejasny. Tajemniczy komunikat z Wieży Babel.
Miasteczko wcześnie kładzie się spać, owijając pierzynami, kocami, gasząc wcześnie światła w oknach. Miasteczko, które im bardziej czujesz się stąd, tym bardziej obcym cię czyni. Różnisz się barwą swetra, włosów, głosu, konstrukcją zdań, które wypowiadasz, melodią piosenki, którą nucisz pod nosem wracając ciemną ulicą.
Miasteczko patrzy za tobą trop w trop. Stygmatyzuje.
W brzezinie nieopodal piramidy Hrabiego T. Zaskakuje mnie świeży przypływ bieli. Grube płatki – puch ze skrzydeł spóźnionego anioła spadają na włosy, na twarz, chłodzą powieki. Połykam je łapczywie. Bałwochwalcza komunia.
Głos Montserat Figueras przypiera do skały nad urwiskiem, gna na oślep starymi uliczkami Lizbony, kołuje pod sklepieniami mrocznych kościołów, zawłaszcza przestrzeń. W tle chór – zbiorowy świadek, komentator prawdy i piękna.
Rubinowe krople na dnie kieliszka. Kot w oknie. Zaczarowany. Wpatrzony w granat obłoków nad białą ziemią. Cichnąca mantra wschodzącej nocy.

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Rafał Skonieczny – Raport z Antyświata (VI)

Co tu robisz, chłopcze?

Do mieszkania na Widnichowskiej trafiłem przypadkiem. Cień miał klucze od właścicieli, potrzebowaliśmy gdzieś się zamelinować. Na dworze było za zimno, w Satelicie zbyt tłoczno, do Edenu droga daleka. Mieszkanie należało do braci Zet., odziedziczyli je po dziadku. Nie znam detali, wiem jedynie, że zostało sprzedane jakiś czas temu nieprzyzwoicie tanio. Znajdował się w nim jeden pokój, łazienka i kuchnia. W pokoju stało trochę starych mebli, brudny tapczan, rozpadający się fotel, stolik nocny, na nim lampka. O ścianę oparte było półtorametrowe lustro. Do kuchni ledwo dało się wejść, ponieważ cała była zagracona. Upchnięto tam chyba wszystko, co nie zmieściło się w piwnicy lub czego nie udało się wynieść na śmietnik. Pamiętam rowery, sterty zbutwiałych butów, rzędy butelek po alkoholach, zardzewiałe gary. Rury ciągnęły się nad zlewem i dalej za ścianą rozgałęziały się. Łazienka wyglądała jak szkielet od wewnątrz. Zresztą w całym mieszkaniu można było poczuć się jak w żołądku kogoś, kto się bardzo źle odżywia. Za opłakany stan miejscówki odpowiedzialni byli sami bracia Zet., którzy postanowili wykorzystać spadek dla potrzeb nieustających imprez. Gdy ma się siedemnaście lat, nietrudno o dobre miejsce do picia, jednak klucze do pustego, niezamieszkanego lokum, zapewniały dach nad głową i coś miękkiego do siedzenia. Przez jakiś czas dzielnica oglądała przeróżne towarzystwo w postaci nieszczęśliwców, marihuanistów, punków, dilerów, ściemniaczy, początkujących muzyków, początkujących poetów, dresiarzy, po prostu nastolatków, a policyjny kogut nieraz rozświetlał ciemne podwórko pod blokiem. Klucze do Widnichowskiej w pewnym momencie wymknęły się z rąk braci Zet. i zaczęły krążyć po ludziach, którzy potrzebowali nie przebywać we własnych domach. Macio opowiadał, że policja nękała go nawet wtedy, gdy siedział grzecznie u rodziców przed telewizorem, podczas gdy kilka kilometrów dalej odbywał się niekontrolowany zlot dzikich lokatorów, o którym huczało całe centrum. Oczywiste było, że taki proceder musi zostać w trybie natychmiastowym ukrócony. Zanim to jednak nastąpiło, przeżyłem samotnie noc na lepiącym tapczanie, skulony, okryty zakurzonym kocem. Nigdy wcześniej ani później nie czułem się bardziej opuszczony, chociaż jak się pisze, to poczucie osamotnienia ma się z urzędu.

Z Cieniem mieliśmy pomysł na kilka scen do filmu o człowieku, który traci osobowość i zaczyna się multiplikować. Miały mu się przydarzać incydenty w stylu: kot dzwoniący do niego domofonem. Roboczy tytuł – „Nocą w starej kamienicy”. Pokłosie Lyncha i Bergmana, mniejsza z tym. Zabrałem do szkoły kamerę i po lekcjach zaczęliśmy kręcić najpierw na mieście, dopóki nie wyczerpał się akumulator, potem przenieśliśmy się na Widnichowską. Tam chcieliśmy sfilmować monumentalną sekwencję, w której główny bohater, grany swoją drogą przez Cienia, opowiada Szatanowi swój bajeczny sen rozgrywający się w dworku szlacheckim. Szatanem miał być Darek. Specjalnie na tę noc zatrzymał się u przyjaciółki. Dotarł do nas późnym wieczorem, kiedy mieliśmy już kilka fajnych ujęć, a stół zdobiły opróżnione butelki wina. Sfilmowaliśmy go z balkonu, jak wychodzi z mroku i przemierza krótki oświetlony odcinek chodnika. W tej złowrogiej ciszy można było niemal usłyszeć alkohol, który przelewał się w naczyniach wypełniających plecak Darka. Nasz Szatan musiał być filozofem, nikt nie potrafiłby lepiej tego zagrać. Nakręciliśmy ekstremalnie długą scenę, w której bohater opowiada sen, potem wstaje i zaczyna chodzić po mieszkaniu. Wszędzie widzi swoje sobowtóry. Jedyne światło pochodzi od lampki ustawionej przy czerwonej zasłonie. Cały kadr jest czerwony. Telewizor emituje zakłócenia. Transfokacja. Zaczyna się trans. „Nocą w starej kamienicy trzech szaleńców pije krew” – słowa wypowiadane przez Maestro, mistrza ceremonii, który wyłania się z ciemności klatki schodowej. Akcja (jaka akcja?) przenosi się do mieszkania, które w owym czasie wynajmowała Agata. Widać jak się budzimy, przecieramy oczy, podnosimy z podłogi. Zostawiamy inne śpiące ciała i wychodzimy na dwór. Jest trzecia albo czwarta nad ranem, noc się przerzedza. W kolejnym ujęciu Cień i Darek niosą wina w reklamówce. Z głośników leci „Early To Bed” Morphine’y. Cień przechyla otwartą butelkę i pijąc wykonuje ruchy trębacza. Kot umyka z drogi i znika za garażami. Gdy się pisze, droga do nocnego to rytuał.

Pomieszałem ujęcia z kilku różnych lat, bo uświadamiają mi z całą stanowczością, że nawet gdy byliśmy razem, byliśmy samotni. Samotność wymaga pielęgnacji podobnie jak małżeństwo. Wiedział o tym bohater „Auto Da Fe”. Można powiedzieć, że był ekspertem w tej dziedzinie. Żaden smutek nie przebije nauki biednego Kiena. Srogie oblicze losu objawiło mu się w najgorszy możliwy sposób, czyli pod postacią kobiety o jakże stanowczo brzmiącym imieniu – Teresa, metodycznie obdzierając go z samotności. Czy można sobie wyobrazić coś gorszego, niż konieczność wchodzenia w relacje społeczne? Kien ma bodaj przez ułamek dnia wrażenie, że oto otwiera się na świat ludzi, który być może zaoferuje mu coś więcej, czego nie znalazł w księgach. Chwilę potem Canetti przechyla wiadro podłości, chciwości, lepiącej namiętności, jakiejś nieposkromionej głupoty człowieczej, która dosłownie zmiata z powierzchni globu wątłego starca oraz przy okazji kilku innych nieszczęśliwców. Płakać mi się chce, gdy o tym myślę. No po prostu czasami można zobaczyć w oczach sąsiadów prawdziwą tragedię, rozgoryczenie i niezdecydowanie, jakby desperackie zawodzenie „nie tego chciałem, to nie moje życie!”. Zdrada to w ich słowniku najlepiej opisane hasło. Swoją drogą, kto żyje swoim życiem? Jeśli ktoś kiedyś chciałby rozpatrywać bezwzględność literatury (nie spodziewam się tego po moich sąsiadach), powinien przede wszystkim przeanalizować wątek garbatego karła i porażającą scenę, w której garbu zostaje pozbawiony. Garb w tym przypadku to oczywiście symbol głupoty. W wieku czternastu lat byłem prawie tak stary jak Kien. Poza bzdurnymi książkami niewiele się dla mnie liczyło. Niezmiernie poukładany i zdyscyplinowany, ostrożny w wypowiadaniu czegokolwiek, ale stanowczy w osądach, cierpiałem z samotności. Po latach – w miarę postępującego dziecinnienia – doceniłem jej grozę oraz nade wszystko zbawienność. Zaniedbana może doprowadzić cię na skraj, ale starannie pielęgnowana – pomoże ci przetrwać najgorsze. Nie potrafię normalnie funkcjonować w społeczeństwie mając w pamięci garbusa z „Auto Da Fe”. Mimo to każdego dnia mówię do was i wy mówicie do mnie. Musiałbym przeczytać inskrypcję na swoim nagrobku, żeby sprawdzić, czy dobrze udaję. Komunikowanie się jest mniej lub bardziej do czegoś potrzebne, pod warunkiem, że się pisze.

„Potem ja też zacząłem pisać i między swoje wdzięczne wersy, feeryczne i agresywne, wtrącałem niekiedy jakiś niezrozumiały, jakby podyktowany mi przez kogoś passus, który, gdy go czytałem ponownie, przerażał mnie jak spełniająca się przepowiednia”. Jestem pewny, że gdzieś już przywoływałem ten akapit z „Olśniewającego” Cartarescu. W pierwszej chwili mieszkanie braci Zet. zrobiło na mnie jak najgorsze wrażenie. Lecz nadawało się do filmu. Nawet dzisiaj, gdy oglądam te kilka nikomu niepotrzebnych scen, jest mi nieprzyjemnie, jakbym uczestniczył w teatrzyku sparciałych kukieł albo żelaznych golemów. Wiem, że pod powłoką skrzywionych ruchów, tych śmiesznie „granych” min, jest cała metafizyka, egocentryczne uniwersum, do którego droga jest już zamknięta. Obraz zawsze zwraca się ku obiektywowi, jest mu coś winien. Kamienica w kadrze sprzed dziesięciu lat może być oczywiście wspaniałą pamiątką architektoniczną i historyczną, ale nadto przypomina o bezdomności tego, kto kadrował. Opowiedziany lub zapisany sen, który odtwarza się po latach, jest czaszką suma przytwierdzoną do drewienka, kawałkiem szkieletu, nic ponad to. Trudno nawet przypomnieć sobie, z jakiego powodu było to całe poruszenie, gdy ojciec przyniósł rybę do domu. Na Widnichowskiej filmowaliśmy dopóki nie skończył się alkohol. Potem zostałem sam. Dom moich rodziców, w którym wtedy mieszkałem, znajdował się 20 kilometrów w kierunku Siedlec i nie było żadnej możliwości, żeby się do niego dostać. Przynieś mi rano klucze, powiedział Cień. Cześć. Bałem się zasnąć. Usiadłem pod oknem, zapaliłem papierosa i zacząłem się wpatrywać w światła latarni. Latarnie na zadupiach mają inną, niż w miastach, poświatę. Jest to poświata wymowna, jedyna, przypisana do iluminowanego kadru, który staje się święty dla obserwującego. Olśniewający. „I rzeczywiście – siedząc tak po nocach na skrzyni, ze stopami na kaloryferze, nie tylko ja kontemplowałem miasto, ale i ono mnie szpiegowało, i ono śniło o mnie, i ono ekscytowało się mną; było niczym innym jak substytutem mojego żółtego fantomu, który przyglądał mi się z okna, gdy zapalałem światło”. Czułem wyraźnie (być może podobnie jak Cartarescu), że tajemnicza istota opanowała uśpione Miasto (miasteczko było wtedy Miastem) i czeka, aż zamknę oczy (ja – ostatni, który nie śni), by się wedrzeć do tej rudery i wyrwać mi serce, wątrobę, nerki, narządy, wszystko. Zostawić wypatroszonego. Przemykałem niekiedy pod garażami jak zaszczuty pies, wiem o czym mówię. Gdy się pisze, naturę bezpańskiego psa ma się we krwi.

Pewnej zimowej nocy postać wybiega z bloku, przedziera się przez zaspy. Jest tak biało, że ledwo można dostrzec zapisane kartki papieru, wyfruwające spod płaszcza uciekiniera. Od razu rozpływają się w kałużach. Tak się zaczyna ta historia.

30-01-2011

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Różewicz Rafał – Podstawy fenomenologii

Spójrz, Husserl – faceci w czerni pod blokiem,
Cybulski na śmietniku; nisko latające jaskółki
i reklamówka w afekcie.

A ty mówisz coś o ścierce i zamazanej szybie,
drugiej stronie medalu, niedalekim parku –
liściu, który zżółknie, jeśli wkrótce nie przyjdziemy.

Bo chodzi o czystość rzeczy – zamiast książek
chcesz, żebym czytał oparcia ławek, inicjały na drzewach.
Pluł na Heideggera (podobno posunął się za daleko),

wywiesił białą flagę i nie zważał na światło
(światła nie da się wyprosić – zwłaszcza gdy
wpada z poranną wizytą).

/tekst sponsorują literki o,c,z,k,o/