Daria Danuta Lisiecka – W bieli

Dławię się bielą, która nie jest tu niczym obrus świąteczny, ale jawi się jako całun, który zatyka usta, nos, dusi nagłą lawiną, grzebiąc wybory i nadzieje.
Gawrony znaczą białe pola tysiącem śladów – symboli wszystkich kultur, stąd rysunek ich zagmatwany, nieczytelny, niejasny. Tajemniczy komunikat z Wieży Babel.
Miasteczko wcześnie kładzie się spać, owijając pierzynami, kocami, gasząc wcześnie światła w oknach. Miasteczko, które im bardziej czujesz się stąd, tym bardziej obcym cię czyni. Różnisz się barwą swetra, włosów, głosu, konstrukcją zdań, które wypowiadasz, melodią piosenki, którą nucisz pod nosem wracając ciemną ulicą.
Miasteczko patrzy za tobą trop w trop. Stygmatyzuje.
W brzezinie nieopodal piramidy Hrabiego T. Zaskakuje mnie świeży przypływ bieli. Grube płatki – puch ze skrzydeł spóźnionego anioła spadają na włosy, na twarz, chłodzą powieki. Połykam je łapczywie. Bałwochwalcza komunia.
Głos Montserat Figueras przypiera do skały nad urwiskiem, gna na oślep starymi uliczkami Lizbony, kołuje pod sklepieniami mrocznych kościołów, zawłaszcza przestrzeń. W tle chór – zbiorowy świadek, komentator prawdy i piękna.
Rubinowe krople na dnie kieliszka. Kot w oknie. Zaczarowany. Wpatrzony w granat obłoków nad białą ziemią. Cichnąca mantra wschodzącej nocy.

/tekst sponsorują literki b,i,a,ł,y/

Reklamy

Zaduszki jazzowe – Daria Lisiecka

Siedzę na najwyższym drzewie. Mam zmęczone oczy. Prawie już
nie widzę, ale w dni takie jak ten, z lekka przefiltrowane słońcem,
opada bielmo z moich powiek. Tylko szary nalot ze skrzydeł nie
chce zejść i oblepia mnie jak senność, która trwa tu już dłużej niż
karnawał. Jestem starym, wyłysiałym gawronem, mieszkam w ko-
ronach drzew, tuż przy dworcu. Jak długo żyję, nie pamiętam.
Kiedy stąd ostatecznie odlecę, nie wiem. Kto inny bowiem pisze
nasze losy. Dzisiaj widzę wyraźnie peron i fragment budynku
dworca, a jeśli bardziej wychylę się z gniazda mogę też ujrzeć
wiadukt rozpięty nad peronami.
Podróżny wysiadł z pociągu, zawahał się chwilę, zapala papie-
rosa, pewnie nie wie, że dym mi szkodzi… Nietutejszy, to widać.
Ma długi czarny płaszcz i dziwny, haftowany w orientalne wzo-
ry, berecik. Przez pomyłkę, to widać. Dźwiga czarny futerał,
w którym, licho wie, co jest… Po ażurowych schodach wstępuje
na wiadukt, przechyla się przez barierkę; dziwnie wyglądają tory
z tej perspektywy, przypominają płasko leżące drabiny z dziecię-
cych rysunków. Nieznajomy otwiera lśniący, czarny futerał…
Co z niego wydobędzie; instrument muzyczny, czy składaną
broń, którą podobno w ten sposób przewożą gangsterzy… Z na-
gła dźwięk trąbki przedziera się wibratem przez gęstą zawiesinę
mgły, senności i nudy. Okolicę przeszywa dziki, radosny, ską-
pany w słońcu i czysty dźwięk. Niczym pocztówka z pozdrowie-
niami od Milesa D. z zaświatów. Po zmurszałych deskach wia-
duktu biegnie ku trębaczowi panna Euforia, miejscowa wariatka.
Rozkłada ramiona niczym ptak przed odlotem. Wiruje w tańcu
uwieszona na złotym promieniu słonecznym, odbijającym się
w trąbce. Lekko wskakuje na barierką wiaduktu. Pod nią roz-
postarte szyny, niczym rozpłaszczone drabiny z opowieści
o dzielnych strażakach. Odleci. Nie odleci. Odleci? Nie odleci…
Już jesień.

/tekst sponsorują literki: f,a,d,o/